poniedziałek, 16 lutego 2026

Życie na krawędzi - Wiktor Sawieliew

 oryginał: https://www.youtube.com/watch?v=euWTU3S0dfs

Witajcie ludzie,

Dzień dobry panie Wiktorze

Co będziemy dziś omawiać?

  Odpowiedzmy na komentarze. Pewna dziewczyna zostawiła komentarz, ona pisze: „Żyję na krawędzi, to jest okropne. Teraz tak żyję i czekam, aż to się skończy. I nie chcę umrzeć, tylko wyczekuję”. 

 Ojej! Poważna sprawa. Żadnych szczegółów nie podaje? 

Nie. Ona tylko pisze, że życie jest na krawędzi. 

Aha - Na krawędzi. [śmiech].  Przeczytajmy to jeszcze raz. Spróbujmy zrozumieć i przeniknąć jakoś to pytanie. 

Życie jest na krawędzi. To jest koszmar. 

 aha, czyli wszystko idzie źle.

 Ja teraz tak żyję tylko wyczekuję kiedy to wszystko się skończy. Póki czekam to nie umrę.Człowiek czeka, aż to wszystko się skończy i martwi się, że nie dożyje końca. 

Rozumiem. Życie jest na krawędzi. 

  Ach, [śmiech] tak. Więc, słowo kluczowe tutaj to prawdopodobnie nie życie na krawędzi, ale kiedy się to skończy, bo  cóż, po pierwsze, już się poddałem, nic nie mogę zrobić, rozumiem, że ledwo mogę przetrwać i czekam, aż się to wszystko skończy. 

 Cóż, chcę powiedzieć, że wszystko kiedyś się skończy. [śmiech] Wszystko kiedyś się skończy. To gwarantowane. Zarówno dobre, jak i złe się skończy. 

 Po prostu dobro i zło przemieszczają się w ten sposób zastępując wzajemnie..... jakby to ująć? Czy widzieliście słoje roczne na ściętym drzewie? 

 Dlatego one tam są? Bo kiedy jest gorąco, kiedy jest dużo wody, kiedy jest ciepło, to wszystko rośnie i te słoje roczne  są duże, one mają duże komórki, a potem, kiedy jest chłodniej, to drzewa zaczynają  powoli zasypiać i wtedy te komórki są mniejsze. 

 One nadal rosną, ale w trudnych warunkach. A życie na krawędzi  ma miejsce właśnie w trudnych warunkach - no wiecie, kiedy pensje są niskie, to ledwie wystarcza na życie prawda? Wtedy nie ma wolnego czasu, żeby coś zrobić. To wszystko jak chodzenie jak pod karabinem maszynowym. Wszystko ograniczają ścisłe przepisy.

 To wolno a tego nie wolno - wszystko jest ściśle wyznaczone i nie ma wolności, prawda? To znaczy, wszystko jest za mnie ustalone. I  to się nazywa życie na krawędzi. Po prostu jakiś taki życiowy obowiązek wojskowy. I oczywiście, człowiek tego nie lubi. 

  No cóż - a po co taki obowiązek? Kiedy to się skończy? Kiedyś się skończy- prawda? Wszyscy idą do wojska, potem jak już swoje odsłużyli to w pewnym momencie przechodzą do rezerwy. Są też tacy, którzy chcą w tym wojsku zostać, a reszta idzie do cywila, wszystko to się kiedyś kończy. 

Na ten temat jest wiele przypowieści - nawet ta opowieść o Salomonie, że miał napisane na pierścieniu, że to minie. On nawet pewnego razu zdjął ten pierścień, bo rozzłościł się na ten napis. Rzucił nim, a gdy go znów podniósł to zobaczył, że napis się zmienił i teraz było napisane: "to też minie".

 Wszystko kiedyś się kończy. Wszystko ma początek i koniec i wszystko jest cykliczne. Ale kiedy nie dostrzegamy tej cykliczności, to wydaje się, że idziemy prosto i wydaje nam się, że to trwa wiecznie. 

 I chcę powiedzieć, że kiedy wszystko idzie dobrze to procesy myślowe zachodzą wolno. 

 Ja w tym miejscu nie mówię o miłości - nie mylcie tego. Tak się dzieje kiedy jest komfortowo, kiedy po prostu potrzebuję odpoczynku, powiedzmy, żeby się opamiętać, żeby pozostać człowiekiem. 

 Ale kiedy boli, to wydaje się, że ten ból będzie trwał wiecznie. Ból trwający 5 minut - na przykład kiedy moje palce zostały przytrzaśnięte drzwiami może wydawać się wiecznością. To tylko tak się wydaje, że czas się niby zatrzymał, bo ból jest nie do wytrzymania. Ja wtedy skupiam się na sobie  

 Po pierwsze, jeśli ktoś dostał taką surowa lekcję życiową i nie dają mu możliwości ruchu ani w prawo ani w lewo, bo w przeciwnym razie grozi rozstrzelanie to oznacza, że sam ten człowiek jest niezbyt uporządkowany wewnętrznie, mało odpowiedzialny.

Taki ktoś nie za bardzo chce żyć dla innych. On nie chce żyć tu i teraz - jest bardzo skupiony na sobie. A kiedy człowiek skupia się na sobie, to chce urządzić sobie taki nieregularny -  nienormowany dzień pracy: "będę sobie robił to co chcę".

 I zazwyczaj wiąże się to z jakimiś przyjemnościami i rozkoszami. Cóż, można to ująć w jakieś przyzwoite ramy kulturowe, nadać temu jakiś tam rodzaj oprawy, ale w gruncie rzeczy to po prostu życie na zasadzie: "tak mi się podoba".  

 No ale co z innymi ludźmi? Kiedy człowiek nie myśli o innych, to jest traktowany jak przestępca.Przypinają mu taką etykietkę - ale z przestępcą jest tak, że on nie tylko nie myśli o innych ale uważa ich niejako za "surowiec" - za materiał dla swojego istnienia.

Ale taki zwykły człowiek, który, nikogo nie okrada - żyje uczciwie, ale nie myśli o innych, on również robi krok w stronę przestępstwa. Przecież zostaliśmy stworzeni dla czegoś, dla kogoś, żeby żyć. Ale kiedy żyjesz tylko dla siebie, to stopniowo, krok po kroku zaczyna się tak, że może dojść nawet do więzienia.

No i pewnego dnia przestępcy zostają złapani, złodzieje pewnego dnia trafiają do miejsca ograniczenia wolności i wszystko jest dla nich uregulowane. Są ścisłe zasady kiedy wstać, kiedy się obudzić, kiedy zgasić światło, kiedy jeść posiłki, kiedy wyjść na spacer – masz wszystko wyznaczone zgodnie z zegarem, a nie kiedy masz na to ochotę, rozumiesz? 

No i tu podchodzę do tematu dzisiejszego pytania: "kiedy to wszystko się skończy?". Prawdopodobnie ten człowiek wypracował sobie tak ścisły reżim, no i kiedy to się skończy? Skończy się kiedy przestaniesz być przestępcą.  

 No a kiedy wyjdziesz z tego umownego "więzienia"? Może ten przykład z więzieniem jest tutaj niefortunny, bo wiemy, że, niewielu przestępców wychodzi z więzienia i zrozumieli tam wszystko, uświadomili sobie - po prostu odsiedzieli swój wyrok i tyle. Owszem - niektórzy się zmieniają, a inni, wręcz przeciwnie - podnoszą tam swoje kwalifikacje kryminalne. 

Ale kiedy mam na myśli, że mnie okoliczności zatrzymują, że jestem ograniczony jakimiś tam ramami to równie dobrze mogą to być choroby. Może to na przykład dotyczyć jakichś dokumentów - wszyscy je otrzymali a tobie powiedziano, że się nie należy i tym podobne zdarzenia.

 Taka jest moja diagnoza więc jaką tu dać receptę? Trzeba pomyśleć o naszych sąsiadach, myśleć o Bogu,

Tak naprawdę, kiedy kiedy mówimy, że wszystko u nas idzie źle, to nadal uważamy się za "białych i puszystych" - za niewinnych tej sytuacji. Ale przecież ktoś musi być temu więc zaczynamy dostrzegać wokół, że ten coś czyni nie tak, tamten coś czyni źle, wszyscy wokół coś robią nie tak jak należy.

Jestem otoczony takimi właśnie, że nic nie robią - albo po prostu jestem uciskany przez okoliczności i nikt nie chce mi pomóc. Ja ich uważałem  za przyjaciół a oni nie przyszli i mi nie pomogli.  

Czyli, że kiedy potępiam, osądzam i wskazuję palcem na tego, tamtego i tamtego, to oznacza, że nie uważam się za winnego.

Ale wiemy, że przecież wszystko dzieje się tylko dlatego, że to ja taki jestem. Nikt inny nie jest tutaj winny. Wszystko dzieje się dokładnie tak, jak spowodowało to moje myślenie i  moje działania. Ja sam stworzyłem tę sytuację a potem różni ludzie wokół są dobrzy albo źli ponieważ ja jestem dobry albo zły - ja sam nie chcę tego przyznać i dlatego ich uważam za winnych. 

A więc pierwszym krokiem do tego jest zrozumienie, że oni wszyscy są niewinni. Pamiętacie być może, bo opowiadałem już kilka razy o tym jak to u mnie w pracy uszkodzili semafor na torach.

 Zostałem wtedy niesłusznie, niesprawiedliwie wezwany do pracy i tam szedłem przeklinając wszystkich, twierdziłem, że oni byli winni przecięcia tej strzałki. Dyspozytor był winny, że wezwał akurat mnie a nie kogoś innego, że ja w tej chwili powinienem spać, a potem jak zobaczyłem dodatkowo to angielskie tłumaczenie to już w ogóle był horror.

 Ale kiedy wszystko przemyślałem - tak jak w filmie "Gdzie jest czarny kot" gdzie padają słowa: "przecież wiesz Szarapow, że nie ma winy bez kary" - a to ja przecież zostałem ukarany, zdałem sobie sprawę, że ich to nie dotyczy a źle czuje się tylko ja to znaczy, że ja jestem winien.

 I gdy tylko to zrozumiałem i przestałem obwiniać otaczających mnie ludzi - ja w tym momencie jeszcze dobrze nie zrozumiałem na czym dokładnie polega moja wina, to wszystko od razu się uładziło. I stało się to w zupełnie mistyczny sposób - naprawa tego mogła wymagać bardzo dużo pracy a tam po prostu wszystko się samo unormowało.

 Jeśli chcemy, żeby zmiany na lepsze nastąpiły szybko, to pierwszą rzeczą, którą musimy zrobić jest zdjęcie oskarżenia z innych a potem pomyśleć. Już samo to działanie wpłynie na poprawę sytuacji.

A po drugie trzeba zrozumieć na czym polega moja wina. Czego w ogóle Bóg ode mnie oczekuje? Powinienem był coś uczynić - być może coś nowego i niezwykłego dla mnie. Ale potem nadchodzi etap w życiu, w którym ta nowa jakość musi się zamanifestować w moim życiu, bo bez niej po prostu nie przeżyję. 

No i wyższe siły w jakiś sposób tę wartość we mnie wpajają, czyli podnoszą mój standard życia - ale ja żyję po staremu i tego nie rozumiem. Muszę po prostu stać się lepszy. No cóż, musimy się rozwijać, prawda? Nie może być tak, że dorośliśmy do jakiegoś określonego punktu i teraz będziemy tak żyć 100 lat. Tak nie będzie, możesz żyć tylko wtedy, gdy wzrastasz.

Nic nie stoi w miejscu - wszystko idzie w górę, albo w dół. I gdy tylko się zatrzymałem - ja nie uczyniłem nic innego, tylko przestałem wzrastać...  to zaczynam dostawać kuksańce - jestem wtedy popychany, motywowany do działania. U mnie wtedy natychmiast pojawia się taka wewnętrzna agresja - jak jakaś głębinowa ryba to wypływa i rozdziera mnie na strzępy. A żeby mnie całkiem nie rozdarło to na zewnątrz też pojawia się agresywne środowisko. Ta sytuacja mówi mi: „Przestań, zatrzymaj się" - żebym się po prostu nie rozsypał.

Tak więc bez względu jak na to spojrzeć wszystko się dzieje ściśle i konkretnie dla mojego dobra. Niezależnie od sytuacji, to się skończy, kiedy zrozumiem, że to dla mojego dobra. Nawet jeśli nie rozumiem dla jakiego dobra to już mi będzie łatwiej. 

A drugi etap jest taki - w zasadzie już nie trzeba dalej słuchać tego co powiem -  skoro obwiniam innych to muszę przynajmniej zrozumieć, że wszystko pochodzi ze mnie. Jestem jak projektor filmowy i oglądam ten film - to w zasadzie wszystko.

 I takie to właśnie jest życie na krawędzi. Na krawędzi – to znaczy, że nie dają mi żadnej wolności. Jestem więźniem. Dzieje się wtedy tak jak to opisuje nasza słuchaczka zadająca pytanie - wszystko wokół zaczyna dziać się źle - ale ja widzę, że ta omawiana sytuacja nie jest śmiertelnie niebezpieczna. Słuchaczka najwyraźniej ma jeszcze chęć życia, wieszać się nie chce i tylko boi się, że nie doczeka jasnej przyszłości. na pewno doczeka, ale tylko od niej zależy jak szybko to się stanie.

 Ot i cały kłopot - to nie jest żadne życie na krawędzi. 

Życie na krawędzi jest wtedy gdy człowiek sobie mówi, że jeszcze tylko to wykona i sobie odpocznie, a gdy tylko to uczynił to pojawiają się kolejne sprawy do rozwiązania i kolejne obciążenia - a potem kolejne i kolejne.

A moja cierpliwość się kończy i chcę po prostu odpocząć. Pojawia się pytanie: czy ja na to zasłużyłem? Po co tak ciężko pracuję ? Cóż, to po prostu taki etap życia. W tradycji wedyjskiej te etapy życia są czasami nazywane Sadasatja. Sadasatja to okres, kiedy nie tylko komuś idzie po prostu źle - on jest wtedy mocno uderzany pod każdym względem. Doświadcza ciosów na płaszczyźnie fizycznej, społecznej, zdrowotnie

Przyjaciele się od niego odwrócili. Zasadniczo wszystko idzie jak najgorzej. I nie ma znaczenia, kiedy ten okres astrologiczny się dla kogoś zaczyna - bez względu na to czy wcześniej radził sobie dobrze, czy źle - w takim okresie będzie się czuł źle.  

 I najważniejsze jest to, jak dany człowiek na ten okres zareaguje. Kiedy u mnie się zaczął ten okres to byłem w takim stanie rewolucyjnym. Byłem po same uszy pogrążony w walkę - walczyłem z tą religijną mafią więc byłem wywrócony na drugą stronę przez to wszystko. 

 Czułem się źle, ale rozumiałem, dlaczego tam jestem i i że był ku temu jakiś powód.  A jeśli ten powód ma taki społeczny charakter, to jak uczy słynne zdanie: "śmierć z honorem w kręgu swoich ludzi nie jest taka straszna".

To jakoś nie boli ponieważ w jakiś sposób cierpię za ludzi, to nie jest takie bolesne. Ale kiedy cierpisz sam, przez siebie, przez własną głupotę, przez swój własny interes, to jest to powód do wściekłości.

To trochę tak jak z tymi wielkimi, świętymi męczennikami - w takim momencie stajesz się albo wielkim męczennikiem, albo jakąś tam ofiarą dla której wszystko jest niesprawiedliwe i nie ma Boga.

  Kiedy nadchodzi taki okres, to byłoby bardzo dobrze, gdybyś do tego czasu już czegoś dokonał i zwalczał jakąś niesprawiedliwość. 

Świat jest sprawiedliwy, owszem, ale widzisz, wyraźnie, że ktoś łamie jego zasady. Nawiasem mówiąc sprawiedliwość nie przychodzi tak sama z siebie. Są konkretni ludzie, którzy łamią to prawo, i tak samo istnieją konkretni ludzie, którzy je przywracają. To też są konkretne jednostki. Ktoś to psuje, a ktoś inny to naprawia, to nie naprawia się tak samo z siebie -  zwłaszcza wśród ludzi w sferze społecznej.  

 Są ludzie, którzy są bardzo bezczelni, i są wręcz przeciwnie, tacy bohaterowie. I tak, w zależności od tego, kto wygra, wszyscy pozostali są obserwatorami, świat stał się lepszy lub gorszy. Ale pewnego dnia, z tej masy społecznej będącej obserwatorami sytuacja dotrze do ciebie i będziesz musiał się z tym zmierzyć. 

A jeśli dzieje się niesprawiedliwość wobec ciebie, to musisz walczyć. Bo jeśli ktoś z tej grupy prowadzi tam jakieś interesy, to trzeba walczyć, jeśli pomoże to innym w walce, gdy oni pójdą za twoim przykładem. Wtedy to ma sens. Lecz jeśli po prostu w milczeniu dopłacasz, żeby wszystko było u ciebie w porządku, to nie. 

Lecz jeśli walczysz dla innych to jest inaczej - zło boi się bycia zauważonym, ono ma strach przed byciem w centrum uwagi. 

  No cóż, - zatem: "kiedy to się wszystko skończy?" Skończy się wtedy gdy sami to skończymy. Ale mam takie oto własne, praktyczne doświadczenie - może się tak dziać, że my sami niczego nie kończymy, a problem sam znika. Dzieje się tak, że naszym życiu występuje pewna regularność - możecie to sobie sprawdzić, po prostu zapiszcie sobie kiedy się zaczął dany problem.

   Oto on zaczął się takiego a takiego dnia. Ty sobie wtedy myślisz: „No tak, to drobiazg, teraz wszystko się na chwilę zatrzyma, ale potem rzecz się sama "rozejdzie po kościach" i jakoś damy radę”. A potem jest jeszcze gorzej, potem dzieje się już katastrofa, wtedy coś z tym zrobię albo nie i wtedy przychodzi taki czas, że niezależnie od tego, czy coś z tym zrobię, czy wygram, czy się poddam, ten mój problem się nagle kończy. 

Oczywiście, zwycięzca wygląda lepiej niż przegrany, prawda? Ale ogólnie problem się kończy. Zostawiają mnie w spokoju, pozostawiają nas przy życiu. Potem mija cykl trwający 84 dni. I ten sam problem pojawia się ponownie dokładnie 84 dni później, ale jest już znacznie poważniejszy.  

 I dopóki go nie rozwiążę to ten problem będzie pojawiał się okresowo. Tak powstają choroby przewlekłe. A jeśli go rozwiążę, to za 84 dni pojawi się nowy problem. I dopóki żyjesz, to problemów będzie coraz więcej. 

  I dlatego lepiej je rozwiązywać od razu, kiedy jeszcze się nie rozrosły - kiedy nie nabrały mocy. Tak to się dzieje.  

A potem pojawi się nowy, mały problem. A z każdym takim problemem mamy szansę uczynić krok w górę, mamy kolejną możliwość wzrostu. To w zasadzie w ostateczności powoduje rozszerzenie twojego szczęścia. 

 No cóż, powrócę do naszego pytania: "kiedy to się skończy?". Jeśli nie będziemy pokonywać tych kolejnych wyzwań to czeka nas samsara - będziemy dreptać tak w kółko i wciąż powracać w tym "kołowrocie losu". Powszechnie nazywa się to często także "taniec na grabiach" czyli wciąż wchodzimy w tę samą sytuację i znów nabijamy sobie kolejnego guza - ka każdym razem większego. Czekanie tu niczego nie rozwiąże, bo to się nie skończy ale znów powróci jako taki remix - w innym wariancie.

 Zatem podsumowując: skończy się wtedy gdy sami o tym zdecydujemy. Dziękuję za uwagę.  [śmiech]

    wersja polska: https://www.youtube.com/watch?v=Jf5RHOdQC2k

 

sobota, 14 lutego 2026

Pragnienie posiadania rzeczy - Wiktor Sawieliew

 oryginał: https://youtu.be/fVgndhFqjbM

 Witajcie ludzie. O czym więc dzisiaj porozmawiamy? 

 Dzisiaj porozmawiamy o pasji do rzeczy. 

  Pasja do rzeczy,

 tak. Wydaje mi się, że obecnie wiele rzeczy nie jest produkowanych zgodnie z potrzebami. 

Aha.. 

  Tak. To mnie naprawdę martwi,  

[śmiech Sawieliewa]

Miłość do rzeczy materialnych. Tak będzie dobrze? 

 Chyba jednak lepsze będzie słowo "pasja", bo tu chodzi o takie niekontrolowane pożądanie.

Aha - no jak ktoś już tego nie kontroluje to jest narkomania. Wtedy to już rodzaj uzależnienia. 

 To patologia, ja obserwuję coś takiego u niektórych warstw społecznych.

 [śmiech Wiktora]

 Oni mają pasję, ciągle zgarniają i zgarniają, nie mogą się nasycić. Dlaczego aż tyle? Im więcej masz pieniędzy, tym więcej chcesz. 

 To może wydawać się dziwne, ale wszystkie wady, zwłaszcza te takie wady namiętności, uzależniające, leżą u podstaw duchowej natury człowieka. 

 To znaczy, jeśli ta duchowa natura osiągnęła już swój pełny potencjał i trzeba ją zrealizować, ale realizowana nie jest to wtedy realizuje się w rzeczach materialnych, i wygląda to jak patologia, którą w rzeczywistości jest.

   Czyli robimy z rzeczami materialnymi to, co powinniśmy czynić w sferze duchowej. W sferze duchowej można rozwijać się, zagłębiać, doskonalić się i podążać coraz dalej i dalej, bez szkody dla zdrowia. Ale w materii to nie zadziała, ponieważ materia charakteryzuje się sztywnymi granicami - granicami ciała, granicami żołądka. Nie mogę na przykład dużo zjeść. No cóż, lubię to, prawda? ale nie mogę bez ograniczeń napełniać swojego żołądka, bo od razu pojawiają się pewne problemy gastronomiczne i tak dalej. 

 W powieści "Martwe Dusze" Mikołaja Gogola jest taka postać o nazwisku Pluszkin, który zbiera i zbiera różne rzeczy. One już są pokryte pajęczynami, kurzem, pleśnią, a on chce tego jeszcze więcej. Ludzie miewają takie przekonanie, że posiadają coś cennego - jakieś bogactwo tak na wszelki wypadek. To niby nie jest potrzebne, ale szkoda wyrzucać taką rzecz,  

 Przyznam się tutaj, że ja na przykład też mam pewną pasję do przedmiotów. Mam taką słabość do różnych rzeczy, ale w tym sensie, że ja szanuję pracę włożoną przez kogoś w wykonanie jakiejś rzeczy.

 Patrzcie, widzieliście, że tam przy wejściu stoi stół. Ludzie mi go przynieśli - ja nie mam go gdzie postawić i na 100% nie będzie mi potrzebny, ale poszedłem i kupiłem potrzebne śruby i nakrętki, których nie było w zestawie, żebym mógł to komuś tak po prostu oddać, bo przykro mi, kiedy takie rzeczy trafiają na śmietnik. 

  To dotyczy również prądu elektrycznego - tutaj mamy prąd darmowy, są tutaj panele fotowoltaiczne i my za to nic nie płacimy. Ale mimo to ja dzieciom zawsze przykazuję i uczę je, że jeśli wyszły z pokoju to mają pamiętać wyłączyć światło.  

Jaki w tym sens? No cóż, na przykład Sri Braphupada jest uważany za postać duchową. On był praktycznie miliarderem. Miał tyle nieruchomości, własności, na całym świecie, świątyń i tak dalej. A kiedy szedł i zobaczył palące się światło na słupie, a był już dzień, to przeskakiwał przez płot, gasił je i dopiero wtedy szedł dalej. 

 A uczniowie pytali: „Dlaczego? Po co to?”. On odpowiadał: „Bo to energia Kryszny”. To znaczy, że trzeba traktować wszystko z ostrożnością - z szacunkiem i roztropnie.

 Albo, na przykład pewna dziewczyna szła wzdłuż brzegu morza po sztormie, a na plaży było wyrzuconych przez fale mnóstwo małych rozgwiazd. Takie malutkie stworzenia tam leżały i umierały. Słońce prażyło, a one nie mogą żyć bez wody morskiej. Ona szła i wrzucała je wszystkie do morza. 

A jakiś mężczyzna przechodził obok i mówił: „Przecież tu jest ich milion. Twoje działania są na próżno. Nie uratujesz ich wszystkich. Nie uratujesz nawet maleńkiego, maleńkiego procenta”. Ona mu na to odpowiedziała: „ale ta moja czynność jest bardzo ważna dla każdej uratowanej rozgwiazdy. Dla niej to całe jej życie”.

Zatem jeśli podejdziemy do tego z takiego punktu widzenia, to nasze życie zyska. Niektórzy mówią: „Niczego nie potrzebujemy, jesteśmy tak duchowi”. Inni mówią: „Żeby więcej zgarnąć”. A gdzie jest jakiś schemat, jakiś plan tego ile jest potrzebne? Ze wszystkiego, co przez ciebie przechodzi, zatrzymujesz dla siebie to, czego potrzebujesz, co u ciebie działa, a resztę oddajesz.

 I zazwyczaj pojawiają się ludzie, którzy właśnie tego potrzebują. A kiedy tak czynisz, to dzieje się tak, że jesteś w symbiozie z całym światem i wszystko, czego potrzebujesz ale nie jesteś w stanie niejako dosięgnąć rękami - to ludzie ci to przynoszą.  

 Dla nich znowu to jest zbędne. Jeśli ty w ten sposób postępujesz to możesz liczyć na wzajemność. Każdemu działaniu towarzyszy przeciwdziałanie z siłą równą co do wartości. A ponieważ towarzyszyła temu miłość to jest to działanie rozumne.

  I dlatego ja, na przykład, mam taką pasję do rzeczy. Niczego nie wyrzucam, doprowadzam to do stanu używalności i wynoszę w pobliżu jakiegoś śmietnika. Po pięciu minutach dana rzecz znika. I tak to jest, to jest normalne.

 B nikt nie produkuje tylu odpadów podczas swojej działalności, co człowiek. Spójrzcie, że u zwierząt takiego zjawiska nie ma. Człowiek także powinien w ten sposób postępować.

 W dzisiejszych czasach produkujemy mnóstwo rzeczy, a tu nagle moda się zmieniła i noszenie tego jest już nie na czasie. To się teraz nazywa spam? To takie modne słowo, to jest ta niepotrzebna, zbędna rzecz. 

 I właściwie, jeśli w ten sposób postępujesz z tymi niepotrzebnymi rzeczami to one nie będą trafiały na śmietnik.

 Jeśli moje dzieci się już nacieszyły jakąś zabawką to ja ja zanoszę do jakiejś piaskownicy albo w inne podobne miejsce. Stąd wynika ta pasja do różnych rzeczy.

  Cóż, potrzeba tutaj  takiej świadomości, że aby wszystko było w porządku, Jak uczy ważna mantra: "bierz swoją część i nie wkraczaj w cudzą, rozumiejąc dobrze, do kogo wszystko należy". Jedynym, do kogo wszystko należy, jest Bóg. Jest to zapisane w pierwszej mantrze Shri Upaniszad. Jeśli dobrze zrozumiesz tę mantrę, to nie będziesz miał problemów z rzeczami. Nie będziesz miał braków, nie będzie nadmiaru ani namiętności z tym związanych  - wtedy będzie spokój. 

  Będziesz spakowany, wyposażony we wszystko, czego potrzebujesz do życia. I osiągniesz wtedy to ompurnam, czyli tak zwaną pełną całość. Masz wtedy wszystko, czego potrzebujesz.  

 Bo wszyscy inni, którzy nie rozumieją, do kogo wszystko należy gromadzą dla siebie wiele niepotrzebnych rzeczy.... 

 i nie traktują z szacunkiem tego co należy do innych - nie cenią własności społecznej, dawniej się mawiało "państwowej": "to nie moje więc nie trzeba dbać, można nadużywać. Rzeczy w ich rękach szybko się zużywają albo psują"  

A potem się dziwą: "dlaczego ich dotknęła bieda?" 

 Według tradycji wedyjskiej jest tak, że jeśli ktoś czegoś nie szanuje - tu na przykład jeśli ktoś mieszka w Zaporożu i nadeszła zima, zrobiło się zimno a ten ktoś ma jakieś bezpłatne oświetlenie albo ogrzewanie - i zdarza się, że taki ktoś nie szanuje, okna otwiera na oścież: "no bo ja przecież za to nie płacę!". Jeśli ktoś tak postępuje to zgodnie z tradycją wedyjską, następnym razem urodzi się na tundrze i będzie zmuszony oszczędzać każdą kilokalorię. Będzie żył w jakiejś jurcie i nie będzie się mył, bo to kolejna strata ciepła. 

Ale są miejsca, gdzie tego nie trzeba oszczędzać. Na przykład, kiedyś pewni ludzie z Afryki pojechali do innego kraju, nie pamiętam czy to byli ludzie z Czadu czy innego państwa. Oprowadzali ich jakąś długą wycieczką we Francji, pokazywali im Luwr, jakieś obrazy albo złote przedmioty i ci kiwali głowami ze zrozumieniem.

 I nagle podeszli do jakiegoś małego wodospadu a cała ta wycieczka stanęła jak wryta w ziemię. Woda płynie i płynie bez końca - nikt tam nie podstawia dzbanów, żeby ją zebrać, inni ludzie przechodzą obok tego obojętnie. Oni byli w szoku, bo tam w tej Afryce mają pustynie i brakowało na co dzień wody.  

 Tak więc jeśli nie będziesz szanował czy to wody, czy ciepła, pieniędzy albo na przykład własnego zdrowia - jeśli będziesz z niego korzystać nie tak jak należy ale jakoś bezmyślnie, marnotrawnie to życie doprowadzi cię do niedoboru i nauczysz się te rzeczy oszczędzać.  

 Wszelkie rzeczy to wszystko, energia - zarówno twoje rzeczy osobiste jak i twoje zdrowie powinno być wykorzystywane we właściwy sposób. Jeśli będziesz prawidłowo korzystać ze swojego zdrowia, to nigdy ci go nie zabraknie. Nigdy. 

  Jeśli będziesz prawidłowo korzystać z rzeczy, to nigdy ci ich nie zabraknie. Zawsze je będziesz mieć. To samo dotyczy ciepła, powietrza, prądu elektrycznego - dosłownie wszystkiego.

 Tak naprawdę na tym świecie jest obfitość wszystkiego i dla wszystkich wystarczy, ale z jakiegoś powodu niektórym ludziom czegoś nie wystarcza i marnują. Na przykład ci na szczytach władzy mają duże możliwości, zamawiają sobie różnorakie fajerwerki, odpalają papierosy za pomocą dolarowych banknotów, kąpią się w szampanie. Przecież to wymagało czyjegoś trudu a ci, którzy przy tym pracowali zarabiali marne grosze albo być może nawet żyją w biedzie.

A wiecie dlaczego żyją w biedzie? Bo mieli zły stosunek do wody, ognia, ciepła, elektryczności, do wszystkiego. I zostali w tym życiu umieszczeni w takich konkretnych warunkach.

W poprzednim życiu nie dbali o to?

Tak, w poprzednim życiu ponieważ prawo karmy bardzo ściśle to gwarantuje. To nie dzieje się bez przyczyny - nie jest tak, że wszyscy rodzą się tacy sami. 

 Wszyscy mamy coś za sobą. Istnieje taka powszechnie znana książeczka, ona jest malutka ale zawiera to wszystko całościowo. Ona obejmuje dosłownie wszystko. Nazywa się Kybalion. I tam jest mowa o tym, że istnieje coś takiego jak prawo korzyści. 

 Wszystko, co posiadasz, wszystko, co możesz osiągnąć, jest twoją odpowiedzialnością. Musisz to wszystko wykorzystać dla jakiegoś pożytku. Lecz jeśli tego nie używasz - i nie mówi się tam, że to zmarnujesz, ale musisz to komuś dać, rozdać, ale w taki sposób, żeby nie zepsuć tych ludzi - dać to tym kto tego naprawdę potrzebuje. 

 A więc należy wykorzystać wszystko - krótko mówiąc, musisz być wyczerpany do wieczora, masz osiągnąć taki stan, że nic ci nie zostanie. Musisz wydać wszystko, a rano będziesz jak nowa bateria i wszystko do ciebie wróci.  

 I tak właśnie odbywa się ten wzrost. Jeśli czegoś nie używasz, albo jesteś leniwy, to wtedy twoje zasoby będą się coraz bardziej kurczyć, bo, spójrz, to prawo działa wszędzie. 

  Weźmy na przykład swoją rękę - jeśli nie pracujesz ręką to mięsień zaniknie, stanie się mały. Ten, który pracuje, urośnie, a nieużywany stanie się mały. Nawet jeśli wziąć pod uwagę technikę - z takimi akumulatorkami jest tak, że jeśli rozładujesz go całkowicie, a następnie naładujesz, to pojemność wzrośnie. 

 Ale jeśli zużyjesz tylko trochę i będziesz od razu ją doładowywać, to całkowita pojemność takiej baterii się zmniejszy. Spójrzcie - przecież taki akumulatorek to nie jest istota rozumna ale prawa natury mówią: „Jeśli tyle pojemności ładowania jemu wystarcza to tyle mu zostawimy”. To jest prawo użyteczności. 

 Czyli, że zarówno chciwość jest zła jak i marnowanie.

Takie powinno być podejście do rzeczy. Zatem w wyniku czego pojawia się ta pasja, to pragnienie do nadmiernego gromadzenia rzeczy? 

Powiedział już pan, że to w wyniku braku spełnienia tej zasady.

Dokładnie tak - w wyniku braku spełnienia tej zasady. Albo uważam, że wszystko jest niczyje albo że wszystko należy do mnie, albo też uważam się za sierotę. 

A wiecie kim jest sierota? To ateista - bezbożnik. A taki bezbożnik to niekoniecznie ktoś nie mający pojęcia o istnieniu Boga.  

Są ludzie, którzy nic nie wiedząc o religii, nie znając doktryn religijnych, po prostu nie boją się jutra. To są ludzie sumienia. Bóg jest w ich wnętrzach i przestrzegają wszystkiego bez prowadzenia żadnych rytuałów. Tacy niczego się nie boją. Natomiast ateiści, którzy mają problem z Duchem Świętym, potrzebują wciąż więcej, więcej i więcej. 

  Mam przyjaciela, który jest kręgarzem, i z wykształcenia lekarzem. On przez jakiś czas pracował w szpitalu położniczym i mówił mi kiedyś: „Porzucone dziecko i dziecko, które nie jest porzucone, można to od razu rozpoznać”. 

Normalnie urodzone dziecko nie zachowuje się zachłannie. Jeśli przyniesie się je do matki, to ono ssie pierś, a potem spokojnie zasypia. Potem znowu się budzi, znów trochę possie i znów zasypia.

  Natomiast te dzieci, których matki urodziły i poszły sobie porzucając to dziecko... te dzieci są podawane czasami innym matkom karmiącym i taki dzieciak kurczowo trzyma się piersi, krztusi się i ssie zachłannie - takim dzieciom jest zawsze mało. Ono wpada w taka pasję, bo rozumie że teraz go nakarmią ale matki u niego nie ma - że brak jest Boga, który się o niego troszczy. Tacy mają tę pasję - pragnienie posiadania rzeczy i wszystkiego innego. No cóż - one zostały porzucone, to są te sieroty.

To wszystko na dziś. Dziękuję za uwagę.

 wersja polska: https://www.youtube.com/watch?v=Ddj5j5jOrjo

 

poniedziałek, 9 lutego 2026

Prawilna Masza o portalach randkowych

 oryginał tu: https://youtu.be/ZwYQhc5V4SI

 Hej wszystkim. Dawno się nie widzieliśmy. A dziś mam ogromną ochotę wyrazić swoją nikomu niepotrzebną opinię, oczywiście sobie żartuję. Mam rzecz jasna nadzieję, że ktoś jej jednak potrzebuje. W każdym razie, będziemy dziś przeglądać portale randkowe -  tak dla zabawy. 

  Obejrzałam w ciągu ostatnich dwóch miesięcy mnóstwo filmów na temat relacji. I oczywiście, to przerażające widzieć, jakie są nasze współczesne kobiety. To po prostu szaleństwo - one zupełnie powariowały. Kiedy czytasz ich profile, piszesz do nich albo oglądasz te bzdury, które wygadują w mediach społecznościowych, uświadamiasz sobie, że w większości nie masz do czynienia z prawdziwymi ludźmi, interesującymi - żywiołowymi, że tak to ujmę. Mamy tam do czynienia z zaprogramowanymi biorobotami, babarobotami. 

  Wszędzie widać ten sam oklepany zestaw frazesów - dosłownie wszędzie. I te frazesy można by pewnie skrócić do około pięciu. To znaczy, jestem dziewczyną,a więc z definicji jestem boginią, wszyscy mi są coś winni, "facet powinien"... Właśnie to "facet" Czyli, że właściwie nawet nie mężczyzna, ale facet. To określenie używane jest w znaczeniu sługa, niewolnik; on powinien, on musi - w zasadzie już tylko z samego faktu, że urodził się mężczyzną, to jest mi winien. 

 I, oczywiście, nie ma żadnej odpowiedzialności z ich strony. One nie rozumieją, że nawet jeśli on wszystko tobie opłaca, to jesteś mu coś winna w zamian, chociażby liczyć się z jego zdaniem. Nie mówię już nawet o gotowaniu, ale gdyby przynajmniej go słuchała. Oczywiście byłoby pożądane, żeby gotowała, sprzątała, robiła wszystko inne, rodziła dzieci, zajmowała się nimi, ale one po prostu nie są do tego zdolne. Nie mają nawet tych koncepcji w głowie. 

 A jeśli ktoś nie ma takich pojęć w swojej głowie, to nie jest zdolny do takiego działania, prawda? To znaczy, żeby kochać, trzeba to rozumieć. Jeśli ktoś nie umie kochać, to nie kocha nikogo. To jest po prostu niezdolny do miłości. Gdzieś zagubiły tę zdolność.  

 Może kiedyś były małymi, ślicznymi dziećmi. I oczywiście, jak każde żywe stworzenie, chciały kochać i być kochanym. Ale potem pojawiło się surowe programowanie macierzyńskie, programowanie społeczne, wszelkiego rodzaju trenerzy społeczni, cała ta reszta, no nie wiem, przyjaciółki, różni coache, i cała reszta. I wszystko poszło w tym samym kierunku - wszystko skoncentrowane zostało na jednym miejscu - sami wiecie którym.

   Wszystko to jest maksymalnie popieprzone, wszystko stoi na głowie. Na stronach internetowych wszędzie obnażają cycki i tyłki. A jeśli już zajrzeć na "onlyfans", to rozumiesz, że ta laska przed tobą po prostu się sprzedaje. I musi się tam sprzedać jak najdrożej. I wszystkie one tam są takie same, wszystkie wyglądają tak samo. Wszystkie mają te cholerne, napompowane usta jak u ryby. Wszystkie mają doklejone rzęsy, dorysowane brwi, wszędzie botoks, wszystkie są takie same.

   Nawet gdybyś naprawdę musiał wybierać, twoje oczy nie znalazłyby miejsca, gdzie by dało się spojrzeć. Wszystkie są takie same. I co możesz z tym zrobić? Nic nie możesz z tym zrobić. Większości tych ludzi nie da się pomóc. 

  Więc, aby zrozumieć szerszy obraz, musisz zdać sobie sprawę, że większość ludzi jest łatwo programowalna. Więc te kobiety są wynikiem tego samego programowania. One nie potrafiły filtrować informacji, które docierały do ​​ich głów. I, niestety, przyjęły tę diaboliczną postawę, że muszą się sprzedać, sprzedać dusze diabłu w zamian za pieniądze, prezenty, restauracje i wszystko inne. 

 A jaki jest rezultat? Rezultatem jest nic innego jak nieszczęśliwy los. I nie chodzi tylko o los tych kobiet - Bóg z nimi, ale o nieszczęśliwy los tych dzieci, które w rezultacie dorastają bez ojca, a może, jeśli Bóg pozwoli, widują ojca chociażby w weekendy - a i to jeśli mamusia na to pozwoli.

 Tak to niestety wszystko smutno wygląda. Ale jest i druga strona tego medalu. Oczywiście chodzi mi o tych przygłupich mężczyzn, których jest po prostu cała masa. To ci, którzy psują te kobiety, rujnują je swoim głupim, idiotycznym zachowaniem. Kto im daje te miliony czerwonych róż? To przecież jacyś kompletni szaleńcy!

 Kto zabiera je do restauracji, kto im kupował te iPhone'y, kto mówił im, że są boginiami, że mogą wszystko. Posłuchaj uważnie gdy jedziesz taksówką - a większość muzyki jaką tam słychać to właśnie te jeleniowate teksty. Taksówkarze to puszczają, oni są też tacy po prostu, zaprogramowani. Jedziesz i słuchasz tego chłamu - majteczki w kropeczki, ja się z nią na imprezie całowałem i tak dalej.

 Nie da się słuchać wszystkich tych bzdur. I od rana do nocy taksówkarze jeżdżą sami się programując. To po prostu szaleństwo, co się dzieje. Kiedyś kobiety krzyczały, że są boginiami, że wszyscy im coś winni.

Mają tam wokół siebie milion "jeleni", one są jak pastuchy a wokół krąży całe stado tych bezmózgich wielbicieli. Teraz na szczęście liczba takich jeleni maleje, dzięki Bogu. Dzieje się to bardzo powoli, oczywiście, ale mimo to przynajmniej niektórych można jeszcze uratować. 

 A teraz one znowu zbiorowo jęczą: "jak to tak?" Nikt ich już nie potrzebuje. Spójrzcie, jakaś pozornie młoda kobieta, bo 27 lat. Ona już mówi: „Cóż, nie uprawiałam seksu od kilku lat. I najprawdopodobniej nie będę miała już żadnej rodziny ani związków i nikt się ze mną nie ożeni”. 

  Co to jest? To konsekwencja ich idiotyzmu. Bo ich zachowanie było idiotyczne od samego początku - co oznacza, że już od samego początku nie były w stanie przewidzieć, co ich czeka, jeśli będą się tak zachowywać. 

 Jeśli ciągle kogoś naciskasz, jeśli ciągle twierdzisz, że ktoś jest ci jest coś winien, tylko z racji twojego urodzenia, to prędzej czy później spotka cię zasłużona kara. One nawet nie były w stanie domyśleć się tych konsekwencji. A do tego wmawiają ci, że są równe mężczyznom, że są takie inteligentne. Jeśli one nie potrafią domyślić się tak prostej rzeczy, to po prostu nie mają mózgu, nie mają żadnej inteligencji, nie ma tam niczego, czym mogłyby myśleć. Mózg tam nie jest rozwinięty - bo tak jak mięśnie trzeba budować, tak samo trenować trzeba mózg - trzeba go rozwijać. To znaczy, trzeba ciągle myśleć, analizować to, co się do ciebie mówi. 

 A one nie posiadają niczego, czym byłyby w stanie wyciągnąć takie wnioski. Słyszą coś i powtarzają to w kółko, jedna po drugiej. W kółko słychać tam jedno i to samo: " ty powinieneś, musisz, zabieraj mnie do restauracji, kupuj mi kwiaty". Do znudzenia jedne i te same oklepane zwroty. 

 Wydaje mi się, że dałoby się zapisać tylko pięć tych samych zwrotów, 5 tych samych życzeń i do tego sprowadzałaby się ich komunikacja.  Ja oczywiście, nie chodzę na randki ale tak nawiasem mówiąc to się zastanawiam o czym w ogóle można z nimi rozmawiać? Przecież mężczyźni, kiedy przychodzą na takie randki - bo prędzej czy później kogoś tam poznają. Napiszcie mi proszę w komentarzach, o czym z nimi rozmawiacie? Bo wydaje mi się, że z takim stworzeniem to jak w tej powieści Ilfa i Pietrowa. Tam była taka postać Eloczka, Ludożerca. Ile ona umiała wypowiedzieć słów? 10, albo 12, czy coś koło tego - to był jej cały zestaw pojęć.

   I wydaje mi się, że to takie same stworzenia, które potrafią się porozumiewać tylko w tym ptasim języku, bo nie ma z nimi o czym innym rozmawiać. Powiedzą wam, że może były kiedyś w jakimś kurorcie. A tak przy okazji, na tych swoich profilach w internecie bardzo lubią pokazywać swoje tyłki w kostiumach kąpielowych. Fotografują się z kieliszkiem czegoś nad brzegiem morza, a potem gdzieś w jakimś kurorcie.  

 No dobrze, bardzo ładnie, ale nie widziałam ani jednego profilu kobiety, która pokazałaby, że potrafi cokolwiek. No, nie wiem - na przykład haftować krzyżykiem, robić na drutach skarpetki, wykonywać filcowe buty,czy coś w tym stylu, prawda?

 Nie znalazłam żadnej, która by się chwaliła: skopałam ogród, doiłam krowę, przygotowałam przetwory w słoikach. Są oczywiście i takie, ale niestety stanowią mniejszość. Nie ma ich tak wiele w mediach społecznościowych. Nie mają na to czasu. Są zajęte, prawda?  

 Generalnie takie kobiety są mężatkami, mają rodziny, ale powoli zaczynają się angażować i to też dobrze. Jest coraz więcej zdrowo myślących kobiet, dzięki Bogu. A większość, niestety, to szara masa biorobotów, którym w ogóle nie da się pomóc. One cię nawet nie zrozumieją, bo nie mają czym się porozumiewać. 

  Ale mimo wszystko myślę, że nie ma powodu do rozpaczy. Jeszcze ważniejsze jest tutaj, aby pracować z mężczyznami, bo mężczyźni muszą przestać nabierać się na te wszystkie bzdury. Im więcej mężczyzn oprzytomnieje, tym więcej kobiet dostosuje się do tego trendu. Nie będą już mogły tak oszukiwać "naiwnych frajerów"; nie będą mogły ciągle opowiadać, kto im co jest winien. I być może sytuacja zmieni się na lepsze. 

 W tym sensie chciałabym dołożyć swój mały wkład w ten proces, bo patrzenie na to wszystko jest po prostu... odrażające. Komunikacja z kobietami jest generalnie nie do zniesienia. One są szalone. Szaleństwem jest to sprzedajne podejście do życia i ono po prostu wyłącza im mózg. Nie ma z nimi o czym rozmawiać. 

 Mam kilka znajomych z którymi komunikuję się mniej więcej normalnie, one są przy zdrowych zmysłach, ale niestety jest ich bardzo mało. Dlatego mam jeszcze większy apel do mężczyzn, żeby przestali dawać się nabierać na te wszystkie brednie. Po prostu żyjcie i róbcie wszystko po swojemu, bądźcie aktywni promując swoje poglądy, swoje prawdziwe męskie zachowanie. Cholera jasna! - nie dawajcie się nabierać na wszystkie te bzdury, po prostu nie słuchajcie ich i czyńcie wszystko po swojemu, nie bójcie się, bo głównym problemem jest to, że mężczyźni boją się kobiet. I musimy nad tym aktywnie pracować. 

Drodzy mężczyźni - nie ma się czego bać, ale niestety wy boicie się tych kobiet. Najpierw musicie pokonać swoje lęki, a potem nawiązać z nimi relacje. To jedyny sposób. Możemy się rozwijać tylko wtedy, gdy pokonujemy nasze lęki. A wśród nas tak wielu mężczyzn jest zgnębionych, stłamszonych przez własne matki i przez swoje żony - i niestety, często prezentują oni żałosny widok. Więc pracujmy nad tym i myślę, że krok po kroku wszystko to się ułoży. 

 To wszystko na dziś ode mnie. Ciąg dalszy następnym razem.

 https://www.youtube.com/watch?v=inbnuYiWOm0

 

 

 

Jedna rodzina, różne natury - Wiktor Sawieliew

 oryginał: https://youtu.be/dVNWmGYn1ok

 Cześć wszystkim. Oto jesteśmy, jesteśmy znów razem.

  Dzisiejsze pytanie zadała Karma Katerina - tak się przedstawiła nasza słuchaczka więc tak będę się zwracał.

 Jakie jest to nasze pytanie?  Co należy zrobić, mieszkając w tej samej rodzinie z różnymi naturami? Jeden rodzic, dwoje dzieci, jeden mąż, jedna żona. Tak to prawda, łatwiej jest żyć z tą samą naturą, ale nie tak łatwo z różnymi. I dlatego mówi się na przykład, że mąż i żona powinni być tej samej natury. Jeśli on jest już kupcem czyli pochodzi z warstwy społecznej "vaisha", to ona powinna być także z warny vaisha. Jeśli on jest kszatriją, czyli wojownikiem, to ona powinna być kszatriją. Wtedy wszystko jest w porządku. 

 W przeciwnym razie będą różnorakie nieporozumienia. Ale w rzeczywistości wszystkie te natury, no cóż, warna, która oznacza na przykład naturę Kszatrijów, naturę Waiszów, czy naturę Szudrów, na przykład. Cóż, każda z tych natur, to pewna kombinacja gun czyli cech natury materialnej. Ale istnieją tylko trzy guny i splatają się one w skomplikowany sposób tworząc różnorakie warianty. Gdzieś czegoś jest więcej, gdzieś indziej jest czegoś mniej.

  I rozumiemy, że na przykład  charakter czy światopogląd zmienia się z wiekiem - z upływem czasu, a ludzie w jakiś sposób adaptują się do siebie. Ja nie mówię, że trzeba się jakoś docierać, dostosowywać,  ale adaptacja nie oznacza zmieniania natury innych, aby dopasować ją do siebie, ale zrozumienie, czego oni potrzebują.  

 To znaczy, nie musisz też ingerować w moje terytorium, nie musisz mnie zmieniać według swojego uznania i ja też tobie nie przeszkadzam. To się nazywa zrozumienie.

To może wydawać się dziwne ale to taka różnica potencjałów, kiedy zupełnie różne  istoty, różni ludzie mogą przebywać tuż obok siebie i jednocześnie nie doprowadzać się nawzajem do szału. Słowo "tolerowanie się" też tu nie pasuje - w zasadzie najlepiej jest to określić słowem "zrozumienie". Oni się wzajemnie rozumieją. 

 Zatem istnieje taka koncepcja jak przyjaźń. Przyjaźń ma miejsce kiedy dwa mózgi są mniej więcej takie same, lubią te same marki, te same seriale. Nie mają też żadnych nieporozumień politycznych. Mają mniej więcej ten sam światopogląd. Lubią tę samą muzykę, chodzą gdzieś na zakupy albo ogólnie są to dobrzy koledzy, jacyś przyjaciele - i nie ma nawet znaczenia, w jakiej gunie oni są. Albo obaj są gangsterami, albo obaj lubią chodzić do sauny. Ale najważniejsze jest to, że są tacy sami. Synchronizują się ze sobą.  

 A kiedy się spotykają, to każdy z nich czuje się silniejszy. Bo to jak dwie sinusoidy, jeśli się na siebie nałożą, to otrzymujemy taką zwiększoną amplitudę. To znaczy, kiedy ktoś jest sam, to czuje jakiś ton, a kiedy jest ich dwóch, jest dwa razy silniejszy i nic przy tym nie traci. A jeśli jest wielu takich ludzi, to tak, jakby żołnierze przechodzący przez most - mogliby go nawet zawalić. Ale są tacy sami,  jest tam razem miło, ale >> [śmiech] >> gdzie takich znaleźć? I dlatego istnieje coś takiego jak miłość. A tak przy okazji, przyjaźń to rodzaj miłości. Cóż, wiemy, że, każdy jest inny, gusta się różnią. Nie można znaleźć nawet dwóch identycznych płatków śniegu, a reszta jest zupełnie inna.  

A Katerina napisała tu o różnych naturach - napisałaś, dzieci i rodzice mają różne natury. No cóż, oczywiście, różne natury. Dzieci mają jeden zestaw pojęć, rodzice mają inne, jakieś tam swoje problemy. Mąż, żona, po prostu mężczyzna, kobieta są pod każdym względem zupełnie inni. O tym się mówi wszędzie. Są dosłownie różnymi istotami - diametralnie różnymi. Żeńska natura, męska natura. I dlatego powinny się one uzupełniać. 

 I będą się uzupełniać, kiedy tworzą całość, to jak organizm, jak rodzina. Mówiliśmy tu przecież o rodzinie, prawda? Żyjemy w jednej rodzinie. Rodzina jest jak jedna dłoń. Wszystkie palce są różne. Możesz na przykład dłubać małym palcem w nosie, kciuk jest grubszy i nim możesz na przykład masować szyję - żaden z nich nie może zastąpić innego.  

Cóż, w zasadzie można by się nawet obejść bez dłoni i palców, ale taki jest standard stworzony do użytku dla jednego człowieka. Jest on po prostu dobry, a z tego wszystkiego co nas otacza można by stworzyć taki zestaw przy którym pojawi się takie zjawisko nazywane dziś synergią. 

Miłość jest wtedy, gdy mężczyzna i kobieta podążają w jednym kierunku, ona różni się od niego, ale kiedy są razem, to nie wzmacniają się nawzajem, lecz oboje się zmieniają. Następuje taka transformacja i powstaje coś trzeciego. Ale wiemy, że miłość jest bardzo potężna. Więc przyjaciele powinni być silniejsi. To jak taran. Dwóch przyjaciół podchodzi i... Ale miłość tego nie potrzebuje - to nie taran.

 W takim obszarze gdzie jest miłość, ona jest jak aureola - otacza dany obszar i wszystko natychmiast staje się dobre. Dlaczego? Bo ta jego natura kończy się natychmiast, jej natura również kończy się natychmiast. Rodzi się w nich jakieś trzecie pole energetyczne - trzecia przestrzeń, która absolutnie dokładnie odpowiada rzeczywistości tego miejsca i tego czasu. 

 I dlatego oboje oni po prostu suną, dosłownie ślizgają się wzdłuż tego kontinuum czasoprzestrzennego bez żadnych hamulców, bez żadnych przeszkód. Mają po prostu niewyobrażalne powodzenie - wszystko im się udaje. I co najważniejsze, czują się dobrze. A dlaczego im dobrze w tej miłości? Ponieważ oni całkowicie przestają czuć tę materialność. Dlaczego? Jak można jej nie czuć? Oni jej nie dotykają. A dlaczego? 

 Materialna rzeczywistość zaczyna stawiać mi przeszkody, gdy moje plany i plany Boga nie są zbieżne. A kiedy te plany się pokrywają, to znaczy, są tak blisko siebie, to ja nic nie czuję. Czuję się, jakbym był w stanie nieważkości. A miłość jest takim właśnie stanem nieważkości.

 I dlatego też jak to mówi nasz dzisiejszy temat rozmowy są te różne natury. Na przykład natura dziecięca - dlatego jeśli jestem nauczycielem to mogę się zachowywać odpowiednio do tej relacji. I dlatego miłość ma te 12 natur, 12 przejawów - wliczając w to również gniew. Mamy tam na przykład przyjaźń, no i tak dalej. To są osobne tematy, nie będę w to dzisiaj wnikać. 

 Tak więc wszelkie relacje wzajemne jakie tylko mogą istnieć mogą być albo miłosne, albo przeciwnie. Albo zakochanie, albo na przykład nienawiść. Co to znaczy relacja w miłości? Jak można to wyjaśnić? 

 Na przykład, jest wiele takich zwrotów, takich sloganów, z którymi wszyscy się zgadzają, dopóki oni sami nie zostaną przyparci do muru - do czasu aż ich samych to nie dotknie. Na przykład: "nie ma przypadków". Aż potem nagle,bach! - "ach - co za pech! Trzeba było zrobić inaczej", ale to przecież nie jest przypadek. 

 Albo inna prawda życiowa: "nie ma kary bez winy". Wszyscy dobrze to rozumieją, prawda? To zdanie zazwyczaj dobrze ilustruje scena z serialu filmowego "Gdzie jest czarny kot". Tam spotykają się Szarapow i Żygłow i ten drugi mówi: „Szarapow, nie ma kary bez winy. Gdybyś nie wyrzucił pistoletów, gdyby na czas zrobił porządek ze swoimi kobietami to nie siedziałby tutaj". On na to mówi: „Ale ja jestem niewinny”. Na co pada odpowiedź: „Tak, w tej sprawie jesteś niewinny i przedstawiasz swoje alibi. Ale jesteś winny czegoś innego, i zostałeś ukarany w ten sposób i nie przyznajesz się do tej kary, ponieważ po prostu to ignorujesz jakiś tam swój rodzaj przestępstwa".

 Krótko mówiąc, niezależnie od tego, jak różne są ich natury, najważniejsze jest to, żeby to była relacja miłosna. Oni tworzą parę a wtedy powstaje organizm. Żywy  organizm, nerki, wątroba, serce, to różne narządy, prawda? One mają różną naturę, one pełnią różne funkcje. I tak samo jest w rodzinie, to jest tak samo jak te narządy, a wtedy otrzymujemy organizm. Jeśli tak się nie stanie, to rodzina zaczyna działać jak organizacja. Wtedy po prostu patrzymy, kto komu jest co winien. No i [śmiech] ja myślę, że jestem to winien, a ktoś inny myśli: "Nie, nie, przegapiłeś to, ja mam tu swoje zadania". 

No i wtedy każdy, z własnej perspektywy, przypisuje obowiązki innym. I tak próbują zmniejszyć ilość swoich zobowiązań uważając, że taki jest sprytny i tak dobrze sobie radzi. 

No cóż, nic z tego oczywiście nie wychodzi. A co się dzieje w takiej organizacji? W organizacji jest duża rotacja kadrowa. Jeśli rodzina jest taka, że się rozpada, a to uciekają od siebie - potem znów się schodzą, to jest to rotacja kadr. To jest ta wymienność - przekonanie, że kogoś można zastąpić kimś innym. Na przykład możesz adoptować kogoś innego, albo możesz go przekląć i zwolnić go. 

 Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ w naszej organizacji on nie spełnia naszych kryteriów. W organizmie, w żywym ciele jest wręcz przeciwnie, nawet jeśli ktoś czuje się źle, po prostu nie może czegoś wykonać - nie może lub nie chce, bo może coś jest nie tak z jego mózgiem. W takim przypadku w organizmie wszyscy inni biorą to na siebie i starają się to skompensować, aż ten opóźniony nie dorośnie i nie zacznie tego wypełniać. Działanie w organizmie jest zupełnie inne. 

Na przykład, tu w Zaporożu były dwa kościoły - to taki wyrazisty przykład tego czym różni się organizm od organizacji. W tych kościołach przeciekały dachy. To są przypadki z życia - dach w każdym z kościołów naprawdę przeciekał.

 Zwołali więc zebranie, tak jak należy, umówili się. Rozdysponowali działania: "ty robisz to, ty robisz tamto a ty zadzwonisz tam i tam". Po tym wszystkim kładli ten dach i spędzili przy tym chyba ze sześć miesięcy. Naprawili go, a potem dach znowu przeciekał. No cóż, jakoś źle go zbudowali.

A w drugim kościele, dach też przeciekał. A jak to się stało, że przeciekał? To było tak, jakby użyto jakiejś broni klimatycznej czy czegoś takiego. Woda po prostu się lała, jak z wiadra. 

Zmyła tam całą górę, zmyła sufit. I wszystko po prostu się zupełnie zawaliło. Kompletna katastrofa. Wszystko się rozsypało, sterczały jakiej kikuty krokwi, widać było dosłownie niebo. Pogoda była kiepska, cały ten brud na posadzce, słońce wtedy już świeciło nisko, szybko zapadała noc. Ludzie szybko zaczęli się rozglądać po sobie, żeby sprawdzić, kto co ścina, kto czym się zajmuje, kto układa gonty, kto przewozi jakiś tam potrzebny plastik. 

Przyszli na miejsce, i rach ciach postawili co trzeba. Dach do dzisiaj stoi i działa jak należy. Tak funkcjonuje organizm. W żywej strukturze jest tak, że nikt nikogo nie wyznacza, ale każdy najzwyczajniej w świecie postrzega jakiś ból lub jakiś niedobór, jako swój własny - nie czyjś, ale swój. 

 Bo organizacja jest taka, że ​​po prostu przychodzą, mówią sobie cześć i rozchodzą się do domów jak zwykle. Natomiast organizm jest zawsze razem. To jest zawsze jedna struktura - tam jest wspólnota. 

Tak więc wracamy do naszego tematu: co możemy zrobić, żyjąc w tej samej rodzinie, ale z różnymi naturami? No cóż, spójrzcie - to tak się wam tylko wydaje, że tam są różne natury.

 Jeśli chcesz żyć tak jak ty chcesz, to wtedy żyj sam. Jeśli masz dzieci..... bo ty narzekasz, że masz z dziećmi trudności w porozumieniu się, a niektórzy w ogóle nie mają dzieci i mieć nie będą. 

Niektórzy są w związkach małżeńskich, a inni w ogóle nie mogą znaleźć towarzysza życia. Jeśli już masz na przykład męża, ale coś tam nie do końca się układa to znaczy, że masz zadanie do rozwiązania, że trzeba nad czymś popracować.

 Jeśli masz na przykład dzieci to oznacza, że masz już relację rodzicielską z Bogiem. Trzeba ją tylko poprawić. Jeśli Bóg już ci te dzieci powierzył to oznacza, że On się z tobą komunikuje. Jeśli masz męża, żonę, to już masz relację małżeńską, ale trzeba ją tylko poprawić. 

 Jeśli masz przyjaciół to też można poprawić relacje z nimi. Takie relacje też muszą być udoskonalane. Niektórzy nawet tego nie mają. Bóg po prostu im nie ufa. Nie może być tam mowy o jakimkolwiek udoskonalaniu bo nie ma czego udoskonalać. 

No i żyje sobie człowiek sam jeden i mówi: "jestem tylko ja i Bóg". Nie, nie jesteś - z Bogiem jesteś wtedy gdy masz wszystkie osobiste relacje i  relacje dalsze. I to jest najlepsze oczyszczenie. 

 Ogólnie, mówi się, że w epoce Satia Juga najlepsze oczyszczenie jest wtedy, gdy jest niewygodnie, kiedy jest to niekomfortowe. No wiecie, kiedy obdzierają cię ze wszystkiego, co niepotrzebne.

 Uważa się, że w epoce Satia Yudze czyli podczas złotego wieku demoniczne natury i natury Boskie znajdowały się w różnych częściach Wszechświata. W następnej yudze, były już na jednej planecie, w następnej yudze, były już w jednym kraju, a w kolejnej yudze, w jednej rodzinie, prawda? 

 A teraz są one w jednym człowieku - dzisiaj jesteś taki, a jutro inny. Więc to normalne. To jest dla nas jak taki dopalacz - wzmocnienie tempa naszego rozwoju. Mało tego! Wedy mówią, że istoty, które są półbogami czy kimkolwiek innym, marzyły o odrodzeniu się jako ludzie, konkretnie w tym trudnym okresie Kali Jugi - w tej właśnie niedogodności, ponieważ tutaj można bardzo szybko się rozwijać dzięki tym niedogodnościom.

 Pytanie zadała Karma Katerina, bardzo dziękuję.

 https://www.youtube.com/watch?v=Eicl-PjBzWc