oryginał: https://www.youtube.com/watch?v=euWTU3S0dfs
Witajcie ludzie,
Dzień dobry panie Wiktorze
Co będziemy dziś omawiać?
Odpowiedzmy na komentarze. Pewna dziewczyna zostawiła komentarz, ona pisze: „Żyję na krawędzi, to jest okropne. Teraz
tak żyję i czekam, aż to się skończy. I
nie chcę umrzeć, tylko wyczekuję”.
Ojej! Poważna sprawa. Żadnych szczegółów nie podaje?
Nie. Ona tylko pisze, że życie jest na krawędzi.
Aha - Na krawędzi.
[śmiech]. Przeczytajmy to jeszcze raz.
Spróbujmy zrozumieć i przeniknąć jakoś to pytanie.
Życie jest na
krawędzi. To jest koszmar.
aha, czyli wszystko idzie źle.
Ja teraz tak żyję tylko wyczekuję kiedy to wszystko się skończy. Póki czekam to nie umrę.Człowiek czeka, aż to wszystko się skończy i martwi się, że nie dożyje końca.
Rozumiem. Życie jest na krawędzi.
Ach, [śmiech]
tak. Więc,
słowo kluczowe tutaj to prawdopodobnie nie życie
na krawędzi, ale kiedy się to skończy,
bo cóż, po pierwsze, już się poddałem, nic nie mogę zrobić, rozumiem, że ledwo mogę przetrwać
i czekam, aż się to wszystko skończy.
Cóż, chcę
powiedzieć, że wszystko kiedyś się skończy. [śmiech] Wszystko kiedyś się skończy. To
gwarantowane. Zarówno dobre, jak i
złe się skończy.
Po prostu
dobro i zło przemieszczają się w ten sposób zastępując wzajemnie..... jakby to ująć? Czy widzieliście słoje roczne na ściętym
drzewie?
Dlatego one tam są?
Bo kiedy jest gorąco, kiedy jest dużo wody, kiedy jest ciepło, to wszystko rośnie i te słoje roczne są duże, one mają duże komórki, a
potem, kiedy jest chłodniej, to drzewa zaczynają powoli zasypiać i wtedy te komórki są mniejsze.
One nadal rosną, ale w
trudnych warunkach. A życie na krawędzi ma miejsce właśnie w trudnych warunkach - no wiecie, kiedy
pensje są niskie, to ledwie wystarcza na życie prawda? Wtedy nie ma wolnego czasu, żeby
coś zrobić. To wszystko jak
chodzenie jak pod karabinem maszynowym. Wszystko ograniczają ścisłe przepisy.
To wolno a tego nie wolno - wszystko jest ściśle wyznaczone i nie ma
wolności, prawda? To znaczy,
wszystko jest za mnie ustalone. I to się nazywa życie na krawędzi. Po prostu
jakiś taki życiowy obowiązek wojskowy.
I oczywiście, człowiek tego nie lubi.
No cóż - a po co taki obowiązek? Kiedy to się
skończy? Kiedyś się skończy- prawda? Wszyscy idą do wojska, potem jak już swoje odsłużyli to w pewnym momencie przechodzą do rezerwy. Są też tacy, którzy chcą w tym wojsku zostać, a reszta idzie do cywila, wszystko to się kiedyś kończy.
Na ten temat jest wiele przypowieści - nawet ta opowieść o Salomonie, że miał napisane na pierścieniu, że
to minie. On nawet pewnego razu zdjął ten pierścień, bo rozzłościł się na ten napis. Rzucił nim, a gdy go znów podniósł to zobaczył, że napis się zmienił i teraz było napisane: "to też minie".
Wszystko kiedyś się kończy.
Wszystko ma początek i koniec i wszystko
jest cykliczne. Ale kiedy nie
dostrzegamy tej cykliczności, to wydaje się, że idziemy prosto i wydaje nam się,
że to trwa wiecznie.
I chcę powiedzieć,
że kiedy wszystko idzie dobrze to procesy myślowe zachodzą wolno.
Ja w tym miejscu nie mówię o miłości - nie mylcie tego. Tak się dzieje kiedy jest komfortowo, kiedy po prostu
potrzebuję odpoczynku, powiedzmy, żeby się opamiętać,
żeby pozostać człowiekiem.
Ale kiedy boli, to wydaje się, że
ten ból będzie trwał wiecznie. Ból trwający 5 minut - na przykład kiedy moje palce zostały przytrzaśnięte drzwiami może wydawać się wiecznością. To tylko tak się wydaje, że czas się niby zatrzymał, bo ból jest nie do wytrzymania. Ja wtedy skupiam się na sobie
Po pierwsze,
jeśli ktoś dostał taką surowa lekcję życiową i nie dają mu możliwości
ruchu ani w prawo ani w lewo, bo w przeciwnym razie grozi rozstrzelanie to oznacza, że sam ten człowiek jest niezbyt uporządkowany wewnętrznie, mało odpowiedzialny.
Taki ktoś nie za bardzo chce
żyć dla innych. On
nie chce żyć tu i teraz - jest
bardzo skupiony na sobie. A kiedy człowiek skupia się
na sobie, to chce
urządzić sobie taki nieregularny - nienormowany dzień pracy: "będę sobie robił to co chcę".
I zazwyczaj wiąże się to z
jakimiś przyjemnościami i rozkoszami. Cóż, można to ująć w
jakieś przyzwoite ramy kulturowe, nadać temu jakiś tam rodzaj oprawy, ale w gruncie rzeczy to po prostu życie na zasadzie: "tak mi się podoba".
No ale co z innymi ludźmi? Kiedy człowiek nie myśli o innych, to jest traktowany jak przestępca.Przypinają mu taką etykietkę - ale z przestępcą jest tak, że on nie tylko nie myśli o innych ale uważa ich niejako za "surowiec" - za materiał dla swojego istnienia.
Ale taki zwykły człowiek, który, nikogo nie okrada - żyje uczciwie, ale nie myśli o innych, on również robi krok w stronę przestępstwa. Przecież zostaliśmy stworzeni
dla czegoś, dla kogoś, żeby żyć. Ale
kiedy żyjesz tylko dla siebie, to
stopniowo, krok po kroku zaczyna się tak, że może dojść nawet do więzienia.
No i pewnego dnia przestępcy zostają złapani, złodzieje pewnego dnia trafiają do miejsca ograniczenia wolności i wszystko jest dla nich uregulowane. Są ścisłe zasady kiedy wstać, kiedy się obudzić, kiedy zgasić światło, kiedy jeść
posiłki, kiedy wyjść na spacer – masz wszystko wyznaczone zgodnie z zegarem,
a nie kiedy masz na to ochotę, rozumiesz?
No i tu podchodzę do tematu dzisiejszego pytania: "kiedy to wszystko się skończy?". Prawdopodobnie ten człowiek wypracował sobie tak ścisły reżim, no i kiedy
to się skończy? Skończy się kiedy przestaniesz
być przestępcą.
No a kiedy wyjdziesz z tego umownego "więzienia"? Może ten przykład z więzieniem jest tutaj niefortunny,
bo wiemy,
że, niewielu przestępców wychodzi
z więzienia i zrozumieli tam wszystko, uświadomili sobie - po prostu odsiedzieli swój wyrok i tyle. Owszem - niektórzy się zmieniają, a inni,
wręcz przeciwnie - podnoszą tam swoje
kwalifikacje kryminalne.
Ale kiedy mam na myśli, że mnie okoliczności zatrzymują, że jestem ograniczony jakimiś tam ramami to równie dobrze mogą to być choroby. Może to na przykład dotyczyć jakichś dokumentów - wszyscy je otrzymali a tobie powiedziano, że się nie należy i tym podobne zdarzenia.
Taka jest moja diagnoza więc jaką tu dać receptę? Trzeba pomyśleć o naszych sąsiadach, myśleć o Bogu,
Tak naprawdę,
kiedy kiedy mówimy, że wszystko u nas idzie źle, to nadal uważamy się za "białych i
puszystych" - za niewinnych tej sytuacji. Ale przecież ktoś musi być temu więc zaczynamy dostrzegać wokół, że ten coś czyni nie tak, tamten coś czyni źle, wszyscy wokół coś robią nie tak jak należy.
Jestem otoczony takimi właśnie, że nic nie robią - albo po prostu jestem uciskany przez okoliczności i nikt nie chce mi pomóc. Ja ich uważałem za przyjaciół a oni nie przyszli i mi nie
pomogli.
Czyli, że kiedy
potępiam, osądzam i wskazuję palcem na tego,
tamtego i tamtego, to oznacza, że nie uważam się
za winnego.
Ale wiemy,
że przecież wszystko dzieje się tylko dlatego, że to ja taki jestem. Nikt inny nie jest tutaj winny. Wszystko
dzieje się dokładnie tak, jak spowodowało to moje myślenie i moje działania. Ja sam stworzyłem tę
sytuację a potem różni ludzie wokół są dobrzy albo źli ponieważ ja jestem dobry albo zły - ja sam nie chcę tego przyznać i dlatego ich uważam za winnych.
A więc pierwszym krokiem do
tego jest
zrozumienie, że oni wszyscy są niewinni.
Pamiętacie być może, bo opowiadałem już kilka razy o tym jak to u mnie w pracy uszkodzili semafor na torach.
Zostałem wtedy niesłusznie,
niesprawiedliwie wezwany do pracy i tam szedłem przeklinając wszystkich, twierdziłem, że oni byli winni przecięcia tej strzałki. Dyspozytor był winny, że wezwał akurat mnie a nie kogoś innego, że ja w tej chwili powinienem spać, a potem jak zobaczyłem dodatkowo to angielskie tłumaczenie to już w ogóle był horror.
Ale kiedy wszystko przemyślałem - tak jak w filmie "Gdzie jest czarny kot" gdzie padają słowa: "przecież wiesz Szarapow, że nie ma winy bez kary" - a to ja przecież zostałem ukarany, zdałem sobie sprawę, że ich to nie dotyczy a źle czuje się tylko ja to znaczy, że ja jestem winien.
I gdy tylko to zrozumiałem i przestałem obwiniać otaczających mnie ludzi - ja w tym momencie jeszcze dobrze nie zrozumiałem na czym dokładnie polega moja wina, to wszystko od razu się uładziło. I stało się to w zupełnie mistyczny sposób - naprawa tego mogła wymagać bardzo dużo pracy a tam po prostu wszystko się samo unormowało.
Jeśli chcemy, żeby zmiany na lepsze nastąpiły szybko, to pierwszą rzeczą, którą musimy zrobić jest zdjęcie oskarżenia z innych a potem pomyśleć. Już samo to działanie wpłynie na poprawę sytuacji.
A po drugie trzeba zrozumieć na czym polega moja wina. Czego w ogóle Bóg ode mnie oczekuje? Powinienem był
coś uczynić - być może coś nowego i
niezwykłego dla mnie. Ale potem nadchodzi
etap w życiu, w którym ta nowa jakość
musi się zamanifestować w moim życiu, bo bez niej po prostu nie
przeżyję.
No i wyższe siły w jakiś sposób tę wartość we mnie wpajają,
czyli podnoszą mój standard życia - ale ja żyję
po staremu i tego nie rozumiem. Muszę po prostu stać się lepszy. No cóż,
musimy się rozwijać, prawda? Nie może być tak, że dorośliśmy
do jakiegoś określonego punktu i teraz będziemy tak żyć 100
lat. Tak nie będzie, możesz żyć
tylko wtedy, gdy wzrastasz.
Nic nie stoi w miejscu - wszystko idzie w górę,
albo w dół. I gdy tylko się zatrzymałem - ja nie uczyniłem nic innego, tylko przestałem wzrastać... to zaczynam dostawać kuksańce - jestem wtedy popychany, motywowany do działania. U mnie wtedy natychmiast pojawia się taka wewnętrzna agresja - jak jakaś głębinowa
ryba to wypływa i rozdziera mnie na strzępy. A żeby mnie całkiem nie rozdarło to na zewnątrz też pojawia się agresywne środowisko. Ta sytuacja mówi mi: „Przestań, zatrzymaj się" - żebym się po prostu nie
rozsypał.
Tak więc bez względu jak na to spojrzeć wszystko się dzieje ściśle i konkretnie dla mojego dobra. Niezależnie od sytuacji,
to się skończy, kiedy zrozumiem, że to dla mojego dobra. Nawet jeśli nie rozumiem dla jakiego dobra to już mi będzie łatwiej.
A drugi etap jest taki - w zasadzie już nie trzeba dalej słuchać tego co powiem - skoro obwiniam
innych to muszę przynajmniej
zrozumieć, że wszystko pochodzi ze mnie. Jestem jak
projektor filmowy i oglądam ten film - to w zasadzie wszystko.
I takie to właśnie jest życie na krawędzi. Na krawędzi – to znaczy, że nie dają mi żadnej wolności. Jestem
więźniem. Dzieje się wtedy tak jak to opisuje nasza słuchaczka zadająca pytanie - wszystko wokół zaczyna dziać się źle - ale ja widzę, że ta omawiana sytuacja nie jest śmiertelnie niebezpieczna. Słuchaczka najwyraźniej ma jeszcze chęć życia, wieszać się nie chce i tylko boi się, że nie doczeka jasnej przyszłości. na pewno doczeka, ale tylko od niej zależy jak szybko to się stanie.
Ot i cały kłopot - to nie jest żadne życie na krawędzi.
Życie na krawędzi jest wtedy gdy człowiek sobie mówi, że jeszcze tylko to wykona i sobie odpocznie, a gdy tylko to uczynił to pojawiają się kolejne sprawy do rozwiązania i kolejne obciążenia - a potem kolejne i kolejne.
A moja cierpliwość się kończy i chcę po prostu odpocząć. Pojawia się pytanie: czy ja na to zasłużyłem? Po co tak ciężko pracuję
? Cóż, to po prostu taki etap życia. W tradycji wedyjskiej te etapy życia są czasami nazywane Sadasatja. Sadasatja to okres, kiedy nie tylko komuś idzie po prostu źle - on jest wtedy mocno uderzany pod każdym względem. Doświadcza ciosów na płaszczyźnie fizycznej, społecznej, zdrowotnie
Przyjaciele się od niego odwrócili. Zasadniczo wszystko idzie jak najgorzej. I nie ma znaczenia, kiedy ten okres astrologiczny się dla kogoś zaczyna - bez względu na to czy wcześniej radził sobie dobrze, czy źle - w takim okresie będzie się czuł
źle.
I najważniejsze jest to, jak dany człowiek na ten okres zareaguje.
Kiedy u mnie się zaczął ten okres to byłem
w takim stanie rewolucyjnym. Byłem po same uszy pogrążony w walkę - walczyłem z tą
religijną mafią więc byłem
wywrócony na drugą stronę przez to wszystko.
Czułem się
źle, ale rozumiałem, dlaczego tam jestem i i że był ku temu jakiś powód. A jeśli ten powód ma taki społeczny charakter, to jak uczy słynne zdanie: "śmierć z honorem w kręgu swoich ludzi nie jest taka straszna".
To jakoś nie boli ponieważ w jakiś sposób cierpię za ludzi, to nie jest takie
bolesne. Ale kiedy cierpisz sam,
przez siebie, przez własną głupotę, przez
swój własny interes, to jest to powód do wściekłości.
To trochę tak jak z tymi wielkimi, świętymi męczennikami - w takim momencie stajesz się albo wielkim męczennikiem, albo jakąś tam ofiarą dla której wszystko jest niesprawiedliwe i nie ma Boga.
Kiedy nadchodzi taki okres, to byłoby bardzo dobrze, gdybyś do tego czasu
już czegoś dokonał i
zwalczał jakąś
niesprawiedliwość.
Świat
jest sprawiedliwy, owszem, ale widzisz, wyraźnie, że ktoś łamie jego zasady. Nawiasem mówiąc sprawiedliwość nie przychodzi tak sama z siebie.
Są konkretni ludzie, którzy łamią to prawo, i tak samo istnieją konkretni ludzie, którzy je przywracają.
To też są konkretne jednostki. Ktoś
to psuje, a ktoś inny to naprawia, to nie naprawia się tak samo z siebie - zwłaszcza wśród ludzi w sferze społecznej.
Są ludzie,
którzy są bardzo bezczelni, i są wręcz przeciwnie, tacy
bohaterowie. I tak, w zależności od tego, kto wygra, wszyscy
pozostali są obserwatorami, świat stał się lepszy
lub gorszy. Ale pewnego dnia, z tej masy społecznej będącej obserwatorami sytuacja dotrze do
ciebie i będziesz musiał się z tym zmierzyć.
A jeśli dzieje się niesprawiedliwość
wobec ciebie, to musisz
walczyć. Bo jeśli
ktoś z tej grupy prowadzi tam jakieś interesy, to trzeba walczyć, jeśli
pomoże to innym w walce, gdy oni pójdą za twoim
przykładem. Wtedy to ma sens. Lecz jeśli po prostu w milczeniu dopłacasz, żeby wszystko było u ciebie w porządku,
to nie.
Lecz jeśli walczysz dla innych
to jest inaczej - zło boi się bycia zauważonym, ono ma strach
przed byciem w centrum uwagi.
No cóż, - zatem: "kiedy to się wszystko skończy?" Skończy się wtedy gdy sami to skończymy. Ale mam takie oto własne, praktyczne doświadczenie - może się tak dziać, że my sami niczego nie kończymy, a problem sam znika. Dzieje się tak, że naszym życiu występuje pewna regularność - możecie to sobie sprawdzić, po prostu zapiszcie sobie kiedy się zaczął dany problem.
Oto on
zaczął się takiego a takiego dnia. Ty sobie wtedy myślisz: „No tak, to drobiazg, teraz
wszystko się na chwilę zatrzyma, ale potem rzecz się sama "rozejdzie po kościach" i jakoś damy radę”. A potem jest jeszcze gorzej, potem dzieje się już katastrofa,
wtedy coś z tym zrobię albo nie i wtedy przychodzi taki czas, że niezależnie od tego, czy coś z tym zrobię,
czy wygram, czy się poddam, ten mój problem się nagle kończy.
Oczywiście, zwycięzca wygląda lepiej niż przegrany, prawda? Ale ogólnie problem się kończy. Zostawiają mnie w spokoju, pozostawiają nas przy życiu.
Potem mija cykl trwający 84 dni. I ten sam problem pojawia się ponownie dokładnie 84 dni później, ale jest już
znacznie poważniejszy.
I dopóki
go nie rozwiążę to ten problem będzie
pojawiał się okresowo. Tak powstają choroby przewlekłe. A jeśli go rozwiążę, to za
84 dni pojawi się nowy problem. I dopóki
żyjesz, to problemów będzie coraz więcej.
I dlatego lepiej je rozwiązywać od razu, kiedy jeszcze się nie rozrosły - kiedy nie nabrały mocy. Tak to się dzieje.
A potem pojawi się nowy, mały
problem. A z każdym takim
problemem mamy szansę uczynić krok w górę, mamy kolejną możliwość wzrostu. To w zasadzie w ostateczności powoduje rozszerzenie twojego szczęścia.
No cóż, powrócę do naszego pytania: "kiedy to się skończy?". Jeśli nie będziemy pokonywać tych kolejnych wyzwań to czeka nas samsara - będziemy dreptać tak w kółko i wciąż powracać w tym "kołowrocie losu". Powszechnie nazywa się to często także "taniec na grabiach" czyli wciąż wchodzimy w tę samą sytuację i znów nabijamy sobie kolejnego guza - ka każdym razem większego. Czekanie tu niczego nie rozwiąże, bo to się nie skończy ale znów powróci jako taki remix - w innym wariancie.
Zatem podsumowując: skończy się wtedy gdy sami o tym zdecydujemy. Dziękuję za uwagę.
[śmiech]
wersja polska: https://www.youtube.com/watch?v=Jf5RHOdQC2k