niedziela, 5 czerwca 2016

Nie oceniaj cz.2

  Chodzę sobie sprawdzając ule (3 nowe rodziny w pasiece skorzystały z mojego zaproszenia i zadomowiły się w nowych M1) i rozmyślam nad tą naszą rozmową pod poprzednim wpisem http://michalxl600.blogspot.com/2016/06/nie-oceniaj.html . Odnoszę wrażenie, że część rozmówców nie uchwyciła o czym chciałem. Wydawało mi się, że ta "przypowieść" przetłumaczona na koniec jest wyrazistą wskazówką a tu pojawiła się mocna emocjonalność i zaangażowanie w rozmaite sytuacje z jakimi mamy do czynienia w swoim otoczeniu (rozmowy 500+, rzucił, zostawił, nie chce mu sie pracować).
    Lewszunow gdzieś przestrzegał aby zamienić się w obserwatora - choćby i wojny na Donbasie, tzn. nie w biernego i obojętnego (tu jest ta subtelna różnica- ten haczyk na jaki nas łapią mroczni. Szczególnie emocjonalne i uczuciowe kobiety są podatne na to- dobrze to wiedzą twórcy reklam i wszelakiego marketingu) ale takiego mądrego uczestniczenia "z wysoka". Jako przykład podam pewne zdarzenie o którym czytałem w jakiejś książce.

  W pewnym więzieniu w USA - więzieniu o bardzo ostrym rygorze i jednej z najgorszych reputacji (bo przebywali tam więźniowie z najcięższymi przewinieniami, recydywiści itp.) pojawił się razu pewnego autor książki. Już nie pomnę jakie były okoliczności- jako konsultant czy też psycholog.... nie pamiętam. To był  (jest?) człowiek powiązany ze wschodnimi naukami i głęboko widzący wiele zalezności. Aha!! - zdaje się, że to była jakaś nadzwyczajna decyzja więziennictwa czy zarządu bo sytuacja w więzieniu wymykała się z pod kontroli. Bywał tam wiele dni - dano  mu jakieś biurko, poprosił by dostarczano mu akta wszystkich więźniów a on je mozolnie czytał przenikając te skomplikowane  życiorysy. Nie piętnował, nie nazywał co złe a co dobre - podobno skończywszy czytanie jakiejś biografii więźnia w zadumie powiadał: "jak mi przykro". W przestrzeń wysyłana była fala czystego współczucia (wolę nawet określenie "współodczuwania", wczuwania się w sytuację. Współczucie bywa dziś mylnie rozumiane jako taka głupkowata litość z zawoalowanym poczuciem wyższości ze strony litujacego się).
Tak podobno minęły tygodnie. Jeden człowiek "medytował" niejako zasilając swoją uwagą ( a więc energią) te poszczególne "ścieżki filmowe" jakie ułożyli sobie pensjonariusze tego przybytku. Po jakimś czasie misja tego pana się skończyła. Mineło kilka miesięcy i dała się zauważyć niezwykła poprawa w społeczności więziennej- wielu "skreślonych" nagle zaczęło wypożyczac książki z biblioteki, zgłosili się do jakichś prac, były podobno jakieś nawrócenia religijne itp.  Podobno z dalszej perspektywy czasowej stan się jeszcze bardziej poprawił na korzyść - powiadano, że to wprost rzeczy niewyobrażalne.

   Tak ja postrzegałem zacytowaną na końcu poprzedniego wpisu opowieść o dzieciach, wyborach ich rodziców. Autorka z miłoscią opowiada o tym zachowując taką subtelną równowagę bez 'nalepiania etykietek".
        Już mi się myli która z moich rozmówczyń i czy na blogu czy w liście prywatnym........kilka z Was to ładnie ujęło- przypominam sobie w tej chwili co najmniej dwie takie wypowiedzi- na pewno Karolina podczas mojej rozmowy z Damianem powiedziała, że bez miłości wszystko staje się zimnym zbiorkiem reguł i zasad. Ktoś kto sam przeżył wiele w życiu ( a nie myli się tylko ten kto nie czyni nic) będzie ostrożny z piętnowaniem bliźnich a na pewno jeśli wypowiada się o jakichś zdarzeniach to nie będzie w tym "chęci podeptania" (to chyba cecha ludzi małych i leniwych, że znajdując czyjąś  niedoskonałość zaraz wpychają szpilę aby się samemu przez chwilę dowartościować) ale coś jakby gest wyciagniętej ręki. Z całego serca pragniesz by ulżyć drugiemu w cierpieniu a z tymi naszymi niedoskonałościami jest tak jakbyśmy mieli jakieś "pijawki" na plecach- one są, nieładne, czynią szkody ale my ich nie widzimy. A jeśli już zdajemy sobie choć trochę sprawę gdzie szukać to ciężko jest nam tam "dosięgnąć". Drugi człowiek (jeśli szczerze kochający) pomoże "umyć te plecy", pomoże zdjąć z nich niechciany ciężar. Samemu jest to uczynić wiele trudniej.
NIE WOLNO TEGO JEDNAK CZYNIĆ TYRANIĄ I PRZEMOCĄ- ZASADA WOLNEJ WOLI NADAL OBOWIĄZUJE.

Tak właśnie- w ten sposób postrzegam ja nawet trudne rozmowy tu na blogu ( było coś wczesną zimą co nawet jedna z rozmówczyń nazwała "zaniżeniem wibracji na blogu") . Skoro się wyświetliło to widać tak miało być- domagało się uwagi i "oświetlenia miłością". Wszyscy czytający dodali tam swoją energię.

Wracając jeszcze do wątku tego mądrego uczestniczenia- weźmy tę sytuację z przyjaciółką i jej ex mężem (chyba Ania Rz. wspomniała o tym). KAŻDA !!.... każda sytuacja jest lekcją dla obu stron, na każdą można spojrzeć z kilku perspektyw. Mama mi opowiada, że był kiedyś jakiś film - opowiedziane te same zdarzenia najpierw przez mężczyznę a potem przez kobietę. Podobno oglądało się jak dwie osobne historie. Odnoszę wrażenie, że u Ani równowaga spojrzenia jest zachwiana bo bierze stronę przyjaciółki - tak z niskiego pułapu czyli "bronić pazurami bo źle się dzieje! Krzywdzą kobietę, leń nie chce iść do pracy!" 
Gdyby natomiast z miłością spojrzeć z wysoka na całą lekcję to można na przykład zadać pytanie: "gdzie była intuicja tej koleżanki gdy wybrała sobie za męża tak nieodpowiedzialnego faceta? " . Można zadać wiele innych pytań - ważne by (znów słowa  Karoliny gdzieś z jej bloga: "wziąć odpowiedzialność za swoje życie") widzieć całość zjawiska i fakt, że każdy wybiera sobie sam te realistyczne ( czasem do bólu) akty w sztuce zwanej życiem.
Rozmawialiśmy całkiem niedawno o tym jak to widzą Wedy: "oprócz ciebie nikogo tutaj nie ma". Nieważne jak postapią inni w danej sytuacji, to jest ich lekcja i oni będą płacić rachunki za swoje wybory- ważne jest dla mnie to jak ja postąpię. Spychanie wszelakich zdarzeń na los, na okolicznosci zewnętrzne - szukanie tam winnych (miałem całkiem niedawno jaskrawy przykład takich zachowań) to niedojrzałość. Dlatego jeśli Ania chce pomóc swojej przyjaciółce to niech ich OBOJE obejmie w myślach miłością. Ona go takiego wybrała do tej sceny z teatru życia i póki będą negatywne emocje ( a Twoje współodczuwanie w "krzywdzie"  umacnia tylko stan krzywdy), póki nie pojawi się wdzięczność i taki wewnętrzny uśmiech za daną lekcję (cokolwiek sie wydarzyło i wydarza - ja wiem, że to trudne , zaraz opowiem o modliszce) póty będzie ona trwała i nie zaniknie. Pozna nowego mężczyznę i scenariusz sie powtórzy.

   No właśnie - Gabi albo Natalia ( to było w ostatnich wpisach a ja skaczę po dachu przyczepy i giną mi szczegóły - wybaczcie..... nie ! to przyszło do mnie chyba wczoraj prywatnym listem ) wspomniała jednym zdaniem, że modliszki też nie pojawiają się przypadkiem. Ja mógłbym się spokojnie uśmiechnąć do Maryśki (moja ex) i porozmawiać o zdarzeniach jak o filmie w kinie, który kiedyś wspólnie obejrzeliśmy- oczywiście gdyby ona była na to gotowa. Czujecie w czym rzecz? Taki balans między obojetnością a niskim, emocjonalno- wojowniczym zaangażowaniem. To drugie jest kompletnym niezrozumieniem w czym bierzemy udział, to pierwsze znów jakimś skrajnym egoizmem. Pisałem gdzieś, że pomagać trzeba mądrze (długo sie tego uczyłem 'matkując" moim pracownikom, podkładając poduszeczki, tłumacząc). Jest takie powiedzenie: "kto nie jest socjalistą za młodu ten nie ma serca ale jeśli ktoś jest nim po 40-stce ten nie nabrał rozumu". 
Nie wolno odrabiać za ludzi (za własne dzieci, za małżonków) ich zadań życiowych. To jest też subtelna pokusa i unikanie swoich wyzwań ("ja tak pomagam wszystkim, jestem taki dobry/a"). Tu jest też Wedyjska mądrość cytowana wiele razy przez Trehlebova:
" wypełnić swój własny dług (powinność) - choćby  i niezbyt doskonale jest dużo ważniejsze niż wypełnienie cudzych zobowiązań choćby to było zrobione perfekcyjnie".

Chyba starczy na razie - "wylało" mi się. ;) 

 

    


19 komentarzy:

  1. Tak Michale, ja nie biorę jej strony i nie bronię pazurami, dawno już jestem po lekturze Łazariewa, Trehlebova i innych. Ale koleżance dawkuję wiedzę, jej ból wymaga najpierw otulenia, uznania go, oswojenia, później wchodzi się na etap objęcia zrozumieniem, wybaczenia. Wszystko jest lekcją, tak dla niej, jak i dla niego. Gdzie ona miała intuicję? Jak dla mnie to związek typowo karmiczny, oni związali się ze sobą mając odpowiednio 14 i 15 lat i byli dla siebie pierwszymi partnerami. Muszą być ze sobą bardzo mocno związani, dlatego też ich ból jest dużo większy. Dodatkowo pochodzą z rodzin "z problemami". Jakby w odpowiedzi wyświetlił mi się wczoraj taki tekst Łazariewa: - Jak poznać odpowiedniego partnera, by stworzyć z nim szczęśliwą rodzinę?
    - Każdy człowiek marzy o swoim szczęściu, ale nie zawsze to, czego się pragnie, pokrywa się z rzeczywistością. Każdy ma swój własny los. Ten los jest uwarunkowany nie tylko zewnętrznymi cechami charakteru człowieka i jego światopoglądem, ale też jego wewnętrznym, podświadomym stanem, który składa się z doświadczenia jego przodków, jego poprzednich wcieleń. Dlatego na zewnątrz człowiek często wcale nie jest taki, jaki jest wewnątrz, w podświadomości – i inni traktują nas właśnie nie na podstawie zewnętrznego wyglądu, a na podstawie wewnętrznego stanu. Dlatego jeśli chcemy mniej więcej określić, jakiego partnera spotkamy, to trzeba popatrzeć na siebie, na swoją rodzinę, na przodków, zrobić samodiagnozę. Jeśli w naszym rodzie były rozwody, alkoholizm, rozpustne kobiety, aborcje, jeśli przodkowie byli pyszni, nieprzejednani, surowi, to bądźmy szczerzy – nasze szanse na stworzenie normalnej rodziny maleją. Oznacza to, że musimy pracować nad sobą, nad zmienianiem swojego charakteru, nad prawidłowym postrzeganiem świata - o wiele poważniej niż inni. To po pierwsze.
    Jeśli w naszym rodzie wszystko było dobrze, to wtedy można popatrzeć na siebie z boku. Jeśli jest surowość i nieprzejednanie, jeśli jest tendencja do bronienia swoich racji bez względu na wszystko, jeśli jest zawiść i chciwość, jeśli jesteśmy przesadnie obraźliwi, jeśli nie potrafimy ofiarowywać, poświęcać się, jeśli często żałujemy przeszłości i boimy się, martwimy o przyszłość, to będziemy mieli problemy w życiu prywatnym. Bo związek jest wyprawą - dwoje ludzi idzie przez życie. Powinni pomagać, troszczyć się o siebie nawzajem, asekurować i poświęcać się. Kto nie umie i nie chce poświęcać się, nie wypracował odruchu troszczenia się o innego, kto chce tylko brać – nie będzie mógł zbudować normalnych relacji. Jedynie osoba, która potrafi ofiarowywać, oddawać i troszczyć się, może być szczęśliwa w związku.
    Ania Rz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie jestem pewny w 100%, ale tę historię o więzieniu opisuje chyba Joe Vitale w jednej ze swoich książek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za wskazówki- nie pamiętam skąd to wziąłem.

      Usuń
  3. Ostatnio dużo poznaję osób, które mają naprawdę 'przesrane', ale coraz mniej poświęcam czasu na użalanie się nad tymi osobami. Zrozumiałam już dawno, że nikomu zycie nie przybija więcej, niż może unieść. I teraz na każdą taką osobę staram się spojrzeć jak na kogoś, kto ma wielki potencjał. Przykładowo - jedna dziewczyna ma bardzo trudną sytuację w domu... ojciec pił, aż stracił pamięć i teraz zachowuje się często jak dziecko, matka tyra, nastoletni brat idzie w agresora, szarpie się w rodzicami, oni są bezsilni. Ta dziewczyna w tym wszystkim jest zagubiona, sama się cięła i taka jest wystraszona, wydawało się jej, że bezradna. A ja już dostrzegam w niej tę wewnętrzną siłę i WIEM, że ona, jeśli tylko będzie chciała to może tą swoją siłą i mądrością całą tę rodzinę poustawiać do pionu. I myślę, że każdy z nas ma taką moc. Każdy. Jak wielkich problemów byśmy nie mieli to nigdy nie będą one większe, niż my. Tylko ciężko nam jest spojrzeć z dystansu. Ona jeszcze nie widzi tego, co ja, ale to nic... Do ogarnięcia to jest spokojnie :)
    I tak samo myślę, że koleżanka Ani - owszem, na pewno sytuacja jest trudno i Ania ma rację, że trzeba teraz tej koleżance dać ciepła, otulić ją... ale jednocześnie starać się rozgrzewać jej serce i budzić w niej moc, a nie użalać się nad nią i przyznawać rację, że ona jest biedna i ma bardzo ciężko i los ją skrzywdził.
    Tak nie można.

    A co do poprzedniego posta tak mi się skojarzyło, bo były rozmowy o systemie i o polityce i ja myślę, że bardzo ważne jest, żeby nie dawać temu energii. Jest taka pokusa i zdaje się, że tak się oburzając na ten system i gadając - walczymy z nim. A moim zdaniem tylko wspieramy i zasilamy go swoją uwagą i energią. Myślę, że sami nie damy rady tego zmienić i najprostsza droga to nie zasilać tego, a enegię swoją skupić na budzeniu świadomości innych ludzi.
    Tyle ode mnie.

    Besos,
    Karola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O - to, to . Nie zmieniaj świata tylko siebie w tym świecie a dalej pomagaj innym. Marnowanie sił- masz rację. Dawno temu powiadał na przykład Urban: "dobrze lub źle - nieważne. Ważne by o nas mówili". To esencja czarnej magii.... w zasadzie magii jako takiej: ENERGIA PŁYNIE ZA UWAGĄ".

      Usuń
    2. Pierwszym etapem jest uznanie straty i przeżycie swoistej "żałoby". Łzy oczyszczają karmę. Ból wyparty nie znika, zostaje i lokuje się w "ciele bolesnym", którego aktywację mamy czasem okazję zaobserwować w tych "niskowibracyjnych" postach. Po przeżyciu żałoby następuje khatarsis i pojawia się akceptacja i wybaczenie, innym, jak również samemu sobie. To cały proces. Sęk w tym, żeby nie wypierać żalu i bólu, ale też nie zatrzymać się na nim, nie pielęgnować go, nie pozostać w pozycji ofiary, ale powstać jak feniks z popiołów. Pozdrawiam słonecznie :)Ania Rz.

      Usuń
    3. Nie ma osób, które mają "przesrane". To jest kwestia postrzegania swojej sytuacji i siły charakteru, by wyjść z trudnej sytuacji. Pod koniec 2009 roku zostałem sam z pięcioletnim dzieckiem i nawet się gdzie podziać nie mieliśmy. W 2012 wprowadziłem się do już swojego choć nie własnościowego mieszkania. Dwa lata temu musiałem pożyczać pieniądze na chleb. Walczyłem o siebie, nie poddałem się nigdy. Na dzień dzisiejszy mam w planach coś bardzo bardzo dużego i jak to wypali, to usłyszycie o tym wszyscy:)

      Usuń
    4. :)) noo ładnie. Trzymam kciuki Damianie.

      Usuń
    5. Damianie niezwykła ta Twoja historia. Dodałeś mi tak dużo siły! Dziękuję.
      Jest taki film "W pogoni za szczęściem", serdecznie Ci go polecam.
      Naprawdę ten jest rok jest wyjątkowy, ten miesiąc również.
      Oj bardzo,bardzo.
      J.

      Usuń
    6. Oglądałem "W pogoni za szczęściem". To faktycznie dobry film. Ja mam plany duuuużo większe niż bohater tego filmu. Wszystko się da zrobić, gdy się połączy pasję z wytrwałością.

      Pozdrawiam:)

      Usuń
    7. Oglądałem "W pogoni za szczęściem". To faktycznie dobry film. Ja mam plany duuuużo większe niż bohater tego filmu. Wszystko się da zrobić, gdy się połączy pasję z wytrwałością.

      Pozdrawiam:)

      Usuń
  4. Czuję się wywołana do tablicy. To fakt, poniosły mnie emocje zarówno w moim wcześniejszym komentarzu o wychowywaniu dzieci przez obce osoby jak i teraz w temacie 500+.

    Macie rację :-)
    Takim myśleniem i mówieniem tylko zasilam swoją energią to, czego tak naprawdę nie chcę.

    Karolina, tak naprawdę nic nie możemy poradzić na sytuację w innych rodzinach. Nie ma znaczenia ile będziemy o niej pisać, rozmawiać ta sytuacja się nie zmieni. Wręcz przeciwnie, współczuciem utwierdzimy te osoby w ich problemach. Doskonale widać to na przykładzie mojej babci, która przez całe życie utwierdzała się w swoim nieszczęściu. Wywoływało to tylko kolejną lawinę problemów. Teraz jest praktycznie na łożu śmierci i niestety niewiele się zmieniła. Nadal wszyscy są wszystkiemu winni, ona jest pokrzywdzona i ona wie wszystko najlepiej. Pewnie to już się nie zmieni do samego końca. Jednak uważam, że sporo spraw (innych niż zrozumienie swojej sytuacji ;-) ) już przepracowała dzięki tym cierpieniom. Pewne jest to, że takiej osobie nie da się pomóc, jeśli ona sama sobie nie pomoże. Można jedynie się odsunąć żeby nie pozwalać zasilać siebie negatywnymi emocjami takiej osoby. Na odległość to również działa, niestety. Dlatego nie mówię swojej rodzinie o żadnych ważnych planach do czasu ich realizacji, bo wiem, że ona zwykłym myśleniem, że wie co jest dla mnie lepsze i martwieniem się wpłynie na ich realizację. Doświadczyłam tego już kilka razy.
    Czy Wy również tego doświadczacie?
    Starsze pokolenia czasami używają stwierdzenia, że ktoś komuś źle życzy.

    Damian, ja również mocno trzymam kciuki :-)Jak już wszyscy o tym usłyszymy, to daj znać, że o Tobie mowa :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ania napisała: "Dlatego nie mówię swojej rodzinie o żadnych ważnych planach do czasu ich realizacji, bo wiem, że ona zwykłym myśleniem, że wie co jest dla mnie lepsze i martwieniem się wpłynie na ich realizację. Doświadczyłam tego już kilka razy.
      Czy Wy również tego doświadczacie?"

      Zastanawiałem się czy pisać o tym Damianowi- TO WAŻNE, BARDZO WAŻNE. Tak- nieraz tego doświadczałem- nigdy, przenigdy nie dzielcie się swoimi marzeniami z ludźmi mogacymi wprowadzić niewiarę w projekty. A i potem gdy przedsięwzięcie jeszcze 'raczkuje" bądźcie roztropni. Wy gromadzicie kapitał energetyczny do działań a ktoś mający aurę dziurawą- jak sito, owładnięty lękami ( "och! - pewnie się nie uda!"), widzący zagrożenia zamiast celu zwyczajnie to zmarnuje

      Usuń
    2. Mało kto wie o moich planach i na razie tak zostanie. Ale działam razem z siostrą i nawzajem się wspieramy, gdy jedno z nas czuje zniechęcenie. Po za tym mamy wsparcie pewnej grupy osób, która akurat zna te plany i jest chętna by nam pomóc. Nawet pół godziny temu jedna osoba z tej grupy pisała do mnie z pytaniem jak nam idzie i czy może nam pomóc w jakiś sposób. Jak to wypali to się dowiecie nawet jak nie będę się chwalił tu na blogu, ale i tak Wam napiszę:)

      Pozdrawiam wszystkich:)

      Usuń
    3. Też czuję że przesadziłam w komentarzu pod poprzednim wpisem:/ I tak mi jakoś dziwnie na duszy. Dziękuję Jędrzeju za ten wpis:)

      Usuń
  5. Od razu przypomniał mi się cytat z Marka Aureliusza:

    "Zawsze masz możność żyć szczęśliwie, jeśli pójdziesz dobrą drogą i zechcesz dobrze myśleć i czynić. A szczęśliwy to ten, kto los szczęśliwy sam sobie przygotował. A szczęśliwy los – to dobre drgnienie duszy, dobre skłonności, dobre czyny…”

    OdpowiedzUsuń
  6. Ocenianie to chyba nic więcej poza wnioskowaniem. Dopóty będziemy oceniać dopóki będzie nam coś przeszkadzać. Nie ma sensu wypierać się tego co nas drażni w imię jakichś źle pojętych zasad. Cały klops w tym by rozumieć, że to co mówimy o innych mówimy o sobie a towarzyszące temu emocje to tylko drogowskaz. Oceniając widzimy gdzie w nas jest obszar do przerobienia. Świat zewnętrzny zupełnie na luzaku pokazuje nam co w naszej trawie piszczy a my prowadzeni emocjami oceniamy i werbalizujemy gdzie ten świerszcz siedzi. To jest zupełnie tak jak z wszelkiego typu dźwiękami które nas drażnią, tykaniem zegara w ciszy nocnej, dźwiękami budowy za oknem kiedy czytamy książkę, czyimś chrapaniem kiedy próbujemy zasnąć itp i okazuje się że jedynym sposobem na uciszenie tego rozdrażnienia jest wsłuchanie się, wejście w ten dźwięk, rozpłynięcie się w nim - czyli uczciwe zauważenie że coś mi przeszkadza (ocena wynikająca z emocji) i muszę to uznać (wewnętrzna praca) - i nagle dźwięk znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. To jest bardzo praktyczne w użyciu codziennym - czyli nie zatrzymujemy się na ocenianiu tylko robimy ten następny krok - gdzie to jest we mnie - i wtedy ocena nie ma znaczenia, ponieważ jest tylko początkiem etapu.
    Natręt pukający do drzwi przestanie nas wyprowadzać z naszej ciszy kiedy po prostu otworzymy mu drzwi :-D pozdrowienia :-D Natalia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Natalia napisała: "Nie ma sensu wypierać się tego co nas drażni w imię jakichś źle pojętych zasad. Cały klops w tym by rozumieć, że to co mówimy o innych mówimy o sobie a towarzyszące temu emocje to tylko drogowskaz.

      Jedna z feminizujących pań - niedawno pod którymś z najbardziej poczytnych artykułów, chyba pod " róznice energetyczne między kobietą a mężczyzną" wpisała (szukając jak sądzę za wszelką cenę "pałki" na mnie) coś w ten deseń: " to według teorii luster wpisujące się tu na blogu feministki są twoim własnym problemem."

      Ja odpisałem, że nie są bo nie wzbudza to moich emocji. Ty Natalio napisałaś: "....a towarzyszące temu emocje to tylko drogowskaz". Dokładnie tak- jeśli coś nas wyprowadza z równowagi, budzi irytację czy złość to bardzo prawdopodobne, że wpadło w rezonans (lub zostało przyciągnięte ) z tym (przez to) co sami nosimy w sobie- jakaś niedoskonałość skrywana przed samym sobą.
      Twierdzę jednak, że nie wszystkie sytuacje są takie. Bywają po prostu egzaminy losu- jesteśmy sprawdzani gdzieś tam przez wyższe moce. Pojawia sie jakaś sytuacja tylko po to by nas sprawdzić, byśmy sami sie upewnili w pewnych obranych kierunkach, poglądach, przekonaniach- rodzaj ćwiczeń "szermierskich". Potem dostajemy od losu zadania trudniejsze- wymagające większej odpowiedzialności. Jestem o tym głęboko przekonany bo tak to bywało w mojej praktyce życiowej.
      W każdym razie zdarzają się sytuacje których my w zasadzie nie potrzebujemy ale stajemy sie wykonawcą "woli Bożej" ;) - ot, los nas stawia w jakiejś roli i trzeba to wykonać. Jesteśmy (bywamy) nauczycielami w różnych sprawach w zależności od wieku i doświadczenia. Czy to nie w dezyderacie było: "zawsze znajdziesz lepszych i gorszych od siebie..."? Zawsze jesteśmy "w drodze"- czasem spotkamy nauczyciela dla siebie a czasem bywamy nauczycielami dla kogoś kto jest w niższej klasie szkoły życia.
      Po Słowiańsku jest właśnie tak aby słabszych od siebie postrzegać jak młodszych braci czy siostry- roztropnie pomóc (nie wykonywać czegoś za nich- nie rybę a wędkę dać) a nie korzystać ze swojej przewagi i ustawiać te osoby w roli "poddanych". Tak było w poprzednich stuleciach ale te układy sie kończą. Teraz będzie po naszemu.

      Usuń
    2. Jeśli chodzi o ocenianie i porównywanie to tu jest dobry artykuł:
      http://www.shaumbra.pl/kreacje/monika/ocenianie%20i%20porownanie.html

      Pozdrawiam
      Michał ;)

      Usuń

UWAGA TECHNICZNA: aby rozmowa miała jeden ciąg trzeba zawsze wcisnąć ";odpowiedz" pod pierwszym (przewodnim) postem zaczynającym daną rozmowę.
2.Najpoczytniejsze artykuły są dostępne po prawej w szybkich linkach pod nazwą "abecadło".
3. Ponadto w razie braku publikacji na stronie proszę o wiadomość na mail. Z jakiegoś powodu niektóre komentarze mylnie oznaczane są jako spam.