piątek, 2 października 2026

Żeńska dola 2 - Wiktor Sawieliew

oryginał:  https://youtu.be/O9MQODgShBI

Witajcie - zdrowia Wam ludzie. Dzisiaj mamy jakieś pytanie, prawdopodobnie kosmiczne. To jest komentarz pod filmem. A temat brzmi: los kobiety. Żeńska dola. Zatem przeczytam ten komentarz. 

  Kobieta pisze: „Tak głową to ja rozumiem, że los kobiety to dom, rodzina, wsparcie męża, a ja jestem mężatką i wychowaliśmy dzieci. Spełniłam więc swoje główne żeńskie przeznaczenie. Ponadto jestem pod opieką i ochroną męża, ale nie mogę zajmować się domem. Jestem zainteresowana ciągłym uczeniem się czegoś nowego, rozważaniem, systematyzowaniem, a w domu muszę prać, sprzątać, tworzyć komfort, wykonywać pracę fizyczną, która mnie nie interesuje.  Co czynić w takim wypadku?"

   No cóż, sytuacja jest następująca. Kobieta zrealizowała swój "plan", (śmiech) w cudzysłowie, prawda? A teraz nie ma już nic do roboty bo... Bo plan na życie był taki, że będzie mąż, dorastanie dzieci, codzienne życie, komfort, ochrona, mąż ją chroni - no i to wszystko.

A obecnie kobieta doświadcza jakiejś wewnętrznej pustki, pewnego psychologicznego impasu - że tak powiem ślepej uliczki. To znaczy, ona ma już to wszystko, ale coś jej się w tym nie podoba, czegoś tu brakuje. 

  Dzisiaj jest to krzykiem duszy nie tylko tej kobiety, ale prawdopodobnie wielu kobiet, ponieważ dziś obserwujemy kryzys tego tradycyjnego rozumienia przeznaczenia kobiety. No właśnie, - a co uważa się za przeznaczenie kobiety?

  Jest to konflikt między tym racjonalnym rozumieniem, że to jest właśnie to, czego potrzebuje kobieta. Ale istnieją również pewne wewnętrzne potrzeby, które mówią: „Ja też chcę tego, tamtego, i jeszcze tego" - no i jak to ostatecznie powinno być?  

Bo kobieta mówi: „przecież nie jestem wyłącznie kobietą, jestem też człowiekiem. Mam być może jakiś inny cel, może nie tylko posiadanie dzieci, może coś innego?”. To znaczy, że przeznaczenie kobiety w ogóle, jak każda inna kwestia, nie jest jakąś statyczną, codzienną rutyną, ale dynamicznym procesem, który zmienia się z czasem. 

 Po pierwsze, wraz z wiekiem kobiet, to się zmienia, a w miarę rozwoju społeczeństwa, rozwoju cywilizacji ta rola nieco się zmienia.  Dlaczego? Ponieważ bycie tylko gospodynią domową to już nie działa.  Dawniej ten model dotyczył tylko domu i był uzasadniony. Kobieta rodziła 10-12 dzieci a obowiązki domowe zajmowały jej 100% czasu. Wychowywanie dzieci płynnie przechodziło w wychowywanie wnuków. Kiedy ona urodziła swoje ostatnie dziecko, albo przedostatnie, to jej pierwsze już było rodzicem i już miała wnuka.  

A czasami i tak się składało, że ​​te wnuki mogą być starsze od jej dzieci. Tak się też zdarzało. Więc kobieta zawsze miała te maluchy wokół - to ją uszczęśliwiało i wszystko było jak należy.   

A teraz ile jest dzieci w rodzinie? Co najwyżej jedno - czasem do trojga dzieci. Dzieci szybko dorastają, a potem następuje rozłąka. I taka jest współczesna rzeczywistość. Co wtedy robić? 

 A kiedy dzieci są już dorosłe to co się dzieje? Kobieta zawęża swoją opiekę wyłącznie na podstawowych, codziennych zadaniach - a to jakoś nie wystarcza, bo główny obiekt zastosowania energii znika. Dzieci odleciały, pisklęta opuściły gniazdo.  

 Stare przysłowie powiada, że dzieci odpoczywają będąc u rodziców. Ale rzadko dziś się zdarza, żeby rodziny tak trwały kontynuując dynastię. Wiemy to nawet od ludzi kreatywnych. To znaczy, jeśli ojciec jest poetą, to syn równie dobrze może być kierowcą - albo na odwrót. Tak to właśnie jest. 

 No cóż, to osobny temat. Mówiłem już o tym kiedyś, dlaczego tak się dzieje. Teraz mamy inny temat. A dziś mamy taką sytuację, że kobietom pozostaje wyłącznie pranie, sprzątanie, gotowanie obiadu wyłącznie na dwoje czyli takie zwykłe codzienne obowiązki domowe.  

 Mieszkałem w wielu miejscach i było kiedyś jedno miejsce, gdzie był ogromny dom, tam żyła duża rodzina, a potem wszyscy się gdzieś rozproszyli i rodzice zostali sami w tym ogromnym domu - mąż i żona. Ich dzieci nie chciały tam mieszkać a ten dom to po prostu pałac. A potem, kiedy ci małżonkowie umarli - to byli porządni ludzie - ich dzieci jakoś sprzedały ten dom. One nawet nie chciały się tam przeprowadzać, bo już gdzieś indziej zbudowały swoje gniazda.  

Tak więc te pozostałe obowiązki domowe nie mogą wypełnić tej intelektualnej i emocjonalnej pustki. To jest taki problem pustego gniazda. Sztuczne trzymanie się w ramach tych domowych obowiązków to prosta droga do depresji, a potem pojawia się również brak tożsamości, jak to się teraz zwykło mawiać. Ona zaczyna sobie zadawać pytanie: "kim ja właściwie jestem? Nie jestem tylko kurą domową". I Wiele żon mówi: „Kim ja dla ciebie jestem? Czy jestem tylko gospodynią domową, czy kimś takim? Ja też jestem człowiekiem”. I one w jakiś sposób to tłumią. To jest ich tożsamość. Wyjazd gdzieś nad morze, wyjazd gdzieś. Cóż, to jest nienasycone.  

Mąż zazwyczaj zajmuje się czymś pożytecznym, ale ona nie. Mąż wtedy mówi: „Jak długo to jeszcze potrwa?Może by ona się zajęła czymś sensownym? Wtedy nie miałaby czasu jeździć nad to morze". Bo morzem się nie najesz - nasycić się można tylko wykonując jakieś sensowne dzieło - trzeba się w coś zaangażować.

 No i jest jeszcze taka rzecz, że każde nowe pokolenie rozwiązuje swoje problemy. Pokolenia mają różne problemy - różne zadania, historyczne, ewolucyjne. Dorosłe dzieci są już autonomicznymi jednostkami. A próba kobiety, żeby one żyły jej życiem albo żeby przeżyć ich życie za nie - to się nie udaje. Bo ona myśli, że one są cały czas małe. To łamie takie duchowe prawo. To po prostu się nie uda. A jeśli się uda, to będzie prawdziwa katastrofa. Dwa połączone ptaki nie potrafią latać - to takie chińskie przysłowie.  

Miałem taką historię, kiedy matka i córka mieszkały razem. Córka miała 40 lat, a matka, odpowiednio, miała 60 lub 70. Nie wiem, ile matka miała lat.  A skąd znam tę historię? Byłem w nią trochę zaangażowany. A córka nie mogła wyjść za mąż. Najpierw matka ją terroryzowała mówiąc: "to nie jest dobre, tamto nie wypada" itp, i tak dalej. Kobieta atrakcyjna, ma wszelkie atuty - twarz, figura, inteligencja, charakter, - a wyglądało na to, że nie może wyjść za mąż.  Ta matka się jej kurczowo trzymała. A potem córka dorosła, nabrała sił, a matka straciła trochę sił, i teraz córka się nią opiekowała. 

 A dlaczego mnie tam w ogóle zaprosili? To było tu w Zaporożu, tam istnieje ósma klinika, oddział neurologii. To dlatego, że ta matka miała już trzeci udar.  

 Lekarze mówią, że trzeci udar mózgu to już w zasadzie koniec. Ona kiedyś usiadła na toalecie i zamarła. To znaczy, jej ciało stało się bezwładne - nie mogła ruszyć żadnym kończynami, niczym. Za drugim razem zeszła na dół, mieszkała na trzecim piętrze, zeszła do domu towarowego, do sklepu i po prostu stała tam, wisząc na schodach. Czyli, że pękło jakieś naczynko krwionośne w jej głowie i znów bezwład ciała. 

 A potem zadzwoniła do mnie ta córka i mówi: „Moja mama zemdlała, połowa jej ciała była nieruchoma, ona nieprzytomna, jakaś maszyna oddychała za nią, jej serce było stymulowane. Zasadniczo jest w śpiączce".  

 Ja jej odpowiedziałem: „ja nie jestem lekarzem, nie mogę leczyć niczego, nie wiem, co z nią zrobić”. Ale ona tak bardzo się we mnie wczepiła więc poddałem się. Skapitulowałem. Dotarliśmy do tego szpitala nr 8, spojrzałem na nią i powiedziałem: „Nic nie mogę zrobić”. Zeszliśmy na dół i powiedziałem: „Widzisz, dwa połączone ptaki nie mogą latać. Wy obie jesteście tak właśnie powiązane. Czy ty w ogóle choć trochę wierzysz w Boga?”. Ona powiedziała: „No tak”.

A ty nie chcesz wyjść za mąż? Ona mówi: „Chcę, ale nie mogę, bo muszę chodzić do pracy a po pracy mam drugą zmianę opiekując się mamą. Będąc w pracy dzwonię do niej trzy razy dziennie, żeby się zapytać, czy żyje”. 

Ja jej na to mówię: „Widzisz, jeśli Bóg tego nie zechce, to ona nie umrze. Jeśli on będzie miał taka wolę to twoja opieka nic tu nie pomoże. Dlatego po prostu zdecyduj. Musisz to przerwać. Musisz mieć życie osobiste".

  I po prostu przysięgnij mi tu teraz, że pójdziesz dziś wieczorem do jakiejś z tych kilku swoich koleżanek - najlepiej żeby była zamężna, pójdziecie gdzieś do jakiejś kawiarni, spotkasz tam kogoś. No, jak w tym znanym żarcie, że trzeba przynajmniej kupić los na loterię, żeby można było kogoś poznać.

 I kiedy tak o tym rozmawialiśmy, a gdy ona o tym mówiła to aż się zarumieniła z podniecenia - widać było, że naprawdę o tym marzy. Spytała mnie wtedy: „A czy mi tak wolno?”. Odpowiedziałem: „Tak trzeba!”. 

Potem nagle mówi: „Och, czekaj, muszę tam jeszcze wrócić, bo o czymś zapomniałam”. I pobiegła z powrotem na to czwarte piętro szpitala. Wraca stamtąd , oczy jej wychodzą na wierzch z wrażenia i mówi: "Mama wstała! poodpinała sobie te przyssawki! Biega po korytarzu jak duch w tym prześcieradle i krzyczy: „Dajcie mi moje ubrania, idę do mojej siostry - muszę ją koniecznie odwiedzić”.

Czyli ta sama kobieta, która bała się zejść z trzeciego piętra na pierwsze, teraz chce sama pojechać do innego miasta. To znaczy, kiedy ta kobieta -  ta córka właśnie co mówiła o swojej wolności, o swoim życiu osobistym - to nagle pojawiło się życie osobiste. Rozumiecie? Nie da się utrzymać tego pokolenia w starym cyklu. 

Pamiętacie te słowa Jezusa: "Nie przyniosłem wam pokoju, ale miecz”. I umieścił miecz między pokoleniami, między ojcem a synem - ale nie w sensie antagonizowania ich, ale w sensie, że mają różne zadania. 

 Chodzi o to, żeby osobowość się rozwijała. Ten miecz dzieli pokolenia nie z powodu wrogości, ale dla rozwoju. Przecież czas nie będzie stał w miejscu!

  Rzecz w tym, że aby kobieta była szczęśliwa to zawsze w jej otoczeniu musi być kilkoro dzieci - najpierw jej własne, potem wnuki  To jest idea, która jakoś nie do końca działa teraz w XXI wieku. 

Wnuki należą do swoich rodziców, jakkolwiek na to spojrzeć. Kobieta nie może budować swojej tożsamości, własnego przeznaczenia wyłącznie na służeniu innym - nawet jeśli są to jej najbliżsi.

 Na czym więc właściwie polega ta żeńska dola - to żeńskie przeznaczenie w naszym obecnym kosmicznym czasie? Jeśli odejmiemy od tej żeńskiej doli podróżowanie, czystą codzienność, opiekę nad dorastającymi dziećmi, to pozostaje jej przecież możliwość aktywności intelektualnej, pozostaje duchowa twórczość.

A tworzyć można przecież nie tylko komfort gołymi rękami, ale można tworzyć różne znaczenia za pomocą głowy - zajmować się działalnością myślową. Przecież tak wiele kobiet zajmuje się poezją albo działa na rzecz kultury. A dlaczego nie wszystkie się tym zajmują? Bo mamy dziś taki rodzaj kryzysu.

Tak więc ogólnie rzecz biorąc, analiza, systematyzacja, studiowanie czegoś nowego – to też jest w praktyce forma prokreacji.  "Zrodził się pewien pomysł" -słyszeliście na pewno takie sformułowanie. A wspieranie męża to nie tylko przyszywanie guzików czy zmywanie po nim naczyń. Nie to jest najważniejsze, jest wręcz przeciwnie. 

 A tak przy okazji, mąż nie jest jakoś specjalnie dla niej najważniejszy. Dla niej najważniejsze jest stworzenie przestrzeni mentalnej gdzie mężczyzna może wypocząć umysłowo, porozmawiać, zasięgnąć rady. To znaczy, żona powinna być interesującą rozmówczynią. Była już matką, była żoną, kochanką, a teraz musi stać się mądrą kobietą. Nie tylko dla męża, ale także dla żeńskiej mądrości, żeby było z kim porozmawiać.

 Ale co, jeśli prace domowe są zupełnie nieciekawe ? Cóż, przede wszystkim musisz przestać się obwiniać. To generalnie zasada dotycząca wszystkiego, czego nie lubisz. Musisz przestać się za to obwiniać. 

Cóż, przede wszystkim istnieją pewne sprzęty AGD, one na pewno w domu są. A ten wolny czas uzyskany dzięki nim to właśnie zasób energetyczny dla umysłu. Skłonność do analizowania, systematyzowania to nie tylko cecha mężczyzn; to cecha kobiet również, prawda? To dar od Boga i talent, a nie wada. 

 Ostatnio widziałem film o tej kobiecie, o Alisie, i ona ma, chyba około trzydziestki. W każdym razie kiedy miała około trzydzieści lat, to miała już dziewięcioro albo dziesięcioro dzieci - nie pamiętam dokładnie. Wszystkie one są takie piękne, a jej mąż  jest taki przystojny. 

Ona po prostu rodziła jedno po drugim, potem kolejne.... I ona zawsze jest zajęta kolejnym maleństwem, i od razu pojawiają się te wszelakie domowe obowiązki, które wykonywane są przez dzieci. I ona angażuje się w działalność intelektualną. Założyła jakiegoś bloga i ma tam tysiące subskrybentów, którzy publikują tam jakieś przepisy. 

Czyli jest aktywna również intelektualnie bez wychodzenia z domu. I mówi: „Nie mam czasu na wszystko, ale też czy muszę wszystko mieć takie porządne? Nie ma tak, że ja i dzieci jesteśmy zawsze czyściutko ubrani - nie mam tyle czasu". Ale ona mówi, że zawsze jest szczęśliwa. 

Ona tam mówi, że każdego wieczoru pyta sama siebie: „Czy kochałam?”. Ona nie pyta siebie: „Czy miałam czas?”. Ona mówi: „Czy kochałam?”. Taka to interesująca kobieta. Idealnie szczęśliwa para. 

 Ogólnie rzecz biorąc, żeńska dola w tym XXI wieku to zarówno prawo, jak i odpowiedzialność za rozwój jako jednostka. Osiągnęliśmy taki poziom cywilizacji, że nie powinniśmy być tylko ojcem i matką. No cóż, zwierzęta też to mają, a do tego przetrwanie. Musimy wzrastać, rozwijać się jako osobowości, wychowywać swoje dzieci jako osobowości. To zarówno prawo, jak i obowiązek. To jest wypełnianie swojego głównego przeznaczenia.

 Brabhupada pisze w komentarzach, że ludzka forma życia polega na tym, że człowiek ma bardzo dobry mózg i może jakoś znormalizować tę rutynę i że uwalnia czas na słuchanie Boga i myślenie o rozwoju duchowym. I dlatego kobieta i mężczyzna uwalniają czas na rozwój duchowy. A spełnienie głównego wyobrażenia - tego głównego celu życiowego jakim jest wychowanie i posiadanie dzieci, to dopiero połowa drogi.  

 A co potem? Co dalej? A potem mówi się, że następuje kryzys wieku średniego. To nieprawda, potem nadchodzą drugie - ponowne narodziny, druga połowa życia jest dana kobiecie, aby stworzyła siebie, zrozumiała siebie, usystematyzowała swoje doświadczenia - dana jest aby przynosić jakieś korzyści światu, rozwijać się, uczyć się nowych rzeczy. To nie jest zdrada rodziny, nie, - to wypełnianie najwyższego ludzkiego obowiązku. No i tyle. Dziękuję za uwagę.  

 wersja polska: https://www.youtube.com/watch?v=98LCjs2whNQ


środa, 30 września 2026

Żeńska dola cz.1 - Wiktor Sawieliew

oryginał jest tu:  https://youtu.be/-eFj1EXmemM

Witajcie ludzie!

 Dzień dobry Wiktorze. Proponuję, żebyśmy omówili temat taki jak żeńska dola. 

Żeńska dola?? [śmiech] 

  Tak. Chcę dziś trochę ponarzekać. Właśnie przyszła mi taka myśl do głowy. Słuchajcie, teraz jest mnóstwo kobiet przy których nie ma żadnego mężczyzny. Niektórzy z nich są na wojnie, inni być może odeszli, niektórzy odbywają służbę wojskową. Jeszcze inne kobiety po prostu zostały same. Wszystko się wali, cała codzienna rutyna, wszystkie materialne zmartwienia spadają na kobiety. Gdzie więc kobiety mogą znaleźć pomoc w tej sytuacji, kiedy nie ma męskiego ramienia, na którym mogłyby się oprzeć?

Dobrze - zrozumiałem, żeński los, żeńska dola. Tutaj od razu wyjaśnię, że kobiety, dzieci i osoby starsze są uważane przez kanony wedyjskie za należące do tej samej kategorii i potrzebują męskiej opieki. Natomiast jeśli mężczyzna ma 120 lat i porusza się na wózku inwalidzkim...  no cóż, ogólnie uważa się, że jeśli człowiek jest w jakiś sposób niepełnosprawny i wymaga takiej opieki to jest to najprawdopodobniej kara dla jego krewnych, , ponieważ to oni cierpią.  On tam na przykład leży, trzeba mu wszystko przynosić - to jest taki szczególny rodzaj karmy. I kobieta powinna być pod opieką i troską najpierw ojca, potem męża, a potem syna.   Ojciec, mąż, syn. Ale co, jeśli syna nie ma? Wtedy ktoś w rodzinie musi być. Oczywiście w obecnych czasach wszyscy są w jakiś sposób rozłączeni. Nie ma czegoś takiego jak program rodowy, że jesteśmy spokrewnieni, -  dziś jesteśmy w jakiś sposób rozproszeni. 

 A dlaczego? Dlaczego tak się stało? Bo każde mieszkanie jest jak absolutnie niezależny statek kosmiczny, w którym mamy wszystko i możemy sobie poradzić bez wszystkich. Dożyliśmy takiego życia, ale to zadało cios temu drzewu rodowemu. I tak oto może się zdarzyć, że kobieta zostanie z niczym. 

Miałem taki przypadek dotyczący właśnie losu kobiety. A co jeśli kobieta jest taką biznes woman, która zarabia więcej niż jej mąż, normalne, prawda? 

I była taka kobieta, która dużo zarabia a jej mąż jest nieco niższy od niej i nie  zarabiał aż tak dużo, bywał głównie w domu - natomiast ona ma te wielkie interesy, które ja mocno pochłaniają i nie może być zbyt często w domu. 

 No i naturalnie sprawy domowe spadły na jego wątłe barki. No i to normalne, bo on naprawdę nie mógł zarobić tyle, co ona. Ona ma dar dobrego wysławiania się i głowę do interesów.  A potem, kiedy jej firma nabrała rozpędu, to pomyślała sobie: „Po co mi on? Wszystko już jest w porządku. Tylko ten mały człowieczek psuje mi wszystko”. 

  I w zasadzie usunęła go ze swojego życia -  z własnej inicjatywy. A gdy tylko usunęła męża ze swojego życia, to ten jej biznes podupadł - nastąpiło gwałtowne załamanie.

Według tradycji chrześcijańskiej mówi się, że kobieta powinna zajmować się domem. Jest nawet taka znana księga "porządek rodowy" wymieniająca wszelkie te obowiązki gospodyni. To są takie tradycyjne, patriarchalne reguły gdzie władzę w rodzie sprawuje najstarszy mężczyzna. W dzisiejszych czasach te pojęcia są kojarzone negatywnie chociaż tak naprawdę ta księga zawiera fragmenty biblii. 

Tam się twierdzi, że jeśli kobieta zamiast zajmować się domem, spędza czas gdzie indziej, robiąc rewolucje na świecie, albo siedzi gdzieś tam w parlamentach i tak dalej, to pójdzie do piekła.  Natomiast mężczyzna, który poświęcił całe życie domowi i nic nie dokonał poza domem też trafi do piekła. 

 Czyli to co dla mężczyzny jest dobroczynne - dla kobiety jest zgubne i na odwrót. Oczywiście jeśli kobieta wykona wszystko co się tyczy domu to może również działać na zewnątrz na przykład w jakimś tam parlamencie czy stowarzyszeniu. Tak samo i mężczyzna - jeśli wykona swoje to może pomóc w domu. 

  To jest idealny przypadek. Ale teraz, w epoce ciemności czyli Kali Yudze, na to się szczególnie nie zwraca uwagi. 

Na przykład teraz na Ukrainie nie ma już mężczyzn. Wszyscy są pędzeni tam na front, a kobiety zakasują rękawy i robią takie rzeczy, bo mogą się przemieszczać po Ukrainie, a mężczyźni nie mogą się przemieszczać po Ukrainie.  A jak zarobić pieniądze? Mówią im: „No, idź tam zarabiać, idź strzelać na front!”. Taka oto dzisiejsza żeńska dola. 

Zatem powtórzę raz jeszcze, że opiekować się kobietą powinien najpierw ojciec, potem mąż a potem syn.  A jeśli go nie ma, to powinna być pod opieką jakiegoś krewnego. Ta kobieta, która jest biznesmenką, zrobiła to wszystko.  Jej biznes upadł. A ona miała córkę z tego małżeństwa, ta córka potem wyszła za mąż, potem rozwiodła się bo to była taka panienka z pretensjami do świata - ona wszystko miała a do męża z lekceważeniem: "a ty kim w ogóle jesteś?" Ta dziewczyna uzależniła się potem od narkotyków i wszystko przepuściła. I tak ostatecznie trafiła do mnie.

A skoro już tak wiele mówiliśmy o tradycji chrześcijańskiej to dodam, że tam mówi się, że w świecie materialnym trzeba w jakiś sposób działać. I powiada się tam, że kobieta jest jak nóż - jak ostrze noża, a mężczyzna jak rękojeść tego noża. Żeby Bóg mógł chwycić za tę rękojeść. A kobieta ma o wiele większy wpływ na ten świat. I to nie jest powiedziane ot - tak sobie.

 Wszystko zależy od kobiety, ponieważ emocje łączą duszę z tym światem a emocje kobiety są o wiele silniejsze niż mężczyzny. I dlatego gdy widzimy mężczyzn, którzy odnoszą tak wielkie sukcesy, to oni zawsze mają gdzieś za plecami jakąś silną kobietę - zawsze za takimi stoi silna kobieta. Mężczyzna sam z siebie nie jest w stanie osiągnąć czegoś w większej skali. zawsze za takim jest albo żona, albo matka. Jeśli to jest kochanka, siostra lub córka to takiego efektu nie będzie.

  Taka właśnie jest dola kobiety. To jest dola kobiety. Najbardziej znani mężczyźni to królowie - prawda? Królem może zostać tylko taki mężczyzna, który ma za sobą taką kobietę - to jest taki rodzaj więzi małżeńskiej gdzie żona nie ma żadnego życia towarzyskiego. Ona - jak to się mówi - nigdzie nie wyrobiła sobie nazwiska. Ona cała kręci się tylko wokół niego - taka jest jej żeńska dola. Całe jej istnienie wokół niego - ona przyszywa mu guziki, ugotuje barszcz albo cokolwiek - jeśli on jest na przykład witarianinem, nieważne. 

Ona troszczy się o ten jego cielesny wehikuł a potem on odnosi sukces. Ona go kocha - wtedy go kule nie dosięgają, miecz też go nie jest w stanie zranić.

  Była nawet taka historia. Kiedyś żyła kobieta bardzo oddana swojemu mężowi, a jej mąż był demonem. I nie byle jakim demonem, ale bardzo poważnym demonem. I nic nie mogli mu zrobić. Bo każda kobieta ma taką mistyczną moc - jeśli ona kocha swojego męża, to on jest niezniszczalny. On jest wtedy nieśmiertelny.

 I wtedy uknuto cały spisek, aby odwrócić od niego jej uwagę. A potem on został ścięty - kiedyś obcięli mu głowę. To musiało się tam wydarzyć - sam Bóg zaczął w tym uczestniczyć, bo ten demon wywrócił cały wszechświat do góry nogami. 

  Taka oto jest żeńska dola - taka jest moc kobiety, ogromna moc kobiety. A kiedy używa się tej nazwy "żeńska dola" to powszechnie ludzie mają na myśli los kobiety - jej przeznaczenie. Mówi się, że do zadań mężczyzny należy to i tamto a ona powinna zajmować się drobiazgami.

Ale wyjście za mąż i posiadanie dzieci, to najwspanialsze przeznaczenie kobiety. Słynny wers ze Sri Upaniszad powiada: "rozkoszuj się swoim przeznaczeniem, nie naruszając czyjegoś" - taka kobieta będzie miała wszystko.  Lecz jeśli ona nie ma męża i brak jest w jej w pobliżu młodszego pokolenia, które ona sprowadziła na ten świat to nie będzie miała takiego szczęścia.    Mężczyzna może mieć to szczęście ponieważ on ma inne przeznaczenie gdzieś tam w świecie zewnętrznym -  ale kobieta ma takie przeznaczenie, taki los. Ale to dla niej przyjemność.

 I była nawet taka kobieta, która prawdopodobnie dobrze znała swoją żeńską dolę, swoje żeńskie przeznaczenie. Ona po prostu nie mogła wyjść za mąż. Miała tam jakiegoś swojego księcia i prawie już wysłali tam swatów i tak dalej.  A wtedy były takie poważne zasady, że jeśli mężczyzna dotknął ramienia kobiety, to musiał się z nią ożenić. A dzisiaj możesz całować się ile chcesz i co chcesz, a małżeństwo nie jest konieczne. Ale wtedy panowały wyższe zasady etyczne.

No i przygotowywano ich do małżeństwa - oni nawet się jeszcze nie widzieli. Aż tu nagle zobaczył ją kiedyś król z sąsiedniego królestwa i powiedział: „Och, chciałbym mieć taka żonę”. A wtedy najmężniejszy z wojowników Bhisma powiedział: "nie ma sprawy!" Pojechał tam - zabrał ją, a jemu nikt nie był w stanie się sprzeciwić. Przywiózł ją temu królowi a ona mówi: "ja mam narzeczonego". Ten mówi: "czemu wcześniej nic nie powiedziałaś?" Odwieź ją z powrotem do niego.

Ten jej narzeczony powiedział: "a to co? Gdzieś ciebie tam wywieźli - nie tylko ramienia dotknęli ale nieśli cię na rękach i obejmowali. Ja też odmawiam".  

  No i ona zwraca się do tego, który ją tak woził tam i z powrotem: "to twoja wina. Teraz ty mnie weź za mąż, bo nikt mnie już tu nie poślubi. W końcu to była twoja inicjatywa". A on mówi: „A ja żyję w celibacie, już dałem taką przysięgę”.   A ona na to mówi: „Bądź przeklęty! sprawię, że umrzesz”. On mówi: „Jestem nieśmiertelny”. A ona tak się rozzłościła, że uczyniła go śmiertelnikiem. I podczas bitwy pod Kurukszetrą ona go osobiście zabiła.

 Ta opowieść potwierdza, że żeńską dolą jest wyjść za mąż. A teraz mówią, że nie trzeba wychodzić za mąż. Po co w ogóle wychodzić za mąż? Jesteśmy przecież wolnymi ludźmi, kobiety i mężczyźni.  Ale tak nie jest - ta żeńska dola jest bardzo ważna. To przeznaczenie kobiety.

 A Braphupada powiedział, że każda kobieta obowiązkowo musi wyjść za mąż - niektórzy się z tego śmieją. Natomiast nie każdy mężczyzna powinien się żenić, mężczyzna musi zwrócić się do Boga - dążyć do niego.

No i ludzie go wtedy zapytali: „Ale jak to jest?”. On mówi: „Cóż, to właściwie jedyna sprzeczność, jaka jest w Wedach. Wszystko inne się zgadza." [śmiech] 

No cóż, właściwie to nie do końca tak jest. Mówią, że człowiek żyje sobie do około 60. roku życia czy coś około tego, a potem staje się  Vāna-prastha czyli tym, który odszedł do lasu. On ma dzieci i to wszystko inne, a potem idzie do lasu.  

Ale oczywiście do lasu idzie, kiedy ma pewność, że może zostawić żonę pod opieką dorosłych synów. I kiedy nie był już tam potrzebny - kiedy zaczynał podupadać na zdrowiu, to szedł do lasu i poświęcał go Bogu. Tam stawał się sannjasinem, czyli mędrcem, i wszyscy do niego przychodzili. 

Ale nie każdy tak czynił. Starość przychodzi do wszystkich, ale nie do każdego przychodzi ona z mądrością.  Ci, którzy nie byli mędrcami oczywiście nie chodzili do lasu lecz zostawali gdzieś tu na miejscu.

Oczywiście są tutaj wyjątki. Są takie święte kobiety, które nie chcą wychodzić za mąż. Takie do końca życia pozostają dziewicami - tak jest we wszystkich tradycjach, w chrześcijańskiej powiadają: "moim mężem jest Jezus Chrystus i reszta może spokojnie czekać.  Było kilka takich przypadków - ale ogólnie to bardzo poważne wyjątki. To nazywa się Vicambara. Vicambora to niematerialna koncepcja ciała. 

A to dlatego, że istnieją duchowe zasady życia, albo też inaczej ludzkie i istnieją zwierzęce zasady życia. A bez zwierzęcych zasad życia po prostu nie możemy przetrwać. Seks, Obrona, jedzenie i sen. No spróbuj, nie jeść. Czyli, że musisz jeść, musisz być bezpieczny. Jeśli nie jesteś bezpieczny,  to nie potrzebujesz jedzenia. Jedzenie, sen – jeśli się nie wyśpisz, to umrzesz szybciej niż gdybyś nie jadł. A kontynuacja rodu czyli prokreacja jest koniecznością. 

 Budda powiadał, że gdyby u człowieka istniało jeszcze jedno tak silne pragnienie jak pociąg seksualny to nie mielibyśmy żadnych szans na wyjście z cyklu wcieleń - na ucieczkę z kręgu Samsary. 

 To bardzo poważna sprawa. Dlatego kiedy nadejdzie czas, oni zobaczą się, Bóg powie: „Ty należysz do niej, a ty jesteś jego”. To wszystko. I nie ma w tym żadnego grzechu. I proszę bardzo, idźcie do swoich duchowych praktyk, a wtedy we dwoje będziecie mogli czynić, co tylko chcecie.  

 Powiada się, że stają się jednym ciałem. Ale jeśli nie jest to jedno ciało, to wtedy już jest cudzołóstwo. Wtedy jest problem. Zatem  przeznaczeniem kobiety jest prawidłowo wyjść za mąż - a więc z miłości. 

 Czyli, że najpierw jest pieczęć Boga czyli miłość. Potem pieczęć krewnych czyli błogosławieństwo. Potem pieczęć państwa – na przykład Urzedu Stanu Cywilnego. Potem pieczęć jakiegoś lokalnego kościoła, który jest również duchowym egregorem. A potem nie ma grzechu. Wtedy z dolą kobiety wszystko jest w porządku. 

 Więc jeśli brakuje którychś z tych pieczęci, ale najważniejsza pieczęć jest od Boga. Jeśli pieczęć jest od Boga, czyli silna miłość, a nie jesteśmy ateistami, jeśli czynimy wszystko zgodnie z naszym sumieniem, to ta pieczęć nie zostanie wymazana - wtedy cała resztę można sobie darować.

 Lecz jeśli jest tak, że siebie wzajemnie kochamy, ale otoczenie trzymamy na dystans to coś jest nie tak - bo

gdy pojawia się miłość, to ona rodzi szlachetność. Wtedy zaczynamy traktować wszystkich jednakowo. Zakochany człowiek jest praktycznie świętym.  

 A w jaki sposób tracimy tę miłość? Tak w ogóle to jest bonus - to nie jest nasza zasługa. Dano nam popróbować jak to jest, a potem minęły trzy miesiące i zaczęło być jakoś zwyczajnie - to zupełnie niepojęte w jaki sposób ale wszystko stało się zwyczajne.

 A to dlatego, że my dla siebie tylko samo dobre a jednemu czy drugiemu sąsiadowi mówimy:  odejdź, poczekaj... A skoro zrobiliśmy tam coś niegrzecznego, to ta poprzeczka, ten poziom między nami opada.   

Lecz jeśli traktujemy wszystkich dobrze, to ten poziom (poprzeczka) naszego uczucia nigdy nie spada. 

  A wtedy z żeńską dolą wszystko jest jak trzeba.  I nie ma potrzeby szukać nigdzie mistycyzmu, bo kiedy ona jego kocha, to on jest nietykalny. A kiedy on ją kocha, to spełnia wszystkie jej życzenia - po prostu wysłuchując jej. Ale on musi szczerze jej słuchać a nie tylko udawać, że tak czyni myśląc sobie: "ojej - kiedy ona wreszcie przestanie paplać". 

On musi wysłuchać jej uważnie, ona wyrzuca z siebie to i tamto - on poddaje to ocenie, że to jakieś głupstwo a ta inna rzecz naprawdę by się przydała ale brak nam na to pieniędzy. A wtedy w jakiś niepojęty sposób wszystko to się materializuje.

Na zakończenie dodam, że istnieje siedem najskuteczniejszych ćwiczeń jogi. A najpotężniejsze jest siódme, czyli oddech serca. Szczerze mówiąc, nie wiem, co to jest. Oddech serca. 

Jogini są absolutnie niesamowici! Weźmy na przykład to ćwiczenie - pozycja lwa. No stań tak w pozie lotosu do góry nogami. To jest pozycja lwa. I nadal w tej pozie musisz jakoś oddychać.  Nawet powitanie słońca nie każdy jest w stanie prawidłowo wykonać - nie każdy jest w stanie przyjąć tę pozycję i wykonać to ćwiczenie. 

Dlatego twierdzi się, że oddech serca jest najsilniejszy. Ale kiedy małżonkowie się kochają i nigdy się nie pokłócili, to jest to potężniejsze niż oddech serca. Z punktu widzenia Boga tacy małżonkowie są bardziej joginami niż ci jogini śpiący na gwoździach. Tak więc w małżeństwie żeńska dola (męska zresztą również) jest realizowana w pełni.

 

niedziela, 27 września 2026

Moc milczenia - Wiktor Sawieliew

 oryginał jest tu: https://www.youtube.com/watch?v=7RyrgayVEiE

Witajcie ludzie, co dzisiaj robimy? Odpowiadamy na pytania. Jaki jest nasz temat? Tematem jest milczenie. Aha - wiele źródeł potwierdza, że milczenie jest siłą. Mówi się o tym we wielu źródłach - zarówno społecznych, wedyjskich jak i w literaturze. Był taki film, który lubiłem go oglądać, „Fighter”,  wojownik - to było anime. I jest tam taki facet, który pyta: "w czym tkwi jego siła?" I pada odpowiedź - w milczeniu. 

 A te ludowe przysłowia mówią, że milczenie jest złotem. Czym zatem jest to milczenie? No cóż, prawdopodobnie milczenie nie polega na tym, żeby nic nie mówić, nie na tym, żeby być głuchym i niemym. W jakiś sposób się przecież komunikujemy, myślimy, w jakiś sposób coś z nas wychodzi.  

 Po prostu chodzi o to, żeby nie mówić za dużo, bo jeśli odetniemy się od całej tej paplaniny i zostawimy tylko to, co potrzebne, to naprawdę będzie to złoto. To tak samo jak oczyszcza się z odpadów złoto, oczyszcza się je ze wszystkiego co zbędne.  My chcemy uzyskać to co najlepsze i wydobywamy ziarno czegoś dobrego. I trzeba to jeszcze wcielić w życie. 

Była dawno temu taka opowieść dla dzieci, to chyba nosiło tytuł "12 miesięcy" - tam macocha posłała dziecko po przebiśniegi no i ta pasierbica poszła jej zbierać.  Chciała, żeby wyglądało, że nazbierała bardzo dużo tych przebiśniegów - wzięła więc duży kosz, na spód nakładła ziemi i tyle przebiśniegów, żeby było je bardziej widać. Krótko mówiąc, na przykładzie tych przebiśniegów widać, że są te główne sprawy o które tak naprawdę chodzi i są też jakieś dopełniające dodatki, które tak naprawdę są zupełnie zbędne.

 To znaczy, istnieje psychologia i metafizyka mowy. Wiele się o tym mówi. Psychologowie mówią o tym bez końca. Metafizycy mówią: „Och, to bardzo poważna sprawa". Jeśli wymyśliłeś sobie jakieś plany i zacząłeś się nimi chwalić, opowiadając o nich wszystkim: »Słuchajcie, mam takie plany! - no dalej, dajcie mi sponsorów, dajcie mi sojuszników«, to wtedy nic z tego nie wyjdzie, bo przedwcześnie rozpraszasz energię - a to na tym etapie powinno pozostać tajemnicą.

To tak jak kiełek, który dopiero co przebił się przez asfalt i powoli się "rozpakowuje" - ujawnia i zupełnie nie wiadomo, co z niego wyrośnie. Tu potrzebna jest cisza i oczekiwanie. 

Ta zasada dotyczy nawet jakichś mniejszych spraw. Już nie pamiętam kto to powiedział, że zaczynasz rozumieć od czego zaczynać dane dzieło dopiero wtedy gdy je kończysz.

 Dlaczego? A nawiasem mówiąc jest to najlepszy wariant. Kiedy zaczynasz coś czynić, to ty i twój zespół wpadacie na pomysły dotyczące tego tematu - tego jak to powinno być zrobione, a to  znaczy, że Bóg jest z wami i jesteście tym zainteresowani. To jest wtedy ciekawe. Tworzysz coś w rodzaju odkrycia.

 Lecz jeśli po prostu wszystko zaprojektowałeś to potem twoje ręce pracują, sprawdzając rysunki to możesz popełnić błąd. A jeśli Bóg uczestniczy w procesie i bezpośrednio tworzycie to mówią ci wprost: „wykonaj to tak, ma mieć tyle centymetrów" - a według rysunków możesz się pomylić, i na przykład źle to zmierzyć.

   Cóż, w zasadzie to jest nudne. Głowa jest bezczynna a ona nie chce być bezczynna. Ona wtedy zaczyna robić coś innego i wtedy sama praca po prostu zaczyna stawać się ciężarem. Dlatego lepiej myśleć, czuć i działać jednocześnie. Wtedy pojawia się to całe piękno. Wtedy jesteś tu i teraz. 

 Ale jeśli działasz według schematu to twoje zmysły są gdzieś tam, twoje myśli są jeszcze gdzie indziej, a ty działasz tutaj. W zasadzie jesteś martwy. Tylko twoje ciało jest tu na miejscu.

  Cóż, trupy, zazwyczaj nie osiągają świetlanej przyszłości, one nigdzie się nie przemieszczają. Wszystkie nasze ciała muszą być na miejscu. I dlatego nie ma potrzeby opowiadać tego wszystkiego przed czasem. To nie będzie interesujące. 

Kiedyś miałem takie doświadczenie,  poprosiłem Boga, aby wiedzieć dosłownie wszystko. I wtedy pojawia się taka depresja - no bo po co żyć, skoro wiem, co się stanie jutro, albo pojutrze? Zainteresowanie życiem znika.  

 Albo byłem na takich kursach i tam uczyli nas pracy z wahadełkiem albo różdżką - to chyba powszechnie znane rzeczy. A ja w tamtym czasie byłem sztygarem torowym - i to takim bardzo wykwalifikowanym - teraz wam się chwalę - takim brygadzistą torowym, a ta moja funkcja powodowała, że co trzeci tydzień (a czasem częściej) miałem dyżur całodobowy. To była stacja kolejowa Zaporoże 2. Jak działo się coś złego to wtedy dzwonili do mnie i jechałem do naprawy jako specjalista. Zdarzało się, że trzeba dokręcić jakąś śrubę - zdarzyło się kiedyś, że lokomotywa się wykoleiła i podobne rzeczy.

  I tak pewnego dnia myślę sobie: Ciekawe, czy pozwolą mi dziś pospać, czy nie? A ja właśnie przyszedłem wtedy z kursu, gdzie uczyli nas o wahadłach. Pytam więc wahadło: „Czy zadzwonią do mnie dziś wieczorem, czy nie?”. A ono odpowiada: „Zadzwonią". ja myślę sobie: "o kurczę".

Jak wiecie wahadło nie odpowiada szczegółowymi zdaniami, nie mówi jak kiedy i po co. Mówi tylko tak i nie”. Pytam więc dalej: „Czy zadzwonią do mnie w pierwszej połowie nocy, czy po północy?”. A ono odpowiada: „W drugiej połowie", czyli po godzinie pierwszej. 

 Więc przez jakieś około 20 minut zadawałem kolejne pytania. I doszedłem do wniosku, że zadzwonią do mnie o 3:30, i że na północnym zwężeniu torów zaświeci się strzałka ostrzegawcza, że będzie jakieś zwarcie w instalacji, coś zniknie - a to oznacza, że ​​strzałki nie da się regulować z panelu sterowania. 

Wtedy na konsoli dyspozytora wyświetla się jakby tam stała jakaś lokomotywa. Więc muszę przyjść, a przy tym przełączniku jest tak wiele przyczyn awarii.

 W każdym łączu jest możliwe minimum 15 przyczyn takiej usterki. Na każdej śrubie jest tulejka albo dwie - mówiąc w skrócie może być bardzo wiele powodów. A poza tym za pomocą wahadła obliczyłem, że przy takim a takim przełączniku, w takiej a takiej szyjce, o takiej a takiej porze nastąpi awaria, a winowajcą będzie zepsuta tulejka. To znaczy, że zaczep ocierał się - przetarło przewód  zaczął on dotykać obudowy. To powinno być zaizolowane, a przełącznik pokazuje fałszywe zajęcie toru.

No i kiedy mnie wtedy obudzili, to idąc tam nagle sobie przypomniałem to moje badanie. Idę więc tam, mówię dyspozytorowi przez głośnik: „Dobra, niech nikt tu nie wjeżdża, ja tu pracuję”. Odkręcam tę śrubę i od razu widzę jaka jest przyczyna. Natychmiastowe znalezienie tego typu usterki - a do tego w ciągu nocy jest praktycznie niemożliwe. Ale ja wiedziałem gdzie szukać - zamieniłem przewód, dałem sygnał, że wszystko w porządku i że tor wolny.

 Wracając do domu zdałem sobie sprawę, że otrzymałem tę informację zanim to zdarzenie w ogóle się wydarzyło. Ja to wiedziałem już 8 godzin przed awarią.

To znaczy, że przyszłość jest znana, a jeśli będę wiedzieć wszystko, to jak mam żyć? Po co wtedy w ogóle żyć? I czułem się tak źle, że nic nie przynosiło mi radości. Chociaż wcześniej byłem najszczęśliwszym człowiekiem. Po prostu poznawałem świat i nie mogłem go poznać. A tutaj wszystko dokładnie wiesz naprzód. 

 A potem mój nauczyciel Anatolij Antonowicz, który uczył mnie tej całej magii powiedział: „Przez miesiąc nie bierz do ręki ani wahadła ani różdżki bo zwariujesz”. Może to miało być dłużej niż miesiąc - już dziś nie pamiętam.

 Dlatego nasze plany się rozpadają. Dlaczego? Bo musimy być zainteresowani. 

Jeśli się nie rozlecą, nie będzie ciekawie, nie będziemy uczyć się praw tego świata. Po co nam wtedy Bóg? W końcu my sami nie będziemy sobie potrzebni.

 I ta nasza paplanina zagłusza - bo ta moc ciszy, polega na tym, że kiedy cichniemy to zaczyna mówić Bóg, a my się uczymy, uczymy się i wtedy jest ciekawie, budzi się nasze zainteresowanie. A wiecie,że ci, którzy dużo mówią, nic nie wiedzą. I wydaje się, że są takimi erudytami, że wiedzą wszystko, ale życie ich nie interesuje. Nie ma w nich ciepła, ich serca nie są takie gorące.

  Jezus mówił o takich, że to infekcja, zaraza - że to straszna rzecz. Ten zakwas faryzeuszy jest najgorszą rzeczą. Oni wiedzą to wszystko. Ale przecież jak można poznać Boga i jak można poznać Jego stworzenie? Ono też się zmienia. Bóg mówi: „Ja wszystko tworzę, tworzę tylko nowe rzeczy”. 

  I w tej ciszy, pozwól na to, żeby Bóg coś powiedział. Przecież jeśli człowiek nie milczy, jeśli ciągle myśli, rozmyśla, co, kiedy, dlaczego? To jest właśnie skutek tego związku przyczynowo-skutkowego, związku przeszłości z przyszłością. Przeszłości już nie ma, ona jest już martwa, przyszłość jeszcze się nie narodziła, ale ty łączysz je, wszystko iskrzy, skrzypi i wtedy otrzymujesz karmę. 

A Bóg milczy w tym czasie. On jest w teraźniejszości w tym czasie. Ale możesz przez chwilę milczeć, zatrzymać swoje myśli, obserwować, albo porozmawiać z Nim a wtedy świat po prostu ożyje. 

W przeciwnym razie świat jest po prostu martwy. Związek przyczynowo-skutkowy jest jak kalkulator. To wszystko jest znane i nie jest nieciekawe. Ale z Bogiem nic nie jest znane. Dlatego powszechnie nazywa się to cudem. Zatem ta moc ciszy, to jest właśnie to, czego nam potrzeba. 

 Był taki święty - jak on tam się nazywał  Jagannātha Dāsa Bābājī; (Dżaganat Dasa Babadżi). Żył 144 lata, wyobrażacie sobie? A pod koniec życia nie mógł chodzić, był już inwalidą ale miał bardzo silnego ucznia, który nosił go w koszu na plecach.

 I siedział tak w tym koszu, tam go karmili, ale sam już nie wychodził - czasem wysadzali go gdy miał potrzebę. Uczniowie opiekowali się nim. Ale kiedy wszyscy się zbierali i śpiewali Hare Kryszna to wyskakiwał i skakał wyżej niż wszyscy inni. Cóż, był takim symulantem. 

I pewnego dnia, ten Jagannātha Dāsa Bābājī; (Dżaganat Dasa Babadżi) powiedział swojemu uczniowi: „Dobrze, nie zawracaj mi więcej głowy pytaniami. ja teraz przez około rok będę praktykował ascezę milczenia”. Taka przysięga milczenia nazywa się "maunya". Uczeń przez bardzo długi czas był posłuszny temu zaleceniu, ale kiedyś zadał znów jakieś pytanie. Ten guru Babadżi się wtedy zdenerwował i nakrzyczał na ucznia przerywając ten swój post milczenia. A potem powiedział: "przez ciebie teraz będę musiał zacząć wszystko od nowa". Czyli cały ten prawie roczny cykl przysięgi milczenia musiał powtarzać. taka oto ciekawa opowieść. 

 A po co ci święci ludzie składają takie przysięgi milczenia? Prawdopodobnie to jest coś w rodzaju postu. Czynić post to nie chodzi tylko o rezygnację z jedzenia. To oznacza: nie oglądać seriali, nie czynić nic zbędnego, ale najważniejsze nie mówić za dużo, bo "pralāpa" -to takie okropne słowo, to jest właśnie ta paplanina, pustosłowie, wulgarny język i po prostu gadatliwość. To jest zbędne. Trzeba mówić tylko do rzeczy. 

A kiedy wygadaliśmy się innym o naszych planach, to po prostu spalamy tę subtelną energię niezbędną do ich realizacji ponieważ rozmawiamy, opowiadamy o szczegółach - a Bóg wtedy mówi: „oni sobie tu beze mnie dają radę" - i odchodzi. 

A bez Boga nic nam się nie udaje w maksymalnej skali - a w minimalnej mamy co najwyżej jakiś rodzaj przeciętności. Tak więc trzeba się nauczyć zachowywać milczenie aż do uzyskania rezultatu. Nie przechwalaj się i nie popisuj.

Proszę bardzo - taki oto dzisiejszy temat. Moc milczenia. W ciszy tkwi moc. Dziękuję za uwagę.

 

czwartek, 24 września 2026

Pospieszny osąd - Wiktor Sawieliew

 oryginał: https://www.youtube.com/watch?v=UKZDrk3GHsw

Witajcie ludzie, 

Odpowiadamy na pytania. Przyjrzyjmy się jaki jest nasz dzisiejszy temat?  Temat dotyczy sytuacji, kiedy zbyt szybko oceniamy, jest o tym jak pierwsze wrażenie może nas zwieść.  Można powiedzieć, że kiedy zbyt szybko wydajemy osąd albo kiedy nadmiernie osądzamy. Zależy na co w tym pytaniu postawić akcent - ja rozpatrzę oba przypadki.

Tak więc często mówimy o ludziach, że pierwsze wrażenie jest najprawdziwsze.  Zgadzacie się ze mną prawda? Zgadzacie się. 

 Ale kiedy my w ogóle oceniamy czy osądzamy?  Kiedy wszystko jest z nami w porządku to nasz osąd jest nawet w pozytywnym sensie. 

 Ale kiedy jesteśmy w lekko kiepskim stanie, kiedy nasze fałszywe ego zaczyna się buntować - nie wtedy, gdy włada dusza i jesteśmy w jakimś zwyczajnym stanie lecz, gdy dominuje egoizm - wtedy zaczynamy osądzać. Osądzanie nie oznacza, że ​​jesteś jakiś taki zły, albo, że jesteś taki dobry, no i w ten sposób wydajemy jakiś osąd.

 I zazwyczaj tak się dzieje, gdy istnieje jakiś kontrast - kiedy osądzamy kogoś to nie szukamy równowagi, - o! ten jest taki dobry, i tylko skrzydeł mu brakuje żeby był jak anioł. A potem ten sam już się nie podoba. Tak bywa. 

A ludzi osądzamy na podstawie jakichś tam pojedynczych czynów czy pojedynczych słów. Nie widzimy całego obrazu, a więc nasze wnioski są takie krótkoterminowe.

Na przykład, jeśli ktoś kiedyś odpowiedział ci w określony sposób - czegoś ci nagle odmówił lub zachował się w określony sposób - nie w taki jak oczekiwaliśmy i o jakim marzyliśmy, to łatwo przyklejamy mu jakąś etykietkę i zaczynamy postrzegać tego kogoś i wszystkie jego dalsze działania, poprzez tę nadaną mu etykietę.  

Ale ten ktoś już nie jest w takim nastroju jak go pierwszy raz poznaliśmy. Może był w jakimś zmienionym stanie, może coś mu się wtedy przytrafiło - coś mogło się wydarzyć w rodzinie. A tak przy okazji, w rodzinie to jest szczególnie niebezpieczne - w życiu rodzinnym szczególnie. 

 Możemy latami pielęgnować stare urazy i patrzeć na ukochanego człowieka przez pryzmat tej przeszłości powtarzając: "on zawsze jest taki". Dlaczego to jest niebezpieczne w rodzinie? Bo jak to mówią rodzina to źródło miłości, a miłość to kiedy wszystko jest nowe, nowe, wciąż nowe - nie można dwa razy wejść w tej samej rzeki, poznajesz go każdego dnia poznając go coraz lepiej. Ale kiedy nakładam na człowieka własny stereotyp - to, że "on jest taki przez całe życie" to wtedy zmieniam człowieka w martwy mebel. Powtarzam już wtedy: "znam go jak zły szeląg. Ona też mnie też zna jak zły szeląg - zna mnie na wskroś".

  I chodzą sobie takie dwa meble po domu, rozumiecie? Co to za miłość? Miłość to wzmożone zainteresowanie. Skoncentrowane zainteresowanie. A co to za miłość, jeśli wiem o nim wszystko? 

Tak naprawdę to wcale nie wiem wszystkiego o niej albo o nim. Po prostu już sobie nakreśliliśmy, co według nas przedstawia sobą ten człowiek. A jeśli pojawi się coś nowego, to po prostu tego nie dostrzegamy. No co tam się może pojawić nowego? 

To koniec, miłość się skończyła. Dlatego jest to szczególnie niebezpieczne w rodzinie. Możemy pamiętać jakąś urazę przez lata - tam już wszystko się zmieniło, to już jest zupełnie inny człowiek - a nam się wydaje, że nie warto od niego już niczego innego oczekiwać.

Myślimy w ten sposób, ale on jest już innym człowiekiem. I wtedy zaczynają się wszystkie te złe rozstania. 

 Cóż, wtedy stopniowo przestajemy zauważać zmiany, które zachodzą w tym człowieku, przestajemy zauważać dobre uczynki, szczere intencje. Po prostu przestajemy zauważać, bo pamiętamy tylko to, co złe. Dlaczego? Czy dlatego, że jesteśmy tacy zepsuci? Nie, bo to, co złe, jest stresujące. Bo złe rzeczy wymagają jakiejś natychmiastowej korekty. A spróbuj poprawić kogoś bliskiego - to nie jest takie proste.  

 A nasze własne osądy, mogą stać się murem między ludźmi. Czasami nie spieramy się nawet z tym, co dany człowiek naprawdę powiedział lub zrobił, lecz z tym co o nim myślimy, spieramy się z naszą własną opinią. On już od dawna taki nie jest.

 Dlaczego tak łatwo nam jest wydać o kimś ostateczny osąd? Dlaczego tak trudno nam przemyśleć naszą opinię? I jak więc nauczyć się zrobić we własnej głowie miejsce na inne wyjaśnienie jego działań, zanim wyciągniemy pochopne wnioski?

 Jedna z wielu ksiąg Mahabharaty nosi nazwę Vana Parva, tam jest opisane jak Ardżuna, poszedł praktykować ascezę, żeby zdobyć potężną broń. 

 A broń zazwyczaj rozdaje Śiwa - to on jest takim wojownikiem. Niełatwo się do niego zbliżyć. I Śiwa postanowił  Ardżunę przetestować - czy dać mu tę broń, czy nie. I pojawił się przed Ardżuną w przebraniu górskiego myśliwego - zwykłego człowieka, górskiego strzelca i myśliwego. Z jednej strony wyborowy strzelec Ardżuna a z drugiej jakiś górski myśliwy. 

A w tym czasie żył taki demon, Nuka. On przybrał postać dzika i zaczął atakować Ardżunę. A potem obaj podnieśli te strzały i wystrzelili je w dzika. Zarówno Śiwa, jak i Ardżuna trafili jednocześnie i wdali się w jakąś kłótnię: „Czyja to w ogóle jest zdobycz? Kto trafił pierwszy?" Jak można to stwierdzić? Przecież żaden z nich nie patrzył na drugiego”. 

I  Ardżuna oczywiście był przekonany, że tu jakiś nieznany myśliwy a on sam jest przecież księciem: "A ty co w ogóle robisz? Powinieneś był się odsunąć i przyglądać się, jak tak dobrze strzelam. Przecież jestem najlepszym łucznikiem". On naprawdę był najlepszym łucznikiem. 

 I tak między nimi zaczęła się ta kłótnia o to, czyja to jest zdobycz. Ardżuna, nie zdawał sobie sprawy kto był przed nim, bo nie wiedział, że to sam Śiwa.  A w księdze Śrimatbhagat jest powiedziane, że Śiwa to Najwyższa Osobowość Boga. Oczywiście nie ze wszystkimi religiami to w pewnym sensie koreluje ale Śrimatbhagat to święte pismo.

 Jest tam opisane, kiedy Śiwa wypił truciznę halahala, kiedy cały wszechświat był wypełniony trucizną, on wypił ją i w ten sposób uratował wszechświat. To właśnie jest tam powiedziane, że jest on: „Najwyższą Osobowością Boga" - ani Wisznu, ani nikt inny nie był w stanie tego uczynić, a  Śiwa poszedł i to wykonał. I to właśnie z tym Śiwą ma do czynienia nasz strzelec Ardżuna. 

A kiedy wyniknął ten spór między nimi to zaczęli walczyć, a gdy zaczęli walczyć to Ardżuna spojrzał na tego myśliwego którego widział pierwszy raz w życiu. Znał przecież wszystkich tych siłaczy w okolicy, ale ten się nie poddaje. Walczy z nim i zdaje sobie sprawę, że ma do czynienia z bardzo dziwnym przeciwnikiem i nie dawał mu rady. 

 I w końcu zwrócił się do niego z szacunkiem mówiąc: „Słuchaj, skąd się wziąłeś, taki silny? Ktoś ty taki? Nie wiem kim jesteś, ale szanuję cię, bo myślałem, że cię bardzo szybko pokonam”.  I wtedy Shiva ujawnił swoją prawdziwą naturę, pokazał swoją prawdziwą postać.

No cóż, to jest taka opowieść o tym, że nie doceniamy wroga. Ardżuna myślał, że to jakiś tam myśliwy a ten okazał się samym bogiem. Wniosek jest taki, że pierwsze wrażenie może być mylące. 

Ja na przykładzie mojego życia mogę powiedzieć, że przytrafiło mi się wiele rewolucji i wiele wojen i w bardzo wielu przypadkach moi najwięksi wrogowie są teraz moimi przyjaciółmi, ponieważ zachowali się z godnością podczas dosłownie śmiertelnej walki. Byliśmy gotowi zniszczyć się nawzajem. 

Natomiast okazało się że ci, którzy według pierwszego wrażenia, na pierwszy rzut oka byli dla mnie przyjaciółmi

 okazali trochę tchórzostwa i odeszli. Teraz nawet nie wiem, gdzie są i co robią. Po prostu zniknęli. A  ci moi wielcy wrogowie, są teraz moimi wspaniałymi przyjaciółmi i utrzymujemy ze sobą kontakt, czasami przeprowadzamy wspólne rozmowy przez komunikator Zoom. Taka jest moja rzeczywistość. Więc pierwsze wrażenie jest nie tylko zwodnicze, ale jest bardzo zwodnicze. 

Zatem wróćmy do tematu: "kiedy nadmiernie spieszymy się z osądem" - kiedy nie spieszymy się, a kiedy się spieszymy, jest różnica. Każdemu z nas przytrafiają się sytuacje kiedy pierwsze wrażenie okazuje się fałszywe -  kiedy od razu jesteśmy oczarowani danym człowiekiem, kiedy czujemy że ktoś nam schlebia.

 Albo na przykład narasta w nas antypatia kiedy kogoś o coś prosimy a on nam odmawia mówiąc: „Nie, wynoś się stąd, idź sobie, szukaj gdzie indziej”. A odpowiedź leży w mechanizmie naszego fałszywego ego. Dlaczego? Ponieważ gdy tylko jakieś zewnętrzne wydarzenie dotyka naszych głównych osobistych interesów, ambicji lub lęków, to ego włącza się z pełną mocą i pojawia się silne osobiste zainteresowanie. I od tego momentu tracimy obiektywizm. Przy czym nie ma znaczenia, czy sytuacja jest pozytywna, czy negatywna; jeśli ktoś na przykład wychodzi nam naprzeciw, to pojawia się silna radość. Jeśli ktoś nas wygania to pojawia się silne rozczarowanie. 

 W obu przypadkach w naszym wnętrzu rozpala się jakiś emocjonalny ogień i nie ma znaczenia czy jest on pozytywny, czy negatywny,. A kiedy nasze emocje są rozpalone to  nasze postrzeganie czasu zmienia się dramatycznie. W stanie tego intensywnego podniecenia zarówno radosnego, jak i złego, czas psychiczny człowieka zaczyna płynąć szybciej. A dlaczego? A z powodu tego złudnego przyspieszenia nasze decyzje również podejmujemy szybko, bo całe nasze życie zaczyna trochę przyspieszać. 

Psychologowie nazywają to takim pośpiesznym, pochopnym osądem.Po prostu nie ma ani fizycznie ani psychicznie czasu, aby poznać tego drugiego człowieka, obiektu czy jakiekolwiek okoliczności. Dla niego wszystko dzieje się szybko - trzeba podjąć decyzję a on jeszcze niczego nie rozgryzł i nie może dokładnie zrozumieć. 

Oceniamy jak wierzchołek góry lodowej, ignorując to, co kryje się pod wodą czyli we wnętrzu danego człowieka. Nie wiemy, co w nim siedzi. Nie ma czasu aby zjeść razem tę przysłowiową beczkę soli.

  A największym niebezpieczeństwem tych pochopnych wniosków jest to, że te emocje mają zdolność cementowania - zdolność utrwalania się, krzepnięcia ale przecież ten obraz, który ujrzeliśmy był postrzegany pochopnie. I takie żywe emocje w momencie spotkania, w pewnym sensie zalewają  fundament tej naszej relacji. I wtedy przez długi czas nic nie może zburzyć tego fundamentu. 

Dany człowiek już się dawno zmienił a u mnie stoi taka żelbetowa ściana na której wykute są reguły mówiące o tym jaki on jest, jak z nim rozmawiać, jak się wobec niego zachowywać, co on może zrobić, a czego nie jest w stanie. Ten beton twardnieje, a zmiana naszego zdania staje się niewiarygodnie trudna. To jest największe niebezpieczeństwo.  

Nawet jeśli ktoś się całkowicie zmienił i wszyscy mówią mi: „On się zmienił”. Ale ja w to nie wierzę. No cóż, psycholog pewnie powie: „To jest jakaś trauma”. Nie, tak po prostu działa kontinuum czaso - przestrzenne. Fałszywe ego przyspieszyło mój osobisty czas i w stanie tego stresu ja się w ten sposób broniłem. 

Podam tu taki przykład sytuacji: 

 powiedzmy, że młody przedsiębiorca szuka partnera biznesowego i podczas negocjacji przychodzi jakiś kandydat i mówi:

  „Tak, oczywiście - bardzo się cieszę, że cię poznałem. Tak, te pomysły, naprawdę rozgrzewają moją duszę, mogę wykonać to, i tamto, Wszystko to jest łatwe i proste”.  

 No i ten podejmuje decyzję o podpisaniu umowy, obaj obiecują sobie wzajemnie góry złota - a w tym czasie fałszywe ego się cieszy ze spotkania. Zaczyna się intensywna radość.  

I decyzja zapadła. A co się dzieje potem? Nikt nie sprawdza przeszłości kandydata, bo opowiadał takie zachwyty, wygłaszał takie pochwały. A potem okazuje się, że we wszystkim co obiecał, skłamał. A może nieco przesadził. Albo może tak o sobie myśli, ale w rzeczywistości nie dorasta do tego poziomu. 

 Ale ta radość się utrwaliła, nowy wspólnik popełnia błąd za błędem ale ten drugi mówi: „No cóż, dobra - później to poprawimy”. 

 I w rezultacie całe przedsiębiorstwo po prostu znika, gdzieś tam jest zmarnowany, a drugi wspólnik poprzez bezwładność, ufa mu z powodu pierwszego wrażenia. A potem, kiedy go wykorzystuje..... wszyscy mu mówią: „Spójrz, co on robi z twoim biznesem”. A on mówi: „Nie, nie, to dobry człowiek”. 

Zatem można się tak zafiksować podążając zarówno w złym jak i pozytywnym kierunku. Ale w interesach to nie prowadzi do pozytywnych owoców. 

 I odwrotny przykład, kiedy nowy pracownik przychodzi po raz pierwszy, nikt go nie zna oprócz kilku kolegów, i siada na krześle, wygląda na chorego, robi coś w godzinach pracy, i wszyscy myślą: „To jakiś nieciekawy gość, on nie chce się z nami przyjaźnić”. I potem okazuje się, że coś się stało w jego domu. Może ktoś tam umarł i tamtego dnia był w takim złym stanie.  

A potem jest życzliwy. I zaprzyjaźnił się z tymi, których tam nie było tego pierwszego dnia, kiedy on się pojawił - wszyscy oni byli z nim w dobrych relacjach, natomiast ci, którzy zobaczyli go tego pierwszego fatalnego dnia zaprogramowali się negatywnie i teraz tracą możliwość komunikowania się z w zasadzie normalnym człowiekiem. Oni nazwali go jakimś aroganckim egoistą i byli przekonani, że nie da się z nim wytrzymać.  

Tak więc, żeby nie stać się ofiarą własnego ego, trzeba wdrożyć coś co można nazwać emocjonalną kwarantanną. Trzeba sobie "dać na wstrzymanie", policzyć do dziesięciu - poczekać z wyciąganiem pochopnych decyzji.

 Jeśli czujesz burzliwe, intensywne podniecenie lub też jakiś rodzaj ostrego odrzucenia kogoś, to musisz powiedzieć: „stop, właśnie teraz budzi się we mnie to moje ego, jestem w odmiennym stanie świadomości”. 

Ta taka anty-duchowa praktyka. A kiedy emocje opadną to wtedy z chłodną głową - w stanie spokoju, ze spokojnym umysłem, można obiektywnie zrozumieć ludzi wokół nas. 

 Dziękuję za uwagę.  

wersja polska: https://www.youtube.com/watch?v=4ZlrPQ-5GN8