niedziela, 18 października 2026

Ukryty wybór - Wiktor Sawieliew

 oryginał: https://youtu.be/Frq0ts1HTK8

 Cześć wszystkim, witajcie ludzie. Znowu odpowiadamy na pytania, jeśli jeszcze się nimi nie znudziliście.  Ja jeszcze się nimi nie znudziłem. Więc, pytanie numer jeden. Ukryty wybór. Jak działania w ciszy zmieniają nasze przeznaczenie? Aha. 

A jak one zmieniają? Co masz na myśli, mówiąc o ciszy? Prawdopodobnie chodzi o to, że nikt nie widzi, nikt nie reaguje, drugi mózg w żaden sposób nie wpływa swoim polem mentalnym na nasze działania, na nasz światopogląd. To znaczy, jesteśmy sami - wiadomo czy to nasze, czy nie nasze, czy też ktoś nas na to nakierował. 

 Na ogół przyzwyczailiśmy się myśleć, że nasze działania mają znaczenie, kiedy ktoś je widzi, kiedy ktoś o nich wie. Ktoś mi kiedyś powiedział: „Jak tylko uda mi się osiągnąć coś dobrego, to wszyscy moi znajomi od razu o tym wiedzą. No a kiedy coś mi się nie uda to powstrzymuję się od mówienia o tym.  

 Ale rzecz w tym, że ludzie zasadniczo lubią dzielić się nowinami, zwłaszcza nowinami o tym, co im się przydarzyło, albo gdy od razu jest kara lub nagroda, to wtedy to ma sens. Ale jeśli następuje we mnie jakaś zmiana, gdy ma miejsce jakaś zmiana w naszych działaniach, ale nie ma za to ani kary ani nagrody to wydaje nam się to mało istotne.

Czyli, że w jakiś sposób odrzucamy ciszę, ale właśnie tam - w tej ciszy jesteśmy prawdziwi, kiedy nikt nas nie obserwuje, kiedy nikt na nas nie wpływa.  

 Bo jeśli zmieniliśmy się w dobrą lub złą stronę, to jest to uwarunkowane przez tych, którzy są tam razem z nami - ale oni dziś są z nami a jutro ich nie ma. I jak mamy wtedy działać? Ale kiedy jesteśmy niezależni od swojego otoczenia...

a jasne jest, że niezależni od swojego otoczenia są wyłącznie ci ukształtowani już ludzie znający swoje przeznaczenie, tacy idą przez życie z Bogiem w sercu, a Bóg u nich po prostu wypełnia wszystko wokół. To nie oznacza braku szacunku dla innych, ale ja już mam swoje zdanie. 

Przychodzi mi teraz na myśl ten pisarz i reżyser Jewgienij Griszkowiec - przyjechał kiedyś do Zaporoża i wystawiał taki monodram pod tytułem: „Jak zjadłem psa”.  I  opowiadał o tym, jak wstąpił do wojska, jak go wysłali na rosyjską wyspę i jak tam było strasznie, oni go tam nastraszyli. On mówił o tym znęcaniu się w wojsku - o tej tak zwanej fali. 

 No i ci, którzy towarzyszyli temu nowemu poborowi do wojska... oni już tam swoje odsłużyli - to byli tak zwani dziadkowie, oni już inaczej nosili nakrycia głowy, ta ich czapka marynarska była tak z tyłu, pojęcia nie mam jak to się tam tak trzymało.

Zachowywali się po chamsku, chodzili w ten sposób - a jeden z nich miał ten wielki magnetofon i chodził tak po stacji, pilnując swoich ludzi i mrużąc oczy. Sprawdzał czy patrzą na niego, czy nie, chodził tak niedbale, nonszalancko. Jeśli na niego patrzą to znaczy, że wzbudza zainteresowanie, a jeśli nie patrzą to jaki w tym sens? 

Musimy się więc określić czy żyjemy dla Boga, dla siebie czy dla naszych bliźnich. Musimy zdecydować. Jeśli dla naszych bliźnich... oni dziś są a jutro...  No bo ja to ja, jakoś zostanę sam ze sobą. Już lepiej żyć na niższym poziomie ale dla bliźnich niż sam dla siebie, bo wtedy dla bliźnich nie przedstawia to żadnej wartości. 

 A jeśli zbudujemy taką hierarchię: 1. dla siebie, 2. dla innych i 3. dla Boga - to okazuje się, że dla siebie wcale nie powinniśmy. Kiedy jesteśmy dla Boga to  efektem ubocznym jest to, że czujemy się dobrze. Okazuje się więc, że ogólnie rzecz biorąc na próżno robimy to całe przedstawienie. I krótko mówiąc, główne zmiany w naszym życiu następują w tych momentach, kiedy nikt nas nie widzi,

 nikt nie słyszy, kiedy jesteśmy prawdziwi, dokładnie wtedy, gdy brak jest jakichś widzów z zewnątrz. Wtedy wybór jest czysty - czyste działanie. I nie jest to konieczne dobry wybór, bo mogę działać ze strachu, z egoizmu lub z prawda albo w wyniku jakiejś wewnętrznej powinności. Czyli, że jestem dobry, albo zły, ale jestem prawdziwy.  
  
 I każda taka - umownie to nazywając - "niewidoczna" decyzja pozostawia ślady - przy czym o wiele głębsze niż w chwilach gdy jestem widoczny. Na sanskrycie nazywa się to samskara i tworzy nowy wektor -  tworzy naszą następną przyszłość. 
 
 A my nawet nie zwracamy na to uwagi bo nasza koncentracja wtedy słabnie, rozluźniamy się i nawet już sami nie pamiętamy co czyniliśmy. Nie pamiętamy tego później a właśnie to ma wpływ na nasze życie. My oczekujemy, że nasze życie będzie kształtowane przez to jakie wrażenie wywołaliśmy na otoczeniu i na ile dobrze wypadliśmy w oczach ludzi.
 
Ale wtedy wydarzenia zaczynają nie pasować do naszych oczekiwań ponieważ Bóg jest w sercu - on patrzy i rozumie, jaki tak naprawdę jesteś i wie, że albo potrzebujesz takiego środowiska, albo w innym przypadku potrzebne są inne okoliczności i inna sytuacja.
 
 A to co opowiedziałeś wszystkim ludziom wokół nie ma większego znaczenia.  Swoją drogą ludzie zazwyczaj wyczuwają i natychmiast wiedzą, czy jesteś obłudnikiem czy nie jesteś. I z obłudnikami nikt nie ma ochoty mieć do czynienia.
   
W pismach wedyjskich jest taka opowieść o biednym braminie. Ten biedny bramin, biedny człowiek nie miał nawet co położyć na ołtarz kiedy chodził do świątyni. Na ołtarzu kładzie się różne datki, a on nawet kwiatka nie miał. Brał co mu dają, ale od siebie nic nie był w stanie.
 
 A potem zdecydował, jak to zrobić - stwierdził, że trzeba coś wymyślić. Zaczął chodzić w odosobnienie, samotnie do lasu i tam zaczął sobie wyobrażać - w myślach zaczął składać ofiary z owoców albo kwiatków, układał je w ten sposób na ołtarzu. W wyobraźni kładł na ołtarz jakąś tam czystą wodę ze świętego źródła i i zaczął codziennie takie właśnie praktyki na osobności. Codziennie chodził sam do lasu, zamykał oczy i wyobrażał sobie to wszystko, że składa takie ofiary. 
 
 A w tradycji wedyjskiej jest tak, że kiedy gotujesz sobie jedzenie to troszkę odkładasz na ołtarzu z tego głównego garnka. To jest poczęstunek dla bóstw, żeby one też poczuły ten zapach i skosztowały tej potrawy. To nosi nazwę Maha Prasad - uświęcenie pokarmu.
 
  No i ten mnich w wyobraźni wykonywał to wszystko, był przekonany, że to ofiary dla prawdziwych Bogów - w myślach palcem sprawdzał czy ryż nie jest czasem za gorący i wszystko było na tyle realne, że sobie ten palec poparzył i palec mu faktycznie opuchł. 
 
  Było to potwierdzenie, że te wyższe siły przyjęły ten jego niewidzialny dar - a to w wyniku jego szczerości i głębokich motywów tego co on tam czynił w samotności. Te rytuały w wyobraźni okazały się bardziej realne niż jakieś zewnętrzne.
 
W Biblii jest powiedziane: "Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw". Bo to jest tak: jeśli coś wykonałem i nikt tego nie zauważył to wtedy pojawia się chęć, żeby się tym pochwalić. I ja wtedy szarpię ludzi za rękaw i mówię: „Spójrz, widzisz, jak dobrze sobie z tym poradziłem? Zobacz. Oceń to, zobacz jak sobie radzę" - i zaczynam opowiadać jakie to było dla mnie trudne.

 No i kiedy tak opowiadam to tych powiedzmy 20 ludzi oceni to i na tym koniec.  Lecz jeśli ja sam to ocenię - jest napisane w Księdze rodzaju: "A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre" - więc kiedy stajemy się podobni Bogu i oceniamy, że to jest bardzo dobre to wtedy dzieje się tak jakby na mnie rzucono klątwę. Wtedy wszyscy obok tego chodzą - ja o tym wszystkim opowiadam a nikt tego nie zauważa, bo już miała miejsce ocena. Jedno działanie i jedna ocena.
  A jeśli ja sam nie wydałem oceny to wtedy mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem i moje działanie oceni tych powiedzmy 20 ludzi. Wtedy już płynie do mnie więcej błogosławieństw, bo uwaga innych ludzi, ich energia itd - każdy inaczej wyobraża sobie te korzyści.
 
  Lecz jeśli ktoś nawet zauważy, że coś zrobiłem, czegoś dokonałem a ja odpowiem: „Nie - to tak po prostu jakoś samo wyszło, to po prostu mój obowiązek i każdy na moim miejscu zrobiłby to samo i tak dalej”, to wtedy Bóg ocenia to działanie - wtedy to on jest takim oceniającym. I w rezultacie Bóg daje nam swego rodzaju wolność. 
 
 Bo jeśli oceniłem ja albo ocenił ktoś inny to są to relacje karmiczne. Skoro następuje "wycena" to pojawiają się pojęcia dobre lub złe, natomiast Bóg ocenia inaczej. U Boga brak jest związku przyczynowo-skutkowego. Jego ocena zarzuca na mnie jakąś niewidzialną sieć, która unieważnia te związki przyczynowo -skutkowe i ja zaczynam czuć się wolny.  I wtedy w moim życiu zaczynają pojawiać się prawdziwe cuda. ​Tak po prostu. 
 
 No, na przykład, spójrzmy na świętego Serafina z Sarowa, kiedy przyszedł do niego jakiś pielgrzym, jakiś kupiec przyniósł mu coś w prezencie, ten kupiec na coś tam narzekał. Serafin powiedział: „No to się pomódlmy”. Oni modlili się, a święty Serafin z Sarowa zaczął lewitować. Gdzieś tam, o pół metra, metr, uniósł się w tej swojej małej chatce, w której mieszkał.  
 
 A kiedy ten kupiec to zobaczył, to Serafin powiedział: „tylko nie mów nikomu”. Ale skoro wam mówię to najwyraźniej ten kupiec się wygadał. To jest w ogóle cecha tych wszystkich świętych, że oni nikomu nie mówią o swoich cudach. To jest taka ich intymna relacja z Bogiem - a nawet jeśli się pochwalisz to inni nie uwierzą.
 
Jezus się nie przechwalał. Było wręcz przeciwnie, istnieje opis jak uzdrowił opętanego i przekierował te złe duchy w stado świń, a potem nakazał temu opętanemu człowiekowi, żeby nikomu o tym nie mówił.
 
  No ale ten poszedł i też wszystkim o tym opowiedział. A dlaczego Jezus mówił, że nie należy tego rozgłaszać? Był też taki człowiek, który biegał przez rzekę, bo za daleko mu było chodzić naokoło. On chodził po wodzie wczesnym porankiem kiedy jeszcze wszyscy śpią, ale ktoś to zauważył a on potem wprost błagał, żeby nikomu o tym nie rozpowiadać.
 
Dlaczego oni się nie przechwalają? Dlaczego proszą aby nie opowiadać o tych cudach? Bo oni się boją oceny ludzi, boją się własnej oceny - oni chcą być oceniani wyłącznie przez Boga, być błogosławieni przez Boga. Wtedy mogą swobodnie biegać, lewitować i tak dalej, bo wtedy pozbywam się  tego cudu i znów spadam na poziom przyczyny i skutku.
 
Bóg błogosławi wolność a Szatan monetyzuje te swoje dzieła - pod względem karmicznym jest to absolutnie sprawiedliwie, to znaczy szatan dewaluuje. Ja wtedy przestaję otrzymywać ten cud. 
 
Tak więc wybór pod presją ze strony publiczności, właściwie to on nawet nie jest wyborem. Tylko działania w ciszy mogą zmienić nasze przeznaczenie. A co to znaczy zmienić przeznaczenie? Wtedy stajemy się całkowicie wolni. 
 
To wszystko - dziękuję.
 

czwartek, 15 października 2026

Stanie sie wam według wiary waszej - Wiktor Sawieliew

 oryginał: https://youtu.be/-VTO-acqr_k

Witajcie drodzy ludzie. Wreszcie udało mi sie dojechać. W przeciwnym razie wszystko musiałoby się odbyć zaoczne. [śmiech] 

 Dzień dobry. Proponuję więc analizę pewnego fragmentu z Ewangelii Mateusza: "Według wiary waszej niech wam się stanie". To są słowa Jezusa . 

 Dobrze, zapisze sobie: "według waszej wiary... bardzo dobrze.

Na przykład znajduję się w epicentrum działań wojennych i uważam, że nic mi się nie stanie a drugi znów lamentuje mówiąc, że wszystko idzie w złym kierunku, że wszystko zostanie zniszczone.

 Kluczowe słowo w tym cytacie z Biblii to "stanie się". Bo jeśli wierzyć temu co mówili święci ojcowie kościoła to wiara jest taką łyżką za pomocą której czerpiemy ze świata niewidzialnego. 

Istnieje świat widzialny - ktoś w nim w coś wierzył, to wpadło tutaj i zmaterializowało się. Tam ma miejsce cały proces tego materializowania się. Wygłosiłem kiedyś wykład pod tytułem "Boski kwadrylion" wyjaśniając jak to się materializuje. Tam następują cztery etapy jeden za drugim - a teraz widzimy to, nie musisz wierzyć, możesz tego dotknąć, powąchać, zjeść, coś z tym zrobić.

A to dlatego, że ktoś już w tym uczestniczył. Wiara nie jest do tego potrzebna. Ale to, co wciąż trwa, i ciągle na nas spada będzie nadal spadać. Czy chcemy w to wierzyć, czy nie - to i tak to będzie spadać.  

 Ale kiedy mam na myśli wiarę, oznacza to przede wszystkim wiarę w Boga, wiarę, że wszystko będzie dobrze - bo wiara to nie jest przecież coś negatywnego. Negatywnym analogiem wiary jest strach. To jest absolutna wiara, że ​​wszystko będzie źle.  

A przecież nie wiem, co się stanie. Wiara też nie wie, co się stanie - ona po prostu wie, że wszystko będzie dobrze. A jak będzie? Będzie tak jak się nawet nie spodziewam, bo Bóg zawsze stwarza tylko nowe rzeczy - a jak wygląda to nowe nie mam pojęcia. Będzie jakieś polepszenie.

Bo jeśli coś tam spada z nieba na ludzi którzy w nic nie wierzą - a oni się czegoś boją to wtedy ta rzeczywistość zaczyna się wypaczać, jak w horrorze, i pojawiają się złe wydarzenia, albo źli ludzie  - ci przestraszeni ludzie tworzą te sytuacje, oni sami je kształtują. To właśnie czyni strach. 

  I to nie jest nic nowego, bo oni opierają się na tym w co wierzą, oni boją się. Bo strach to też wiara, prawda? Boją się, bo coś się gdzieś wydarzyło, coś usłyszeli, może ktoś im to narysował, może przeczytali książkę, albo dotarła do nich jakaś informacja. 

A nawet jeśli uwierzą w dobrą przeszłość, a dobra przeszłość to trup, to martwe zwłoki. No i to coś świeżego upada, to ludzie wtedy naciągają na to tego trupa, no i to coś wcale nie ma zapachu fiołków, to zaczyna strasznie śmierdzieć.

A my wtedy mówimy: „Jak to możliwe? Kiedyś było dobrze, ale teraz takie coś?" Nic starego nie wraca. Owszem, nie ma nic nowego pod słońcem, ale wszystko jest jak w kalejdoskopie.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że ten, kto nie żałuje utraty Związku Radzieckiego, nie ma serca. Ale ten, kto wierzy, że on powróci, nie ma mózgu. Jakiś jego analog powróci, ale to nie będzie już jak Związek Radziecki, to będzie czymś innym. Nic się nie powtarza.

 Konflikty się nie powtarzają, ale dobre rzeczy też się nie powtarzają. Cóż, w zależności od poziomu świadomości przychodzą do nas inne próby - inne sprawdziany.  

 Zatem powtórzę nasz temat: "stanie się wam zgodnie z waszą wiarą". Nasz fundament jest następujący: jest świat widoczny, który już upadł. Karma już dojrzała - ma miejsce reakcja karmiczna. Istnieje również świat niewidzialny i możemy na niego wpływać, gdy się zbliża. On jeszcze nie upadł i możemy wpływać tą naszą wiarą. 

Jak go ukształtować? Nie jesteśmy w stanie tego czynić i nie jest to konieczne. A jak na niego wpływać? No cóż, poczytajmy co mówili apostołowie: „Nie wiemy jak to jest, ale cudowne są  Twoje dzieła, Panie”. Nie rozumiemy jak. 

 Dlaczego?  Cóż, Są tam dwie rzeczy. Po pierwsze, ponieważ to pochodzi od Boga, a On nie jest związany prawem przyczyny i skutku. Dlatego nie możemy tego zrozumieć. 

Po drugie dlatego, że to jest nowe. Nie mieliśmy dotąd tego doświadczenia. Słyszeliście pewnie taką mądrość: "nic nowego pod słońcem". Jeden człowiek ma taki los, inny ma inny los, ale dla nich to jest nowe. 

Czyli, że Bóg nie przewidział dla mnie niczego takiego co już kiedyś miałem, ponieważ On potrzebuje jakiejś nowej reakcji z mojej strony.  

 Ostatecznie On potrzebuje reakcji, która jest uniwersalna na wszystko. To jest ten rodzaj miłości, takiej miłości i całkowitego zaufania - pełnej wiary. I wtedy nie boję się niczego, wszystko jest w porządku.

   A kiedy się boimy, to stajemy się szaleni. Wtedy zaczynamy bać się własnego cienia. Kiedyś się mawiało: "Bój się Boga!" - ta tak zwana bojaźń Boża to sumienie człowieka. Mawiało się też "bogobojność". Powiadało się: "ten kto nie boi się Boga będzie bał się własnego cienia".

Natomiast ten kto ma tę bojaźń Bożą, komu sumienie podpowiedziało - ten to wykona pomimo tego, że jest to niewygodne, nawet jeśli może to być niebezpieczne, ale boję się tego zepsuć. Wtedy jestem nieustraszony we wszystkim innym. Nieustraszony we wszystkim poza tym moim konkretnym zadaniem. I wtedy wszystko jest ze mną w porządku. Ponieważ to właśnie sumienie jest tym połączeniem. 

 Mamy więc konkretną wiarę. Tak więc księga Shri Upanishad mówi, że ompurnam. To znaczy, że skoro już się tu wcieliłem, to mam jakieś zadanie, mam zadanie do własnego przekwalifikowania, mam zadanie do zrobienia czegoś. I do tego otrzymuję wszystko - wszelkie składniki, że tak to ujmę a więc ciało, zdrowie, wszystko, co jest dane, wszelkie narzędzia.

 Ale jest to dane w dwóch wersjach - w dwóch pakietach społecznych. Jeden pakiet, który już tu jest nazywa się to dziedzictwem.  To jest dziedzictwo czyli przyjaciel mi coś dał, dali mi rodzice. Wygląda to tak, że ja tu przybyłem, a ktoś już zbudował dom. Nie ja go zbudowałem.

A druga rzecz to to, co jest w drodze. I to jest ważniejsze, bo  komuś to już się wysłużyło,  ktoś to przyciągnął i w jakiś sposób wykorzystał. Ja jestem już jak baza. A mój cel, moje przeznaczenie tutaj jest ściśle związany nie z dziedzictwem, ale z tym, co przychodzi - z tym co przyciąga moja wiara i co się tu materializuje.

To na przykład nowa muzyka, nowe formuły, to może być jakaś rewolucja, która się gdzieś wydarzyła - dokonałeś czegoś, co sprawiło, że cały świat cię zauważył.  

No bo czy widzieliście kiedyś aby człowiek zasłynął z tego, że jest zbieraczem złomu czy nawet antykwariuszem? On na przykład coś zebrał - nawet jeśli to jest jakiś numizmatyk i skompletował jakąś tam kolekcję to czy ludzie znają powszechnie jego nazwisko? Sławni są ci, którzy to stworzyli. 

 Na przykład Leonardo da Vinci. Przecież nie znamy dyrektora tego muzeum, w którym te dzieła wiszą, ale wiemy kim był Leonardo da Vinci. To właśnie sprawia przeznaczenie - ono jest związane z tym, co niewidzialne, i ogólnie rzecz biorąc bez wiary jest to nieosiągalne. 

 A wiara musi rosnąć, wciąż rosnąć. My posiadamy tę wiarę w zalążku. Nasza wiara jest taka krótkoterminowa - na przykład poszedłem na przystanek i mam wiarę, że niedługo przyjedzie autobus. Spoglądam na te kratki wiszącego tam rozkładu jazdy i wierzę w to. Autobus czasami przyjeżdża a czasami nie ale ja nie jestem zaskoczony. Gdybym nie miał wiary to nie jeździłbym autobusem tylko chodził pieszo, prawda? 

 Mam taką wiarę. A ta wiara jest poparta jakimiś autorytatywnymi źródłami, bo mówili o tym w gazecie, mówili o tym w telewizji i wierzę im. Albo powiedział to osobiście sąsiad. 

 Ale praktyka pokazuje, że wszystkie te źródła mogą się pewnego dnia pomylić i popełnić błąd z przyczyn od nich niezależnych. Ale istnieje jedno źródło wewnątrz  nas, Duch Święty lub inaczej Paramatma, który nigdy nie może się pomylić. 

Te zewnętrzne źródła są również niezbędne do komunikacji, ale musimy przejść do tego, co wewnętrzne. Te zewnętrzne źródła służą do tego, co już tu upadło i już istnieje, one dotyczą tego dziedzictwa. Nawet to, że mieszkam w mieście, to również moje dziedzictwo. Nikt mi go nie podarował, ale ja się po nim przemieszczam.

  To jest dziedzictwo, prawda? A ty co tutaj czynisz? I w tym wspólnym dziedzictwie  żyją wszelkiego rodzaju ludzie. Ci, którzy wciąż czerpią z niewidzialnego świata, żyją dobrze. Natomiast ci, którzy żyją wyłącznie w dziedzictwie, żyją źle, ponieważ brakuje im tego zasilania - ich to nie interesuje. Ich charakter się pogarsza. I tak dalej, i tak dalej.   

A to dlatego, że kiedy bierzemy coś ze świata niewidzialnego, to te rzeczy, są jak podarunki od Boga, one są przesiąknięte, a nasza świadomość się zmienia.  

Czy wiecie dlaczego, na przykład pigułki na niektórych ludzi działają, a na innych już nie? Bo nastał czas, żeby przenieśli się na nowy poziom świadomości. Przychodzą na przykład do jakiejś staruszki, a ona macha im przed twarzą nożem albo na przykład jakimś wrzecionem i człowiek jest wyleczony. 

I to też nie jest jeszcze Bóg - nie, to może być jakiś przesąd, może to być jakiś tam szamanizm. Ale ponieważ człowiek wierzy, że istnieje coś więcej niż to, czego może dotknąć rękami, to dzięki temu zostaje uzdrowiony. 

Ale nadchodzi czas, kiedy nawet taka staruszka nie może mu pomóc. I w ten sposób go popychają w tym kierunku, nakierowują tam gdzie może działać wyłącznie wiara w prawdziwe cuda. I właśnie tam zaczyna się prawdziwe życie.

Dziękuję. 

 wersja polska: https://www.youtube.com/watch?v=2uvAdZtkIdA

poniedziałek, 12 października 2026

Fałszywe światło - Wiktor Sawieliew

 oryginał: https://youtu.be/XqnMSqFwfAI

Witajcie ludzie - mamy dziś pytania i odpowiedzi.  Temat numer sześć. Fałszywe światło . Pytanie: Dlaczego przyjemnie jest uważać się za lepszego od innych? I jak odróżnić prawdziwe doświadczenie duchowe od pychy? właśnie tak - doświadczenie duchowe od pychy.  

 Wiecie - taki subtelny grzech niewiele różni się od cnót -  przynajmniej trudno to rozróżnić. I ludzie pytają: Gdzie jest ta cienka granica? Gdzie jest ta subtelna granica pomiędzy pychą a doświadczeniem duchowym?  To przecież jest otchłań! prawdziwa otchłań. 

Ale jeśli ustawisz piramidę w ten sposób, to taka piramida obrazuje nam  przyczynę i skutek w świecie materialnym. Na samym dole mogą minąć całe lata zanim nastąpi skutek, ale im wyżej się wznosisz, tym reakcja przychodzi szybciej. Coraz szybciej pojawia się przyczyna i skutek. A na samym szczycie przyczyna i skutek pojawiają się niemal od razu a potem po prostu się łączą - i to właśnie nazywają cudem. 

 Ale może też istnieć fałszywe światło - ten cud może też mieć pochodzenie techniczne. I spójrzcie, wszystkie cuda pochodzące od Szatana są techniczne. To znaczy, jeśli uważamy, że cud to przejście od fizyki Newtona do fizyki Einsteina, to tak nie jest. To również fizyka ale na innym poziomie. 

 Mówi się, że w materialnym wszechświecie istnieją tak zwane sidha loki, gdzie wszyscy ludzie latają, teleportują się i tak dalej - taka tam jest doskonałość, ich waga może się zmieniać - tam jest to po prostu normalna rzecz - powszedniość, po prostu codzienne życie. To, co się tu wykonuje przez całe życie tam osiąga się znacznie szybciej. Tam jest taki poziom planet, ale to jest materialne, to nie jest żaden cud.  

No i Szatan daje nam te techniczne rzeczy, ale zabiera nam coś transcendentalnego, coś prawdziwie wiecznego. To tak samo jak kiedyś oszukano Indian odkupując od nich ziemię za jakieś tam porcelanowe spodki lub szklane kulki - za coś co można było kupić w każdym sklepie z porcelaną w Europie.  

 Dali im to a Indianie powiedzieli: „Och, co to za cud, jakie to interesujące. Och, ten szelest papieru". No wiecie, po prostu dzikusy. I my też jesteśmy jak dzikusy, a to jest po prostu kolejny - inny poziom cywilizacji. I pewnego dnia możemy do niego dotrzeć, albo możemy teleportować się stąd bezpośrednio do świata duchowego. To też nie jest wykluczone. 

  Jesteśmy przyzwyczajani do tego fałszywego, subtelnego światła. A czym  różni się to swiatło subtelnej materii od prawdziwie duchowego? Najważniejsze, żeby ich nie mylić. Nie ma w nim nic złego. Nie ma nic złego w sidhach - oni się czasami pojawiają.  

Istnieje sakramentalna tajemnica i istnieje również magia. Tajemnica pojawia się wtedy gdy o coś prosisz a potem zupełnie niespodziewanie, w nieplanowany sposób, coś przychodzi, - pojawia się rozwiązanie pewnych problemów. 

Natomiast w magii wszystko wiesz na pewno - musisz zrobić to, to i tamto. To znaczy, istnieją pewne regulaminy i na pewno to otrzymasz. Wszystko jest opisane. Musisz spytać tego czy tamtego ducha - złego lub dobrego, to nie ma znaczenia.   

A dlaczego tak miło jest myśleć o sobie jako o kimś lepszym od innych? Po pierwsze, ja nie zgadzam się z tym, że to jest takie miłe - to jest raczej bezpieczne. Myśmy przywykli myśleć, że całe niebezpieczeństwo jest gdzieś tam na dole, pod nami; nie spodziewamy się niczego niebezpiecznego z góry - tam nie będzie żadnego podstępu . Wspiąłeś się gdzieś tam na wysokie drzewo i spoglądasz z góry ale niebezpieczeństwo może czyhać wszędzie. Jakiś sęp może przylecieć i cię dziobnąć czy coś podobnego. Bycie wyżej niekoniecznie oznacza bycie kimś lepszym od innych. Ale możesz być lepszy, no, pod względem pewnych cech. Masz na przykład dłuższe nogi, ostrzejsze zęby, jesteś mądrzejszy i tam gdzie inni by zginęli, ty możesz uczyć się na ich błędach. No i tyle. To jedynie czysto zwierzęca przyjemność. Ale w rzeczywistości za tym wszystkim kryje się strach. 

 No i kolejna rzecz:  miło jest uważać się za lepszego od innych. To nazywa się pychą lub zarozumialstwem - prawda? Pycha to psychologia upokorzonego człowieka. Jak ona się pojawia?  Wymieniam w tej chwili objawy fałszywego światła, bo tak naprawdę szczerze mówiąc, nie potrafię nawet nazwać żadnych objawów prawdziwego światła.

 Światło fałszywe jest skategoryzowane, uporządkowane, można to nazwać tak, można to nazwać inaczej. To się nazywa magia. Przeczytajcie sobie kilka książek doktora Papusa. Wszystko tam jest konkretnie uporządkowane i wyjaśnione. 

 A tak przy okazji, okazuje się, że magia może być również używana w dobrych sytuacjach, prawda? Papus powiada, że magia to nauka o miłości. 

Natomiast Boska ingerencja następuje tak, że jeśli masz problem to On go po prostu rozwiązuje - przy czym to rozwiązanie nigdy się nigdzie indziej nie powtórzy. Dlatego nie można tego, zapakować i odłożyć na jakąś półkę, żeby nasi potomkowie mogli uczyć się z tego przykładu i powtarzać. 

 A to dlatego, że Bóg mówi: „Stwarzam wszystko, tylko nowe, zawsze nowe”. Dlatego nic nie można  o tym powiedzieć - tak samo nic nie można powiedzieć o miłości. Jest napisane w Biblii: „Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, ani tego, ani tego, ani tamtego”. Ale to co pozostaje jest miłością.  

Czyli, że możemy jakoś ją określić poprzez eliminację przeciwieństw - poprzez definiowanie tego czym ona nie jest - z tego właśnie korzystamy. 

I chyba rozdział trzynasty mówi o miłości, tak jest tam napisane. My również użyjemy tego przeciwieństwa i będziemy mówić o tym co nie jest prawdziwym światłem.

 Jeśli na przykład zacząłeś się pysznić, że jesteś tak bardzo uduchowiony to wpadłeś w pułapkę. Pycha nas zatrzymuje. Gdy tylko poczułeś że inni są gorsi od ciebie, to już koniec. W Mahabharacie jest taki opis kiedy postanowili to sprawdzić - było dwóch kandydatów do tronu władcy całego świata. Wtedy Ziemia była politycznie globalna. I nawet wszystkie te miejsca są tam opisane. Opisana jest Syberia, są opisy gdzie była centralna Rosja, gdzie żyli ludzi z rzadkimi brodami - to znaczy włosy nie rosły im na twarzy. To był mniej więcej Tybet, są opisy gdzie jest Francja, - wszystko tam jest opisane. 

I tam byli ci dwaj Duryoudhana i Judhiszhira -  ten drugi był że tak to ujmę z frakcji Pandawów, a Duryodhana z frakcji Kaurawa. No i guru wysłał im taką listę na której mieli zapisać kto jest wyżej od ciebie, kto niżej. Dał im nakaz: zrób taką listę.  Tych pośrednich ludzi zapisywać im nie kazał.

 Obaj ci kandydaci ruszyli w podróż i Duryodhana stwierdził, że nie znalazł nikogo lepszego od siebie - stwierdził, że on jest ponad nimi wszystkimi. A Yudhishhira poszedł i zobaczył, że jest niżej od nich wszystkich.

Duchowe światło wyrównuje wszystkich, a ty już się nie porównujesz, nie ma już w tobie tego pragnienia konkurencji, ponieważ przeznaczenie w ogóle nie konkuruje z nikim. Ono jest wyjątkowe, tylko twoje i nikt inny takiego nie będzie miał. Nie ma konkurencji. Nie ma potrzeby ścigać się wspinając na jakiś wierzchołek społecznej piramidy. Nie potrzebujesz tego wszystkiego. 

 I oto ta teoria luster, więc patrzę i porównuję i widzę swoje odbicie. A lustra, zauważcie odbijają wyłącznie twoje największe niedostatki. Mówisz: „Wiem, jak wykonać to, ale on wie ode mnie mniej”. Zatem po pierwsze porównujesz, prawda? Porównujesz swoje mocne strony, ale on może mieć inną mocną stronę. Więc on już przegrywa, co oznacza, że ​​jest kiepski. Albo, spójrzcie na to jak on się źle zachowuje? Czyli, że on odbija mnie jak lustro.  Tak więc ta teoria lustra przestaje istnieć, kiedy zaczynam karmić się swoim przeznaczeniem, widzę swój cel życiowy i zaczynam dostrzegać cele innych ludzi, a oni nie są moimi konkurentami. 

 I dlatego rozumiem, że żadne przeznaczenie nie może przewyższyć innego przeznaczenia. I Yuthishhira dostrzegał w każdym człowieku wyższe cechy, którym nie był w stanie dorównać. Natomiast Duryoudhana tego nie dostrzegał. On widział coś przeciętnego, standardowy zestaw cech lub nawyków jakimi powinni władać ludzie i on ich w tym przewyższał. 

No i nawiasem mówiąc, porównywał tylko to, co uważał za wartościowe. A co my uważamy za wartościowe? Zazwyczaj uważamy za wartościowe to, co potrafimy robić dobrze. A jeśli potrafimy coś zrobić źle, to nie uważamy tego za wartościowe. Dlatego nawet nie używamy tego jako wzoru do porównywania z innymi.  Ten człowiek włada taka umiejętnością, ale to dla nas nie ma znaczenia, bo inaczej pycha poczułaby się dotknięta.  

No i przede wszystkim pychy nie da się ukryć. To jedyna wada o której ludzie mówią: „No cóż, jestem taki/taka”. Ludzie szczycą się tym czego powinni się wstydzić. 

  Na przykład, chcę otworzyć jakąś firmę, jakieś biuro, jakąś produkcję, a tego nie ma w moim przeznaczeniu. Mam coś innego jako życiowy cel. Próbuję raz, drugi i  dzięki Bogu wszystko to się nieustannie rozpada. I za każdym razem, gdy próbuję zaczynają się poważne kłopoty - z tym, że za każdym razem te przeszkody ą coraz poważniejsze. I za każdym kolejnym guzem jaki sobie przyprawiam narasta we mnie ból. Ten poziom jest coraz wyższy i w końcu widzę kolejną przeszkodę i zdaję sobie sprawę, że tym razem ona mnie zabije a ja po prostu przestanę szanować siebie, a Kryszna na to nie pozwala.  

 I wtedy Bóg mi daje pychę jako znieczulenie. Zaczynam się pysznić nie tym, że coś tam osiągnąłem ale tym, że ja nie potrzebuję żadnej firmy, że biznesami zajmują się wyłącznie ludzie absolutnie nieduchowi,  

 Zaczynam nawet nimi gardzić i robiąc to, ratuję siebie. Bo jeśli zacznę zupełnie się kajać i przejawiać skruchę to po prostu zatrzymam swój postęp i zaczynam iść w innym kierunku. Ale jestem dumny właśnie z tego gdzie odnoszę porażkę. To znaczy, pycha to psychologia człowieka już upokorzonego, poniżonego. Taki ktoś mówi: „wszystko jest ze mną w porządku. Właściwie po prostu mi to niepotrzebne." A pycha ratuje go na jakiś czas. 

Nie będę już opowiadał jak pozbyć się zarozumialstwa. Psychologowie napisali o tym ogromne traktaty.  

 Zatem po pierwsze, to nie jest cienka granica — to przepaść między nimi. To nie jest przyjemne lecz bezpieczne. To jest psychologia człowieka upokorzonego, poniżonego.

 A kiedy nie emanujesz fałszywym światłem, ale takim autentycznym, to zaczynasz być bardzo rozchwytywany, bo jesteś ekskluzywny. Wtedy pachniesz świeżością - nie jesteś jakąś kopią poskładaną z tego co wykonali inni. Tak w ogóle to przyroda jakoś nie chce, żeby takie duplikaty długo żyły w tym świecie. 

Będąc dzieckiem czytałem kiedyś bardzo dużo literatury science fiction, to była książka a może nawet widziałem film oparty na powieści braciach Strugackich - chyba jednak film, Akcja toczy się w średniowieczu. Jest tam miasto, i wszyscy jego mieszkańcy zostaną zabici. Będą dosłownie ukamienowani.

 Ale tam, w mieście żyje jakiś mistrz, taki mózg, potężny umysł. On ma jakąś dawną księgę - jak to się mówi "wyprzedził swój czas". On jest tam takim uczonym mędrcem. I miał tam swojego ucznia - pomocnika, takiego asystenta: "podaj - przynieś".

No i bohaterowie powieści przylecieli tam i mieli zadanie zabrać tego człowieka zanim wszyscy zostaną pozabijani tymi kamieniami. 

 Chcieli więc wziąć tego mistrza, tego jakiegoś tam czarownika - alchemika i nie wiem już w jaki sposób to zmierzyli , ale zdali sobie sprawę, że powinni wziąć nie jego, ale tego ucznia, który był tak kochającą duszą, która rozumie w głębi serca więcej niż wszystkie te napisane tomy. 

  I w rezultacie wzięli tego chłopca. To znaczy, jego poziom miłości był nieporównywalnie wyższy od wszystkich wokół - w tym również od tego alchemika.  Na zewnątrz tego nie widać. Ale wewnętrznie... po ich zachowaniu, "po owocach ich poznacie" jak uczył Jezus. 

 Zdarza się, że ktoś przeczytał mnóstwo książek, wziął udział w wielu kursach, sesjach coachingowych i pozornie zrozumiał wszystko dotyczące Adwajtawedanty, tantry, buddyzmu i tak dalej. Ale w rzeczywistości rozrosło się jego ogromne ego, które nie mieści się w drzwiach. A potem pojawia się w nim takie uczucie: "ja się obudziłem, a wszyscy wokół mnie śpią. Jestem tu, świadomy, a wszyscy inni są nieświadomi. Ja osiągnąłem samo-identyfikację, a wszyscy wokół mnie jeszcze nie rozumieją, kim są".

 No a potem taki człowiek doświadcza swego rodzaju przyjemności, takiego uniesienia, odlotu jak to się teraz powszechnie mówi z powodu tej swojej wyjątkowości, ponieważ on jest lepszy od innych i myśli, że to właśnie znaczy być w kontakcie z duchem, że to oznacza być natchnionym. 

Już chyba wiecie co chcę powiedzieć. Prawdziwie duchowi ludzie, dokonują czegoś dobrego w historii i pozostawiają po sobie mnóstwo uczniów, którzy czasami nawet ich przewyższają. 

  Na przykład Che Guevara. Słyszałem wielu polityków, którzy mówili: „Ci ludzie są tak nieświadomi - to jest dosłownie bydło. I dlatego są uciskani, poddawani ludobójstwu. Oni nawet nie potrafią porządnie zastrajkować". 

 A Che Guevara powiedział: „Nie”. Che Guevara, zrobił coś konkretnego, prawda? Nie zrobił tego tylko na Kubie, ale zrobił to w południowej Ameryce, Angoli, Mozambiku, wszystkich tych miejscach,- zrobił wiele, chciał wyzwolić całą Amerykę Południową, od amerykańskiego ucisku, ponieważ Amerykanie po prostu postrzegali ich jako swoich niewolników, i tyle. 

 A on chciał, żeby powstały jakieś niepodległe państwa. I odniósł sukces - udało mu się to. Amerykanie go w końcu zabili, ale to nie oznacza, że zakończył swoją misję.  Właściwie nie da się go zabić. Wszyscy kochają Che Guevarę. Ale co najważniejsze, powiedział, że jeśli ludzie się przebudzili, to są zawsze gotowi. On wierzył w ludzi i ludzie się zbuntowali. Mówił coś wiele razy przez radio i ludzie się zbuntowali, obalili rząd, potem spędzili czas w więzieniu. A za drugim razem się udało - on się nie cofał.

Był też ktoś taki w krajach bałtyckich, nie pamiętam dokładnie, w którym. Kraje bałtyckie, Litwa a może Łotwa - był tam jakiś nauczyciel. Jego nazwisko krążyło po sieci - po prostu, kiedy jego uczniowie do niego przychodzili, to wszyscy kończyli studia ze złotymi medalami. On im wpajał, że jesteście świetni, jesteście orłami. A ludzie, którzy do niego trafiali byli przeciętni - dosłownie brani losowo.  I wszyscy ze złotymi medalami.

 Albo ten sławny Makarenko - brał pod opiekę szumowiny, genetyczne śmieci, można powiedzieć porzucone dzieci albo dzieci wojny. I te dzieci ulicy, które już czasami zetknęły się z przestępczością zmienił w porządnych ludzi.

 Ukształtował z nich porządnych duchowo zaadaptowanych ludzi. Ale on w nich wierzył, po prostu wierzył w nich. Tutaj nawet działa efekt placebo, kiedy pewnemu nauczycielowi powiedzieli : „Wybraliśmy dla ciebie specjalną klasę dzieci uzdolnionych - przebadaliśmy całą ich genetykę, zbadaliśmy ich dziedziczność”. 

 I ten ich prowadził - a on był zwykłym nauczycielem, ale traktował tych uczniów jak przyszłych luminarzy nauki. I wszyscy oni też ukończyli studia. On po prostu w nich wierzył. I dlatego tak wiele z tego przebudzenia lub nie przebudzenia ludzi, zależy od przywódców - czy to będą politycy, naukowcy, nauczyciele, czy ktokolwiek inny -  ludzie, którzy wierzą w te masy. Oni w ten sposób wlewają w ludzi tę wiarę.  

  A wracając do  pychy: ci pyszni mówią: „my jesteśmy tutaj, a wy musicie jeszcze długo wzrastać i się rozwijać" -bo po prostu wygodnie im być na szczycie. I to są najbardziej szkodliwi ludzie. A dlaczego? Ponieważ umniejszają, uniżają ludzkie  masy i wgniatają w ziemię nie pozwalając wzrastać.

 W Mahabharacie jest taka opowieść mówiąca o tym. Bohaterem tam był Narada Muni - to taka wieczna postać angażująca się w wiele rzeczy, Bóg go wysyłał w różne miejsca korzystając wszędzie z jego pomocy. 

No i pewnego dnia Narada Muni odprawiał taką surową ascezę. A wiecie, że odprawiając tak surową ascezę to dzięki wytrwałości to można osiągnąć wszystko. Pamiętacie, że był ten demon Hiranjakaszipu osiągnął tymczasową, prawdziwą władzę nad całym wszechświatem. 

 A ten Narada Muni jest też śpiewakiem. On jest przedstawiany jako wyglądający jak mandolina - rodzaj instrumentu. A potem niektórzy ludzie u władzy zaczęli się niepokoić, bo po pierwsze ten Narada Muni był bardzo znany w społeczeństwie a tu dodatkowo zabrał się za wykonywanie ascezy więc może ich wyprzeć - a niektórzy półbogowie mocno trzymają się swoich stanowisk.  

 W szczególności zaniepokoił się Indra, Indra jest przywódcą półbogów, on zmartwił się Narada Muni stanie się silniejszy od niego i powiedział: „Trzeba coś zrobić z tym facetem, bo może mnie tu wykopać z mojego tronu". 

Tak więc Indra się przestraszył, że ktoś może go zdetronizować ​​i wysłali do niego Kamadewa. Kama jak wiecie już to pożądanie. Kamadew to bóg pożądania. No i wysłał go tam - a temu bogowi pożądania towarzyszyły różne Apsary, przepiękne nimfy - towarzyszył temu wiosenny wiatr, który go uwodził. 

 No i otoczyły go te nimfy i wszelakie pokusy ale ten Narada Muni okazał się twardym gościem. Nie zakochał się w żadnej z nich ponieważ był zaangażowany w praktykę duchową. Kamadeva wrócił do Indry i powiedział: „Nic nie mogę z nim zrobić. On ma tak silną wiarę, taki silny ten swój ascetyzm, że nie jesteśmy w stanie go w żaden sposób uwieść i pokłonił się. 

No a ten Narada Muni pokonał pożądanie. Ale natychmiast po tym w jego sercu pojawiła się subtelna myśl: „Pokonałem to czemu nikt na świecie nie jest w stanie się oprzeć - nawet Bogowie ulegają temu a mnie się udało nie ulec tej pokusie więc jestem lepszy od nich".

A jak dobrze pamiętacie: „Próżność to mój ulubiony grzech”. To był film zatytułowany „Adwokat diabła”. A na końcu filmu szatan powiada „Próżność to naprawdę mój ulubiony grzech”. No i ten nasz Narada Muni upojony tym zwycięstwem podszedł do Śiwy i zaczął się chwalić: „Patrz, pokonałem Kamę!”. 

A Śiwa widząc tę pułapkę pychy powiedział cicho: „No tak - jesteś wielkim mędrcem, ale nie mów teraz o tym Wisznu". A Narada Muni nie posłuchał i opowiedział to wszystko bogowi Wisznu - zaczął opowiadać jak łatwo przyszło mu pokonać tę pokusę, a Wisznu nie był taki jak Śiwa - kiedy zauważył tę nieprawidłowość to stwierdził, że należy tu interweniować za pomocą operacji chirurgicznej i wyleczyć go - usunąć ten wpływ fałszywego światła. 

No i kiedy ten Narada Muni wracał z powrotem, to Wisznu za pomocą iluzji Maya stworzył piękne miasto, a w nim same piękności - jedna z nich poszukiwała męża. I kiedy Narada Muni zobaczył te dziewczynę to zapomniał o swoich ascezach i wyrzeczeniach - zakochał się ponieważ za tym projektem stał sam Wisznu. On poszedł znów do Wisznu i prosił: "uczyń tak, żeby ona się zakochała właśnie we mnie, spraw żebym miał piękną twarz i sylwetkę żeby ona wybrała mnie - bo tam jest taka konkurencja".

 Wisznu na to odpowiedział: "nie ma sprawy!" i sprawił tak, że jego twarz stała się podobna do małpy. On sam siebie nie widział - wrócił tam pewny siebie i swojej urody. A nawiasem mówiąc w tamtych czasach nie było tak, że wszędzie wisiały lustra - i to było dobre. No i on przeszedł całą drogę nie zdając sobie sprawy z tego jak wygląda, księżniczka oczywiście go nie zauważyła i przeszła dalej, a goście patrzą na niego i się śmieją. A kiedy na koniec spojrzał na swoje odbicie w wodzie, to zobaczył małpią twarz i jego pycha rozpadła się w proch. W ten oto sposób go uzdrowiono. 

 My również jesteśmy leczeni w podobny sposób więc nie trzeba się martwić. Jeśli człowiek gdzieś tam się zbytnio zagalopuje to przyjdzie Bóg - przyjdzie Wisznu i uczyni coś takiego, że ta nasza pycha się rozpadnie. 

Pychę leczy się w dwojaki sposób - po pierwsze samotnością kiedy ludzie będą ciebie omijać jak tego z małpią twarzą. Wokół ciebie wtedy powstanie próżnia a wtedy nie będziesz już patrzył kto jest wyżej a kto niżej lecz będziesz w stanie porozmawiać ze wszystkimi żeby tylko zwrócili na ciebie uwagę. 

 Dziękuję za wysłuchanie. 

 wersja polska:  https://www.youtube.com/watch?v=SwV4Mgnjuu4

 

sobota, 10 października 2026

Przekładanie odpowiedzialności - Wiktor Sawieliew

 oryginał jest tu: https://www.youtube.com/watch?v=r-OtqCBMSVQ

Witajcie ludzie

Dzień dobry Wiktorze

 Co tam mamy na dziś do omówienia?

Przyjrzyjmy się takiemu tematowi jak przerzucanie odpowiedzialności. Często na przykład ktoś  chce, żeby rząd się nim zajął i rozwiązał wszystkie jego problemy. Więc przerzuca odpowiedzialność na kogoś innego, myśli, że ktoś jest zobowiązany przyjść i osobiście rozwiązać jego problem. Albo podjąć decyzję, na przykład, co powinienem zrobić, czy odejść, czy nie. Więc ktoś przychodzi,  ktoś inny musi podjąć decyzję, albo on sam. Przyjrzyjmy się temu. 

 Odpowiedzialność. Człowiek bez odpowiedzialności nie może nic zrobić w życiu. Życie nie da mu ODPOWIEDZI - nie będzie mu odpowiadać. A to dlatego, że życie to seria decyzji, twoich własnych decyzji. 

A czy wiesz co to jest własna decyzja? Twoja decyzja to to co powiedział tobie Bóg. Jeśli ktoś inny mi powiedział, a nie Bóg, to znaczy, że mówimy bez odpowiedzialności. W rzeczywistości człowiek nie wie, dokąd iść. 

 "O - tamci ludzie mają autorytet -oni wiedzą, dokąd iść". Bhagavad Gita mówi: "nikt nie wie, dokąd ma iść". Nikt nie wie. Żaden nauczyciel duchowy nie wie. I tylko Bóg, z wnętrza, podpowiada każdemu, co ma czynić. 

 Ale my to nazywamy takim bezbożnym słowem odpowiedzialność. Bo cokolwiek Bóg powie, my mówimy: „To jest odpowiedzialność”. To znaczy, On sam zdecydował, bez konsultacji z nikim. 

Owszem - trzeba zasięgać rady innych, ale gdy zbierzesz te wszystkie dane to ostatecznie sam podejmujesz decyzję o tym, dokąd musisz pójść. Więc wszystko rozważasz i ostatecznie decydujesz sam wybierając albo swoją ścieżkę, albo podejmujesz decyzję w sprawach rodziny - być może w sprawach wioski, miasta, kraju lub nawet Wszechświata. 

Poziom odpowiedzialności cały czas wzrasta. Poziom odpowiedzialności śudry czyli człowieka z najniższej warstwy społecznej to tylko za siebie. Śudra może być nawet naukowcem - jakimś tam wynalazcą ale on nie jest śudrą dlatego, że ma na przykład brudne ręce. W laboratoriach naukowych wszystko jest sterylne - on jest Śudrą ponieważ niesie odpowiedzialność tylko za siebie.

 Kolejna wartstwa społeczna to Waisza - gospodarz. On ponosi odpowiedzialność za rodzinę. Ale nie wszyscy żonaci ludzie są Waiszami - Waisza niekoniecznie musi być kupcem, chodzi o poziom odpowiedzialności za rodzinę.

  Kszatrij natomiast niesie odpowiedzialność za kraj, miasto albo jakiś tam region. Kshatri jest wojownikiem - to inna odpowiedzialność. A te kategorie mogą łatwo poświęcić swoje życie dla innych. Ci poprzedni mogą poświęcić się dla swojej rodziny. Ale śudra nie może - nie jest w stanie.

   No a bramin czyli czwarta grupa może poświęcić swoje życie w imię czegokolwiek. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli nie ma czegoś za co jesteś gotów poświęcić swoje życie to znaczy, że nie masz celu w życiu. Tak to jest zdefiniowane. Za co jesteś gotów umrzeć? Jeśli za nic to znaczy, że nie żyjesz. (śmiech). I to jest odpowiedzialność.  Co jest dla ciebie ważne. 

Zatem odpowiedzialność.  My znamy swoją odpowiedzialność. Odpowiedzialność to to, co mi powiedział Bóg, a ja to czynię. On mówi mi: „To jest twój udział - twoja dola, weź to i wykonaj”.  Mówi o tym pierwsza mantra Shri Upanishad: "to jest twoja część i nie bierz nic zbędnego". Nic dodatkowego. 

Weź tylko tyle, aby przeżyć dalej i wykonać zadanie, a potem wszystko inne się ułoży. A co najważniejsze, nie bierz cudzego udziału. Jeśli naruszysz czyjąś część, to koniec, nie będziesz mógł zatrzymać swojej części. A ten, kto przestrzega tej zasady - a to jest zasada odpowiedzialności, zdecydowanie ja przyjąłem tę odpowiedzialność. To nie było z zewnątrz, nie było jakiegoś sygnału dźwiękowego ani nie dali mi dokumentu.  

Podam taki przykład, może nieco niefortunny. Jacyś dwaj ludzie na pierwszej linii frontu - to dziś bardzo aktualna i realna rzecz. No więc, jeden z nich to taki prawdziwy zuch. Jeśli dowódca wydał rozkaz to on go wypełnia i tak dalej. Natomiast ten drugi...., no cóż, jak to powiedzieć, oni nie są wykształceni politycznie, im się wydaje, że bronią ojczyzny itd.

 Jeden z nich jest taki nieco skryty potrafiący samodzielnie podejmować decyzje - a dowódcę maja takiego u którego fałszywe ego daje o sobie znać, i ten może do niego mieć pretensje dlaczego nie wykonał rozkazu w czasie działań wojennych? 

 No i jeden z tych dwóch żołnierzy jest ślepo posłuszny - na wszystko odpowiada "tak jest", a tamten drugi, który sam coś wymyślił jest jeszcze skuteczniejszy, ale dowódca mówi: „Jakie miałeś prawo? Czego mi nie zameldowałeś o tym?"

Ten pierwszy u którego w ogóle brak jest osobistej inicjatywy mówi wciąż wyłącznie "tak jest"- a ja mu mówię: "jesteś bezbożnikiem, drewnianą kukłą posiadająca oczy. Wykonujesz tylko cudze rozkazy i nie podejmujesz żadnych decyzji. A który z was się bardziej uśmiecha?" On mówi: „No on”. Ja odpowiadam: „Ponieważ on żyje, (śmiech) tylko Bóg daje życie. On o czymś decyduje w życiu. Ty nie decydujesz o niczym. Jeśli robisz wszystko poprawnie zgodnie z instrukcjami, to jesteś robotem wykonującym program - a przecież  jesteś człowiekiem. To niedopasowanie - ta niezgodność będzie cię dręczyć i zawsze będziesz niezadowolony”. 

 On mówi: „Tak, jestem niezadowolony. Dlaczego on może to robić, a ja się boję?" Ja mu na to: „Czy boisz się wyjść poza instrukcje - poza program. Życie nie jest zgodne z instrukcjami". 

W Piśmie Świętym jest powiedziane: "martwa litera zabija - duch zaś ożywia". I mowa tam nie o jakimś rozkazie wojskowym czy też o jakimś podręczniku instruującym jak postępować w przedsiębiorstwie. To jest powiedziane o Piśmie Świętym!, że litera zabija, a duch daje życie. 

Ponieważ duch jest odpowiedzialnością - wtedy życie ci odpowiada, bo duch, mówi, tylko nowe, wciąż, nowe i nowe - a ty to rozumiesz i przyjmujesz. A ci, którzy biorą odpowiedzialność najpierw wzbudzają niezadowolenie otoczenia bo ludzie wokół ich nie rozumieją - ale też on sam nie wie dokąd zmierza, ponieważ kiedy duch mu coś mówi, to musisz to wykonać. 

Ty nie wiesz, jak to się zakończy, bo widzisz to pierwszy raz, i jest to pierwszy raz nie tylko dla ciebie, ale także dla ludzi wokół ciebie - istnieje ryzyko. Ale nikt wokół ciebie nie chce wraz z tobą wziąć na siebie odpowiedzialności. Jeśli ty nawalisz, ale ja też tam byłem to również będę pociągnięty do odpowiedzialności.

I dlatego tacy pionierzy są przez otoczenie obrzucani kamieniami. I to jest obowiązkowa procedura, boska procedura, że ​​będą cię dręczyć za twoją odpowiedzialność. To znaczy, inicjatywa jest karalna. Słyszeliście o tym prawda? A dlaczego za własną inicjatywę dają nagany? Bo zawsze istnieje jakaś tam wyższa lub niższa elita - jakiś tam rodzaj administracji. 

 No i jak dobrze wiecie na powierzchni wody pływa to co jest najlżejsze - i tam są właśnie tacy. Oni działają zgodnie z protokołem i ponad nimi są kolejni, a nad tymi jeszcze jedni.  

I dla nich nie jest najważniejsze, żeby dane przedsiębiorstwo się jakoś rozwijało - ich to nie obchodzi, najważniejsze żeby nie było żadnych ekscesów. Niech będzie przeciętnie, ale spokojnie. I dlatego oni nękają tych samodzielnych. I wiecie, po co nękają? Oni sprawdzają czy jesteś na tyle oddany Bogu, że ktoś ci coś tam nakazał, a ty nadal czynisz swoje. 

Znamy bardzo wiele filmów, w których ludzie łamią rozkazy podczas wojny i właśnie w wyniku tego niepodporządkowania następuje zwycięstwo. A pracownicy sztabu się tego boją - ale potem przychodzi generał i mówi: „Dobra robota, dajcie mu medal”. Czyli wygrał ten co złamał dyscyplinę. Nastaje sprawiedliwość a publiczność jest zachwycona, bo publiczność to zwykli ludzie. A zwykły człowiek to przyszły święty, prawda? To właśnie jest odpowiedzialność. 

 Nasz dzisiejszy temat to przenoszenie (przekładanie) odpowiedzialności. Czyli Bóg dał mi jakiś nakaz - tacy ludzie są jak ci pracownicy kolei przekładający zwrotnice na torach.

 Ktoś się kiedyś dowiedział, że kogoś tam z czegoś uzdrowiłem, i zaczął wszędzie szukać chorych i przyprowadzać ich do mnie. Zastanawiałem się, skąd się wziął ten nagły napływ ludzi? Wtedy się dowiedziałem co się dzieje i mu wyjaśniłem: „Słuchaj - jeśli ktoś się do ciebie zwrócił, to nie chory się do ciebie zwrócił, ale Bóg, w postaci tego chorego - a skoro on zwrócił się do ciebie i zapytał to znaczy, że ty możesz go uzdrowić".

On na to: "Ja nigdy nie próbowałem”. A dlaczego nie próbowałeś skoro on się do ciebie zwrócił? A tutaj jest tak, że to nie oni się do ciebie zwracają lecz to ty ich szukasz. To tak nie działa. 

Tacy co przekładają zwrotnice są jak pośrednicy. Krótko mówiąc, między Bogiem a duszą nie powinno być żadnych pośredników. Samo pośrednictwo ma również znaczenie - ktoś taki pośredni czyli przeciętna osobowość. To prawie obraźliwe słowo prawda? To jakiś rodzaj przeciętnej bezwartościowości. 

A jest też jakie określenie "nieprzeciętny" - niepośredni, spontaniczny. To nie jest pośrednia osobowość. Słyszeliście takie określenie? 

 Bóg powiedział i on to wykonał. Nie było nic pomiędzy nim a Bogiem, ponieważ każdy pośrednik zniekształca sygnał. Ale tutaj Paramatma czyli nad-dusza w sercu przemówiła bezpośrednio do atmy czyli duszy, a ciało poszło i to zrealizowało. Wszystko poszło dobrze.  

 Ale jeśli byłby to przekaz przez kogoś innego, to nie zadziała. Nie da się tego zrobić. Normalny guru, normalny nauczyciel duchowy nie mówi: „Jestem zastępcą Boga, zapytaj mnie, a ja ci powiem co czynić”. 

 On mówi: "Tu jesteś ty, tu jestem ja, a tu jest Bóg tuż obok ciebie, i mogę tylko powiedzieć: „Słuchaj Go”. A w twoim wnętrzu to nie zaburczało ci w brzuchu, lecz to Bóg coś do ciebie mówi, coś po prostu odpowiedziało. 

  Najważniejsze, żebyś się nie bał. On powinien inspirować, a nie straszyć. Prawdziwy mędrzec mówi: „Ja sam nie wiem, czego Bóg od ciebie chce”. Właśnie o to chodzi.  Tacy są właśnie uczciwi duchowni - oni namawiają do spontaniczności i unikania pośredników.

 A co się tyczy tych ludzi - pośredników: spotkałem pewnego człowieka i miałem takie uczucie, że jest po prostu w kolosalny sposób uszkodzony, że wisi nad nim jakaś klątwa. Jak to się przejawiało? Myśmy wtedy szukali miejsca dla swoich spotkań - jak widzicie, znaleźliśmy i właśnie tu się znajdujemy w tej chwili.

 A on przyszedł i zaczął opowiadać, że tu i tam i jeszcze tam...że oddadzą za darmo. No i jeździliśmy z nim tak chyba ze 2 dni. Wtedy lepiej go poznałem. Chodzi o to, że on sam niczego nie reprezentuje, nie rozpoczyna żadnych projektów. No bo albo boi się, albo może gdyby mu pozwolono to zrobić, to jego pycha zrujnowałaby ten projekt. Po prostu wyższe siły mu na to nie pozwalają żeby nie stał się zbyt arogancki - żeby wszystko dobre, co się tu dzieje, nie działo się dzięki niemu. 

I dlatego drugiego dnia powiedziałem mu: „Zrób mi tu małą listę, gdzie jeszcze mogę pojechać?” Zapisałem to i wykreśliłem, bo zdałem sobie sprawę, że tutaj, tu i tam zdecydowanie jeździć nie warto.

Nie ma sensu tracić na to czasu, rozumiecie? A potem znalazłem pewnego szczęściarza, poszliśmy z nim i za drugim razem od razu znaleźliśmy to miejsce. Przy czym za pierwszym razem powiedzieli nam: „Powinniście spróbować tamtego miejsca” - i tak trafiliśmy tutaj. Czyli, że za pierwszym razem nigdy byśmy tego miejsca nie znaleźli.

 Zostaliśmy tam po prostu wysłani, ponieważ ten nowy człowiek ma dobrą karmę. On jest spontaniczny.. Jest połączony ze źródłem, a ten pierwszy nie jest połączony ze źródłem. 

Dobrze - nasz temat brzmi: przeciętność czy też pośledniość i bezpośredniość albo też  spontaniczność. Zatem kolejna rzecz: każdy z nas ma pilne, bezpośrednie zadanie, które wyznaczył nam Bóg. I jest to zapisane w mantrze Shri Upaniszad numer jeden. Mówi ona: „Przydzielam ci część tego, co musisz wykonać, i przydzielam narzędzia, których potrzebujesz, żeby to wykonać, i nie sięgaj po inne narzędzia i inne działania". Wtedy wszystko będzie w porządku. Twoje udziały zostały przydzielone. Tak mówi Święte pismo. 

Ale mamy kolejne Pismo Święte od Pitagorasa. Tego samego Pitagorasa z Krotony. On nie jest dziś kojarzony ze świętym człowiekiem, ale został po prostu przyćmiony przez Jezusa, ponieważ Jezus całkowicie powtórzył ścieżkę Pitagorasa. Niewielu ludzi o tym wie. 

 No wiecie - pojawia się jakaś sensacja, wszyscy o tym mówią; a kiedy pojawia się nowa sensacja to ta pierwsza  jest zapominana. A między nimi był bardzo znaczący okres czasu. Tak samo były najpierw przekazy zapowiadające jego przyjście na świat, niepokalane poczęcie i tak dalej. 

 Ogólnie rzecz biorąc, jest bardzo wiele zbieżności w ich biografiach. Wiele zbiegów okoliczności.  On także miał swój kościół. Kościół był powszechny, europejski. Nie obejmowało to Ameryki ale cała Afryka - jej wybrzeże, Północna Afryka i zasadniczo całe Morze Śródziemne słuchało jego zaleceń.

 To była prawdziwa religia i miał też swoje przykazania. A trzecie najważniejsze przykazanie z tych dziesięciu brzmiało: „Grzechem jest pomaganie ludziom leniwym”.  A kim jest leniwy? Leniwy to ktoś, komu Bóg powierzył swój udział - jego dolę. Ta jego dola jest mu niezbędna jak powietrze, bo wraz z tą dolą - z tym zadaniem, Bóg daje możliwość wypełnienia tego zadania. Daje entuzjazm, zasoby, pieniądze, siłę, zdrowie, kontakty i tak dalej.  Mam te zasoby, mam zadanie, wykonałem je i czuję, że dzień nie był stracony i czuję, że wykonałem co do mnie należało, a wszyscy mi klaszczą - jak dobrze to zrobiłeś. 

 A w innym przypadku pojawia się ktoś inny i mówi: „Pozwól, że ci pomogę”. I on wykonuje to zadanie. Wtedy Bóg temu leniuchowi, który pozwolił komuś wykonać za siebie zadanie automatycznie odbiera pieniądze, siłę, zdrowie, kontakty i tak dalej, ponieważ były one przeznaczone do tego konkretnego zadania - ale zadanie już zostało zrealizowane. Ktoś inny je wykonał - nawiasem mówiąc, niezbyt dobrze zrobił ponieważ wydał, spożytkował swoje zasoby - te które nie były przeznaczone do tego zadania. Jest to zatem podwójny grzech, bo potem nie wykonasz swojej pracy. Nie wykonałeś swojej pracy, a więc pomaganie leniwym jest grzechem. 

Dlaczego więc istnieją ci "zwrotnicowi" przekładający swoją odpowiedzialność na innych? Bo istnieją inni idioci, którzy to na siebie biorą - stara mądrość uczy: "dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane". To właśnie o nich.  

To przykazanie mówi, że wielkim grzechem jest pomaganie leniwym. Dosłownie brzmi to tak: „Należy pomóc człowiekowi podnoszącemu ciężki przedmiot, ale nie pomagać w jego stawianiu”. Na przykład w podniesieniu ogromnego kłody drewna, której nie da się pociąć, a jeden człowiek sam się nadwyręży. 

Wtedy ludzie podeszli, podnieśli wraz z nim, a on już dalej sam odłupuje coś, ciosa albo na przykład wykonuje na niej jakieś tam rysunki. Przyszli, pomogli, a potem on jest już zdany na siebie.  Tak to ma być. 

Dlatego,... jak my to nazwaliśmy? - przerzucanie, przekładanie odpowiedzialności. I dopiszmy jeszcze, że to wielki grzech. To jest trzecie przykazanie Pitagorasa. Bardzo dziękuję.

  wersja polska: https://www.youtube.com/watch?v=uvuSOXt-rIU