środa, 4 lutego 2015

Magiczne 10 minut

       Mój mąż jest zawsze delikatny, uważny, opiekuńczy i pełen galanterii.  Ani razu podczas naszego wspólnego życia nie słyszałam od niego szorstkich słów pod swoim adresem.

  Ani razu nie podniosłam nic cięższego od damskiej torebki. Prawda, że czasem gdy nie ma go obok zapominam by się oszczędzać i "przeciążam się" masą toreb w supermarkecie. Ale to już jest sprawa mojej osobistej odpowiedzialności w stosunku do siebie samej.

   Ponadto mój mąż zawsze przestrzega zasad " męskiej etykiety". Gdy tylko trzeba podaje rękę, podsuwa krzesło, pomaga założyć płaszcz, otwiera drzwi, itd, itp. Czyni to wszystko absolutnie niezauważalnie i w naturalny sposób. To jest dla niego normą. Nie jest przy tym jakoś spięty starając sobie przypomnieć jak to zrobić prawidłowo aby stwarzać wrażenie "dobrze wychowanego". Bardzo jestem dumna z tej jego naturalności i doskonałych manier będących z doskonałej harmonii z pewną surowością jego "nordyckiego" charakteru.

   Mój mąż jest bardzo spostrzegawczy. Zauważa nową torebkę, fryzurę, płaszcz. Nie ignoruje wahań mojego nastroju a pojawiające się czasem rozdrażnienie wyrażające się poprzez "sama nie wiem czego chcę" rozumnie i taktycznie przemienia w "zrozumienie".

    Mąż mój jest czule opiekuńczy. Okrywa mnie kocem i ogrzewa moje nieustannie marznące kończyny, troszczy się o to czy jestem dość ciepło ubrana. Izoluje mnie od ciężkich i brudnych prac domowych pomimo tego, że rwę się do boju uzbrojona w wiertarkę czy młotek. W takich wypadkach uśmiecha się wyrozumiale a następnie spokojnie i delikatnie mnie "rozbraja".

   Ponadto często obdarowuje kwiatami.

   Wszystkie te cechy wskazują, że jest to mężczyzna idealny. I tak też jest, jest ideałem . Po prostu ja - jako kobieta .....

    W pewnym momencie zaczęłam się nudzić przy takim "ideale". Potem pojawiło się niewyjaśnione niezadowolenie i rozdrażnienie.

        Przyjaciółki kręcą głowami z dezaprobatą: " chyba coś ci zaszkodziło". Niektóre bardziej wyrafinowane panie przyglądając się moim "cierpieniom bez powodu" wzdychały: "nikt nie ceni tego co ma w nadmiarze". A ja nieuchronnie wpadałam w cichą panikę bo symptomy nie mijały i zaczęły rozsadzać od środka świętą przestrzeń miłości.    

    Tak "na rozum" zdawałam sobie sprawę, że przyjaciółki maja rację ale czułam, że przyczyna tkwi gdzie indziej. Rzecz nie w tym, że czegoś jest zbyt wiele - rzecz  w tym, że to co jest nie jest całkiem tym co potrzeba. A czego mi było potrzeba - tego nie wiedziałam.

   Czas płynął a niezrozumiały żal narastał. Usilnie rozmyślałam starając się znaleźć sedno tego co ma miejsce. Kobiece "usilne rozmyślanie" jest dość osobliwe. Często jest to po prostu chaotyczne miotanie z jednej emocji w drugą albo od jednego faktu do drugiego. Albo też od faktów mówiących jedno do emocji " wrzeszczących" zupełnie co innego.

    Rozwikłać to wszystko pomógł jak zwykle przypadek. Rzadko patrzę w telewizor- częściej on po prostu z jakiegoś powodu jest włączony. Pewnego razu z TV wystrzeliło do mnie zdanie wypowiedziane przez jakiegoś mężczyznę: "jestem bardzo dumny ze swojej żony i jestem z pewnością jej największym wielbicielem". Audycja dotyczyła kobiety, jakiejś młodej projektantki.

   I tu wszystko stało się dla mnie jasne. Już od kilku miesięcy mąż nie interesuje się tym co ja piszę! Nie interesuje się tym jak minął mój dzień. Nie interesują go moje myśli, uczucia i w ogóle to czym ja żyję. Wydawało by się - "cóż w tym takiego?" Przecież, nie pije, nie włóczy się poza domem, nie urąga mi, tak jak dawniej dba o mnie i ochrania. Pomyślisz sobie: "stracił zainteresowanie". Ale czy to jest najważniejsze w relacjach?

   Okazuje się, że tak. Może to nie jest najważniejsze ale z pewnością ważne,

   Kobieta musi odczuwać, że jest interesująca dla swojego mężczyzny. Głową może ona rozumieć, że przyczyny spadku zainteresowania bywają bardzo obiektywne - na przykład nowy poważny projekt w pracy albo szalony nawał obowiązków ale ciężko jest cokolwiek zrobić z emocjami zalewającymi kobietę, która czuje się niezauważona. Brak zainteresowania zaczyna ona odbierać jako obojętność i wygasanie dawnego uczucia.

  A do tego pojawiają się pełne trwogi wątpliwości: "a może jestem mu potrzebna wyłącznie jako obiekt zaspokojenia potrzeb seksualnych i codziennej obsługi w domu?" Lub jeszcze dramatyczniejsze: "może ma inną?"

    Kobiecie potrzebne są oznaki zainteresowania i szacunek ze strony mężczyzny ale odczucie, że jest interesująca i budzi poruszenie mężczyzny jest o wiele ważniejsze.

    Nie myśląc wiele "wylałam" na męża wszystkie swoje wątpliwości, podejrzenia, obserwacje, odczucia, emocje i smutne myśli. Mąż oczywiście był bardzo zaskoczony ale zrozumiał sedno problemu a poznawszy męski punkt widzenia na wszystko co miało miejsce zrozumiałam i ja.

   Najczęściej okazuje się, że nie w tym rzecz, że mężczyzna stracił zainteresowanie lecz, że wyraża je wychodząc z punktu widzenia swojego męskiego pojmowania. A to dlatego, że to czego chce kobieta często nie jest tożsame z tym co stara się "dać" jej mężczyzna i na odwrót.

    Tak więc czego potrzeba kobiecie by mieć pewność, że jest interesująca?

    Kobieta pragnie zainteresowania swoim życiem, działaniami jakie wykonuje, wszystkim tym co wypełnia jej dzisiejszy dzień. Ma ona ogromną potrzebę dzielenia się swoimi emocjami i odczuciami. Mężczyzna wprost przeciwnie- staje się nerwowy gdy mu się wtrącają w jego działania i przeszkadzają nadmierną ciekawością. Dla niego ważne jest aby ocenili rezultat jego działań ale nie mieszali się w sam ich proces. Dlatego też mężczyzna stara się nie drażnić swojej ukochanej "pchaniem nosa w jej sprawy". Skąd on ma wiedzieć, że u kobiety wszystko jest inaczej? Przecież uczyli go być mężczyzna a nie kobietą.

   Natura męska jest taka, że jest on zorientowany na rezultat zarówno w dziełach jak i w seksie. Dla niego nie jest tak ważny proces ale fakt do czego on doprowadzi. Kobieta natomiast żyje " w procesie" a nie "w rezultacie". Ani w seksie ani w działaniach nie uzyska pełnej satysfakcji z rezultatu jeśli nie podoba się jej sam proces.

    Mężczyzna jest jak wypuszczona strzała- dla niego jest ważny cel. Cel każdego z jego działań to osiągnięcie czegoś.

    Kobieta jest jak fala. bardziej zajmuje ją fakt "JAK" ona się przemieszcza, w jaki sposób i dokąd. "Piękno i majestat ruchu" czy w tym nie ma wystarczająco wiele sensu?

   Oczywiście współczesne kobiety nauczyły się "planowania biznesowego", "nastawienia na cel" i "zorientowania na wynik". Ale to co jest wrodzoną naturą i tak okazuje się silniejsze od jakichkolwiek "społecznych gier". 

   Zapytajcie dowolna kobietę dlaczego poprawia swój wygląd przed wyjściem z domu? Przecież nie po to aby nawiązać dobre znajomości biznesowe albo też uzyskać obniżkę cen podczas drogi do sklepu po chleb ( choć i tak też bywa). Częściej czynione jest to dlatego aby ona: "szła taka piękna a ludzie podziwiali i wpadali w zachwyt". Oto i całe kobiece "nakierowanie na cel".

      Kobieta potrzebuje codziennego zainteresowania dla swoich codziennych prac. Wtedy czuje się potrzebna.

   Mężczyźni bardzo lubią gdy ktoś zachwyca się tym czego oni już dokonali a nadmierne zainteresowanie procesem ich działań często odbierane jest jak zamach na ich wolność.

   W odpowiedzi na głupie pytanie "co robisz?" kobieta najprawdopodobniej przeanalizuje co faktycznie robi i prawdopodobnie także powiadomi o tym co zamierza czynić. Mężczyzna najprawdopodobniej ograniczy się do krótkiego: "pracuję".

    Kobieta cieszy się patrząc, że coś "się udaje" a mężczyzna,że coś "się udało".

    Mężczyzna pragnie zainteresowania ze strony kobiety - kobieta pragnie zainteresowania ze strony mężczyzny. Dla kobiety jednak ważne jest aby mężczyzna - choćby troszeczkę ale regularnie- interesował się tym co ona czyni.

   Dla mężczyzny ta "regularność" nie jest tak ważna - mało tego , lepiej nie niepokoić go pytaniami dopóki on  coś przemyśliwuje albo też wykonuje. Mężczyźnie potrzebne jest zainteresowanie "po fakcie" i do tego duże - kiedy wszystko jest już wykonane i przemyślane. Gotów jest wtedy przyjąć "nagrodę zwycięzcy".

   Wszystko okazało się proste i zrozumiałe.

  Dziś mój mąż tak jak dawniej jest zajęty pracą. Tak jak dawniej ma mało czasu na szczegółowe dyskusje na temat mojej pracy  i innych  moich ważnych spraw kobiecych. Ale obecnie w naszej rodzinie pojawiła się nowa wspaniała tradycja.

   Zazwyczaj mąż wraca do domu później niż ja. Póki on się przebiera, myje i je kolację ja opowiadam o tym jak minął mój dzień. On słucha i jest NAPRAWDĘ ZAINTERESOWANY!. Po pierwsze dlatego, że wcale nie zaczął mnie kochać mniej i ja "poruszam go" tak jak dawniej. A po drugie dlatego, że staram się uczynić swoje opowieści pociągające ( tak jak w "baśniach 1001 nocy").

   Przy okazji okazało się, że wcale nie jestem taka gaduła. Moja opowieść zajmuje przeciętnie około 10 minut. Staram się nie wykorzystywać nadmiernie tej chwili uwagi jaką ma dla mnie mąż a często on sam prosi o "kontynuację spotkania".

  Gdy mąż odkrył, że w te 10 minut mi w zupełności wystarcza to był bardzo zdumiony: "jak mało mi potrzeba do szczęścia".

   Ale zobaczywszy jak chytrze zerknęłam w odpowiedzi - on zrozumiał, że "magiczne 10 minut" jest jednym z wielu kamieni jakie powinniśmy umieścić w fundamencie "rodzinnego szczęścia".

   Łada Wiedicz

Napis na obrazku: ZE WSZYSTKICH DOMOWYCH LEKARSTW 
                                 NAJLEPSZYM JEST DOBRA ŻONA.