oryginał: https://www.youtube.com/watch?v=UKZDrk3GHsw
Witajcie ludzie,
Odpowiadamy na pytania. Przyjrzyjmy się jaki jest nasz dzisiejszy temat? Temat dotyczy sytuacji, kiedy zbyt szybko oceniamy, jest o tym jak pierwsze wrażenie może nas zwieść. Można powiedzieć, że kiedy zbyt szybko wydajemy osąd albo kiedy nadmiernie osądzamy. Zależy na co w tym pytaniu postawić akcent - ja rozpatrzę oba przypadki.
Tak więc często mówimy o ludziach, że pierwsze wrażenie jest najprawdziwsze. Zgadzacie się ze mną prawda? Zgadzacie się.
Ale kiedy my w ogóle oceniamy czy osądzamy? Kiedy wszystko jest z nami w porządku to nasz osąd jest nawet w pozytywnym sensie.
Ale kiedy jesteśmy w lekko kiepskim stanie, kiedy nasze fałszywe ego zaczyna się buntować - nie wtedy, gdy włada dusza i jesteśmy w jakimś zwyczajnym stanie lecz, gdy dominuje egoizm - wtedy zaczynamy osądzać. Osądzanie nie oznacza, że jesteś jakiś taki zły, albo, że jesteś taki dobry, no i w ten sposób wydajemy jakiś osąd.
I zazwyczaj tak się dzieje, gdy istnieje jakiś kontrast - kiedy osądzamy kogoś to nie szukamy równowagi, - o! ten jest taki dobry, i tylko skrzydeł mu brakuje żeby był jak anioł. A potem ten sam już się nie podoba. Tak bywa.
A ludzi osądzamy na podstawie jakichś tam pojedynczych czynów czy pojedynczych słów. Nie widzimy całego obrazu, a więc nasze wnioski są takie krótkoterminowe.
Na przykład, jeśli ktoś kiedyś odpowiedział ci w określony sposób - czegoś ci nagle odmówił lub zachował się w określony sposób - nie w taki jak oczekiwaliśmy i o jakim marzyliśmy, to łatwo przyklejamy mu jakąś etykietkę i zaczynamy postrzegać tego kogoś i wszystkie jego dalsze działania, poprzez tę nadaną mu etykietę.
Ale ten ktoś już nie jest w takim nastroju jak go pierwszy raz poznaliśmy. Może był w jakimś zmienionym stanie, może coś mu się wtedy przytrafiło - coś mogło się wydarzyć w rodzinie. A tak przy okazji, w rodzinie to jest szczególnie niebezpieczne - w życiu rodzinnym szczególnie.
Możemy latami pielęgnować stare urazy i patrzeć na ukochanego człowieka przez pryzmat tej przeszłości powtarzając: "on zawsze jest taki". Dlaczego to jest niebezpieczne w rodzinie? Bo jak to mówią rodzina to źródło miłości, a miłość to kiedy wszystko jest nowe, nowe, wciąż nowe - nie można dwa razy wejść w tej samej rzeki, poznajesz go każdego dnia poznając go coraz lepiej. Ale kiedy nakładam na człowieka własny stereotyp - to, że "on jest taki przez całe życie" to wtedy zmieniam człowieka w martwy mebel. Powtarzam już wtedy: "znam go jak zły szeląg. Ona też mnie też zna jak zły szeląg - zna mnie na wskroś".
I chodzą sobie takie dwa meble po domu, rozumiecie? Co to za miłość? Miłość to wzmożone zainteresowanie. Skoncentrowane zainteresowanie. A co to za miłość, jeśli wiem o nim wszystko?
Tak naprawdę to wcale nie wiem wszystkiego o niej albo o nim. Po prostu już sobie nakreśliliśmy, co według nas przedstawia sobą ten człowiek. A jeśli pojawi się coś nowego, to po prostu tego nie dostrzegamy. No co tam się może pojawić nowego?
To koniec, miłość się skończyła. Dlatego jest to szczególnie niebezpieczne w rodzinie. Możemy pamiętać jakąś urazę przez lata - tam już wszystko się zmieniło, to już jest zupełnie inny człowiek - a nam się wydaje, że nie warto od niego już niczego innego oczekiwać.
Myślimy w ten sposób, ale on jest już innym człowiekiem. I wtedy zaczynają się wszystkie te złe rozstania.
Cóż, wtedy stopniowo przestajemy zauważać zmiany, które zachodzą w tym człowieku, przestajemy zauważać dobre uczynki, szczere intencje. Po prostu przestajemy zauważać, bo pamiętamy tylko to, co złe. Dlaczego? Czy dlatego, że jesteśmy tacy zepsuci? Nie, bo to, co złe, jest stresujące. Bo złe rzeczy wymagają jakiejś natychmiastowej korekty. A spróbuj poprawić kogoś bliskiego - to nie jest takie proste.
A nasze własne osądy, mogą stać się murem między ludźmi. Czasami nie spieramy się nawet z tym, co dany człowiek naprawdę powiedział lub zrobił, lecz z tym co o nim myślimy, spieramy się z naszą własną opinią. On już od dawna taki nie jest.
Dlaczego tak łatwo nam jest wydać o kimś ostateczny osąd? Dlaczego tak trudno nam przemyśleć naszą opinię? I jak więc nauczyć się zrobić we własnej głowie miejsce na inne wyjaśnienie jego działań, zanim wyciągniemy pochopne wnioski?
Jedna z wielu ksiąg Mahabharaty nosi nazwę Vana Parva, tam jest opisane jak Ardżuna, poszedł praktykować ascezę, żeby zdobyć potężną broń.
A broń zazwyczaj rozdaje Śiwa - to on jest takim wojownikiem. Niełatwo się do niego zbliżyć. I Śiwa postanowił Ardżunę przetestować - czy dać mu tę broń, czy nie. I pojawił się przed Ardżuną w przebraniu górskiego myśliwego - zwykłego człowieka, górskiego strzelca i myśliwego. Z jednej strony wyborowy strzelec Ardżuna a z drugiej jakiś górski myśliwy.
A w tym czasie żył taki demon, Nuka. On przybrał postać dzika i zaczął atakować Ardżunę. A potem obaj podnieśli te strzały i wystrzelili je w dzika. Zarówno Śiwa, jak i Ardżuna trafili jednocześnie i wdali się w jakąś kłótnię: „Czyja to w ogóle jest zdobycz? Kto trafił pierwszy?" Jak można to stwierdzić? Przecież żaden z nich nie patrzył na drugiego”.
I Ardżuna oczywiście był przekonany, że tu jakiś nieznany myśliwy a on sam jest przecież księciem: "A ty co w ogóle robisz? Powinieneś był się odsunąć i przyglądać się, jak tak dobrze strzelam. Przecież jestem najlepszym łucznikiem". On naprawdę był najlepszym łucznikiem.
I tak między nimi zaczęła się ta kłótnia o to, czyja to jest zdobycz. Ardżuna, nie zdawał sobie sprawy kto był przed nim, bo nie wiedział, że to sam Śiwa. A w księdze Śrimatbhagat jest powiedziane, że Śiwa to Najwyższa Osobowość Boga. Oczywiście nie ze wszystkimi religiami to w pewnym sensie koreluje ale Śrimatbhagat to święte pismo.
Jest tam opisane, kiedy Śiwa wypił truciznę halahala, kiedy cały wszechświat był wypełniony trucizną, on wypił ją i w ten sposób uratował wszechświat. To właśnie jest tam powiedziane, że jest on: „Najwyższą Osobowością Boga" - ani Wisznu, ani nikt inny nie był w stanie tego uczynić, a Śiwa poszedł i to wykonał. I to właśnie z tym Śiwą ma do czynienia nasz strzelec Ardżuna.
A kiedy wyniknął ten spór między nimi to zaczęli walczyć, a gdy zaczęli walczyć to Ardżuna spojrzał na tego myśliwego którego widział pierwszy raz w życiu. Znał przecież wszystkich tych siłaczy w okolicy, ale ten się nie poddaje. Walczy z nim i zdaje sobie sprawę, że ma do czynienia z bardzo dziwnym przeciwnikiem i nie dawał mu rady.
I w końcu zwrócił się do niego z szacunkiem mówiąc: „Słuchaj, skąd się wziąłeś, taki silny? Ktoś ty taki? Nie wiem kim jesteś, ale szanuję cię, bo myślałem, że cię bardzo szybko pokonam”. I wtedy Shiva ujawnił swoją prawdziwą naturę, pokazał swoją prawdziwą postać.
No cóż, to jest taka opowieść o tym, że nie doceniamy wroga. Ardżuna myślał, że to jakiś tam myśliwy a ten okazał się samym bogiem. Wniosek jest taki, że pierwsze wrażenie może być mylące.
Ja na przykładzie mojego życia mogę powiedzieć, że przytrafiło mi się wiele rewolucji i wiele wojen i w bardzo wielu przypadkach moi najwięksi wrogowie są teraz moimi przyjaciółmi, ponieważ zachowali się z godnością podczas dosłownie śmiertelnej walki. Byliśmy gotowi zniszczyć się nawzajem.
Natomiast okazało się że ci, którzy według pierwszego wrażenia, na pierwszy rzut oka byli dla mnie przyjaciółmi
okazali trochę tchórzostwa i odeszli. Teraz nawet nie wiem, gdzie są i co robią. Po prostu zniknęli. A ci moi wielcy wrogowie, są teraz moimi wspaniałymi przyjaciółmi i utrzymujemy ze sobą kontakt, czasami przeprowadzamy wspólne rozmowy przez komunikator Zoom. Taka jest moja rzeczywistość. Więc pierwsze wrażenie jest nie tylko zwodnicze, ale jest bardzo zwodnicze.
Zatem wróćmy do tematu: "kiedy nadmiernie spieszymy się z osądem" - kiedy nie spieszymy się, a kiedy się spieszymy, jest różnica. Każdemu z nas przytrafiają się sytuacje kiedy pierwsze wrażenie okazuje się fałszywe - kiedy od razu jesteśmy oczarowani danym człowiekiem, kiedy czujemy że ktoś nam schlebia.
Albo na przykład narasta w nas antypatia kiedy kogoś o coś prosimy a on nam odmawia mówiąc: „Nie, wynoś się stąd, idź sobie, szukaj gdzie indziej”. A odpowiedź leży w mechanizmie naszego fałszywego ego. Dlaczego? Ponieważ gdy tylko jakieś zewnętrzne wydarzenie dotyka naszych głównych osobistych interesów, ambicji lub lęków, to ego włącza się z pełną mocą i pojawia się silne osobiste zainteresowanie. I od tego momentu tracimy obiektywizm. Przy czym nie ma znaczenia, czy sytuacja jest pozytywna, czy negatywna; jeśli ktoś na przykład wychodzi nam naprzeciw, to pojawia się silna radość. Jeśli ktoś nas wygania to pojawia się silne rozczarowanie.
W obu przypadkach w naszym wnętrzu rozpala się jakiś emocjonalny ogień i nie ma znaczenia czy jest on pozytywny, czy negatywny,. A kiedy nasze emocje są rozpalone to nasze postrzeganie czasu zmienia się dramatycznie. W stanie tego intensywnego podniecenia zarówno radosnego, jak i złego, czas psychiczny człowieka zaczyna płynąć szybciej. A dlaczego? A z powodu tego złudnego przyspieszenia nasze decyzje również podejmujemy szybko, bo całe nasze życie zaczyna trochę przyspieszać.
Psychologowie nazywają to takim pośpiesznym, pochopnym osądem.Po prostu nie ma ani fizycznie ani psychicznie czasu, aby poznać tego drugiego człowieka, obiektu czy jakiekolwiek okoliczności. Dla niego wszystko dzieje się szybko - trzeba podjąć decyzję a on jeszcze niczego nie rozgryzł i nie może dokładnie zrozumieć.
Oceniamy jak wierzchołek góry lodowej, ignorując to, co kryje się pod wodą czyli we wnętrzu danego człowieka. Nie wiemy, co w nim siedzi. Nie ma czasu aby zjeść razem tę przysłowiową beczkę soli.
A największym niebezpieczeństwem tych pochopnych wniosków jest to, że te emocje mają zdolność cementowania - zdolność utrwalania się, krzepnięcia ale przecież ten obraz, który ujrzeliśmy był postrzegany pochopnie. I takie żywe emocje w momencie spotkania, w pewnym sensie zalewają fundament tej naszej relacji. I wtedy przez długi czas nic nie może zburzyć tego fundamentu.
Dany człowiek już się dawno zmienił a u mnie stoi taka żelbetowa ściana na której wykute są reguły mówiące o tym jaki on jest, jak z nim rozmawiać, jak się wobec niego zachowywać, co on może zrobić, a czego nie jest w stanie. Ten beton twardnieje, a zmiana naszego zdania staje się niewiarygodnie trudna. To jest największe niebezpieczeństwo.
Nawet jeśli ktoś się całkowicie zmienił i wszyscy mówią mi: „On się zmienił”. Ale ja w to nie wierzę. No cóż, psycholog pewnie powie: „To jest jakaś trauma”. Nie, tak po prostu działa kontinuum czaso - przestrzenne. Fałszywe ego przyspieszyło mój osobisty czas i w stanie tego stresu ja się w ten sposób broniłem.
Podam tu taki przykład sytuacji:
powiedzmy, że młody przedsiębiorca szuka partnera biznesowego i podczas negocjacji przychodzi jakiś kandydat i mówi:
„Tak, oczywiście - bardzo się cieszę, że cię poznałem. Tak, te pomysły, naprawdę rozgrzewają moją duszę, mogę wykonać to, i tamto, Wszystko to jest łatwe i proste”.
No i ten podejmuje decyzję o podpisaniu umowy, obaj obiecują sobie wzajemnie góry złota - a w tym czasie fałszywe ego się cieszy ze spotkania. Zaczyna się intensywna radość.
I decyzja zapadła. A co się dzieje potem? Nikt nie sprawdza przeszłości kandydata, bo opowiadał takie zachwyty, wygłaszał takie pochwały. A potem okazuje się, że we wszystkim co obiecał, skłamał. A może nieco przesadził. Albo może tak o sobie myśli, ale w rzeczywistości nie dorasta do tego poziomu.
Ale ta radość się utrwaliła, nowy wspólnik popełnia błąd za błędem ale ten drugi mówi: „No cóż, dobra - później to poprawimy”.
I w rezultacie całe przedsiębiorstwo po prostu znika, gdzieś tam jest zmarnowany, a drugi wspólnik poprzez bezwładność, ufa mu z powodu pierwszego wrażenia. A potem, kiedy go wykorzystuje..... wszyscy mu mówią: „Spójrz, co on robi z twoim biznesem”. A on mówi: „Nie, nie, to dobry człowiek”.
Zatem można się tak zafiksować podążając zarówno w złym jak i pozytywnym kierunku. Ale w interesach to nie prowadzi do pozytywnych owoców.
I odwrotny przykład, kiedy nowy pracownik przychodzi po raz pierwszy, nikt go nie zna oprócz kilku kolegów, i siada na krześle, wygląda na chorego, robi coś w godzinach pracy, i wszyscy myślą: „To jakiś nieciekawy gość, on nie chce się z nami przyjaźnić”. I potem okazuje się, że coś się stało w jego domu. Może ktoś tam umarł i tamtego dnia był w takim złym stanie.
A potem jest życzliwy. I zaprzyjaźnił się z tymi, których tam nie było tego pierwszego dnia, kiedy on się pojawił - wszyscy oni byli z nim w dobrych relacjach, natomiast ci, którzy zobaczyli go tego pierwszego fatalnego dnia zaprogramowali się negatywnie i teraz tracą możliwość komunikowania się z w zasadzie normalnym człowiekiem. Oni nazwali go jakimś aroganckim egoistą i byli przekonani, że nie da się z nim wytrzymać.
Tak więc, żeby nie stać się ofiarą własnego ego, trzeba wdrożyć coś co można nazwać emocjonalną kwarantanną. Trzeba sobie "dać na wstrzymanie", policzyć do dziesięciu - poczekać z wyciąganiem pochopnych decyzji.
Jeśli czujesz burzliwe, intensywne podniecenie lub też jakiś rodzaj ostrego odrzucenia kogoś, to musisz powiedzieć: „stop, właśnie teraz budzi się we mnie to moje ego, jestem w odmiennym stanie świadomości”.
Ta taka anty-duchowa praktyka. A kiedy emocje opadną to wtedy z chłodną głową - w stanie spokoju, ze spokojnym umysłem, można obiektywnie zrozumieć ludzi wokół nas.
Dziękuję za uwagę.
wersja polska: https://www.youtube.com/watch?v=4ZlrPQ-5GN8