poniedziałek, 17 września 2018

Pola morficzne cz. 3

  Estera podpowiedziała film jaki wczoraj też wpadł mi w oko w podpowiedziach.
  Polecałem już kiedyś. Dzięki Esterze właśnie się zapoznałem z tą częścią 3 a która wczoraj jakoś ostatecznie umknęła uwadze ( życie w realu zagłusza - nie sposób wszystko "połapać" od razu. Mam wrażenie, że ta nasza życiowa karuzela nieustannie przyspiesza).

     Tak jak napisałem tam pod  wpisem Estery: ".... Niezwykle skondensowana pigułka. Do tego komentarze. Muszę ochłonąć. ........(....)..... Zapowiadana jest część 4. Kawał pracy! Kanał faktycznie wyróżnia się pośród innych - szerokie spojrzenie, ogromna wiedza. " .

   Wpis na blogu poczynić trzeba! Bald TV  wybija się niezwykle na youtube. Można w ciemno każdy publikowany materiał. 


Polecam przejrzeć komentarze - tam człowiek poleca taki materiał: https://www.youtube.com/watch?v=moDZpM-rvXI&t=8171s.
  Jeśli ktoś ma czas to może przejrzeć choć ciężkostrawne treści

EDUKACJA W ROSJI: WIDOK Z BOKU

 Już kiedyś chyba tłumaczyłem ten artykuł. Nie jestem pewien a nie chce mi się wertować bo nie wiem jaki mu nadałem tytuł (jeśli jest). Na pewno ja go już dawno temu czytałem a wraca on na rosyjskich stronach co jakiś czas.
Nawet jeśli go znacie to myślę, że warto powtórzyć:

 Źródło tłumaczenia: https://vk.com/life.move?w=wall-31239753_147827

  Historia amerykańskiej rodziny z dwójką dzieci mającą 9 lat i osiadłą w rosyjskiej wiosce.

 ."Osiedliśmy w cudownym miejscu. To jest wprost bajka. To prawda, że ​​sama wioska przypominała zaludniony punkt z filmu katastroficznego. Mój mąż powiedział, że tak jest prawie wszędzie i że nie należy tego brać pod uwagę - że tutejsi ludzie są dobrzy.

  Nie za bardzo w to uwierzyłam. A nasze bliźniaki były - tak mi się wydawało - trochę przestraszone. 

 Ostatecznie przeraziło mnie, że w pierwszym dniu szkoły, kiedy właśnie miałam jechać bliźniaków naszym samochodem  (szkoła była oddalona o około 1  milę) podwiózł ich prosto do domu nie jest całkiem trzeźwy człowiek w strasznym pół - pordzewiałym samochodzie terenowym , podobnym do starych Fordów. 
           Długo i rozwlekle się tłumaczył i przepraszał za coś, tłumaczył się jakimś świętem czy innymi uroczystościami, wylewnie wprost nie mógł się nachwalić naszych dzieci, przekazał pozdrowienia od kogoś i pojechał sobie.           Obruszyłam się na moje niewinne aniołki, szybko i z radością omawiające pierwszy dzień w szkole, zadałam konkretne pytanie: "Czy nie dość razy wam mówiłam, żeby nigdy nawet nie odważyli się zbliżyć do obcych? Jak mogli wsiąść do samochodu z tym mężczyzną?!" 
             W odpowiedzi usłyszałam, że to nie jest żaden obcy, a szef gospodarstwa szkolnego, który ma złote ręce, i że wszyscy bardzo go lubią, a jego żona pracuje jako kucharz w stołówce. Zamarłam z przerażenia. Dałam moje dzieci do jakiejś meliny!!! A tak ładnie wydawało się na pierwszy rzut oka ... Moja głowa zapełniła się wieloma opowieściami z prasy o panujących na rosyjskiej prowincji chorych i dzikich obyczajach ...... 

       .......Nie będę was dalej intrygować.
         Życie tutaj okazało się naprawdę cudowne, a szczególnie wspaniałe dla naszych dzieci (chociaż obawiam się, że dostałam dużo siwych włosów z powodu ich zachowania). Było mi niezwykle trudno przyzwyczaić się do myśli, że dziewięcioletnie letnie (a potem dziesięcio - i tak dalej...) moje dzieci według miejscowych zwyczajów są postrzegane jako bardzo samodzielne.
          Idą się bawić wraz z miejscowymi dziećmi na pięć, osiem, a nawet 10 godzin - dwie, trzy, pięć mil w las lub nad jakiś zupełnie dziki staw. Że wszyscy chodzą tutaj pieszo do szkoły i ze szkoły, a oni szybko zaczęli postępować samo - po prostu o tym już nie wspominam.

 Po drugie, tutaj dzieci są pod wieloma względami uważane za powszechne. Mogą na przykład odwiedzić całą ferajną kogokolwiek a następnie zjeść tam obiad - nie, że napić się czegoś albo zjeść kilka ciasteczek lecz zjeść porządny obiad, tak według rosyjskich obyczajów. Co więcej, każda kobieta w polu widzenia na którą trafiają, automatycznie bierze odpowiedzialność za cudze dzieci. Ja, na przykład, nauczyłam się tak czynić dopiero w trzecim roku naszego pobytu tutaj.

TU DZIECIOM NIGDY NIC SIĘ NIE PRZYTRAFIA.


Mam na myśli, że nie grozi im tu żadne niebezpieczeństwo ze strony ludzi - od nikogo. W dużych miastach, o ile mi wiadomo, sytuacja jest bardziej podobna do amerykańskiej, ale tutaj jest właśnie tak. Oczywiście, same dzieci mogą poczynić sobie wiele szkód i początkowo próbowałam to jakoś kontrolować, ale było to po prostu niemożliwe.

        
            Na początku byłam w szoku jak "bezduszni" są nasi sąsiedzi, którzy w odpowiedzi na pytanie o to, gdzie jest ich dziecko, całkiem spokojnie odpowiadali: " a biegają gdzieś tam -  przyjdą na obiad!" Boże, w Ameryce takie podejście grozi sądem! Minęło dużo czasu zanim zdałam sobie sprawę, że te kobiety są znacznie mądrzejsze ode mnie, a ich dzieci są znacznie bardziej przystosowane do życia niż moje, przynajmniej tak było na początku.

      My, Amerykanie jesteśmy dumni z naszych zasad i praktyczności. Ale żyjąc tutaj, uświadomiłam sobie ze smutkiem, że jest to słodkie samo -oszukiwanie. Może tak było kiedyś. Dzisiaj my - a zwłaszcza nasze dzieci - jesteśmy niewolnikami wygodnej klatki, w siatkę której podłączono prąd uniemożliwiający całkowicie normalny, swobodny rozwój człowieka w naszym społeczeństwie.


Jeśli Rosjanie w jakiś sposób oduczą się pić alkohol to bez trudu i bez jednego strzału podbiją cały współczesny świat. Oświadczam to z pełną odpowiedzialnością."