źródło tłumaczenia http://life-move.ru/ne-stydno/
Kanadyjski korespondent pisma "Komsomolskaja Prawda" zastanawia się gdzie podział się wstyd planety Ziemia.
Pojęcie wstydu jest wypierane z życia. Dzisiaj już niczego nam nie wstyd. Co więcej, zarówno społeczeństwo zachodnie, jak i rosyjskie zdążało do tego przez dziesiątki lat - celowo i metodycznie. Dokładniej mówiąc, oni zdążali a my zostaliśmy wprowadzeni przez nich. Ci, którzy mieszkali w latach 90-tych w byłym ZSRR pamiętają jak to było.
Początkowo gazety zaczęły wyśmiewać się z radzieckiej obyczajowości. Nazywało się to hipokryzją, purytanizmem. Jakaś kobieta wyrzuciła z siebie podczas tele-mostu kiedy mówiono bodajże o prostytucji: "U nas nie ma seksu" . Cóż, źle się wyraziła. Chodziło jej o to, że nie mieliśmy przemysłu erotycznego. Radośnie się tego uchwycili i teraz dwadzieścia lat już potrząsają tym straszakiem.
Najpierw szydzili ze zwykłej ludzkiej obyczajowości. Potem zaczęli wstrzykiwać truciznę: opisali wszystkie możliwe i niemożliwe pozy w seksie, zachęcali do zajmowania się nim w nietypowych miejscach (czytaj - w miejscach gdzie byli ludzie), wydano słynną gazetę o seksie, w której publikowano dziwne i przedziwne historie. Okazało się, że był sobie przyzwoity kraj, aż tu jesteś nagle w jakimś panoptikum - Sodoma i Gomora. Są tu i nekrofile, zoofile i miłośnicy kazirodztwa ... fantazja dziennikarzy ogólnie rzecz biorąc nie miała ograniczeń. Rozumiem, że z takiej literatury można było wiele zarobić.
Lesbijki? A kto to jest?- zapytała mnie w 1990 roku czterdziestoletnia kobieta, redaktor działu w gazecie. Zapytała mnie, mającą dwadzieścia lat jako bardziej obeznaną.
Wyjaśniłam jej. "Ale jak? "- Rumieniąc się, zastanawiała się ona. "Co one mogą zrobić bez ...?"
Przeżyła większość swojego życia nie wiedząc o homoseksualistach i lesbijkach, a mimo to nie uważała się za poszkodowaną przez życie. Była mężatką, miała dwójkę dzieci ...
.. Pomiędzy wierszami we wszystkich wydaniach było: uprawiajcie seks, zawsze i wszędzie, to jest fajne. Cudzy mąż? Ależ jest masa wariantów. Spójrz na seriale: wszystkie są przepełnione parami takich kochanków, a wszystkie gospodynie domowe uważające się za przyzwoite kobiety, kombinują od rana do wieczora w jaki sposób mogłyby lepiej oszukać swoich legalnych małżonków z tymi kochankami.
"On przecież kocha!" - to magiczne zdanie wciąż jest motywem przewodnim wielu rosyjskich filmów. Ze względu na tę "miłość" możesz rzucić ciężarną żonę, gromadkę dzieci, popełniać przestępstwa. A publiczność będzie płakać i żałować "zakochanego" bohatera a nie tych, których on zdradził. Co więcej, nie mówimy o wysokiej miłości platonicznej - często jest to tylko pożądanie, namiętność.
Słowo "kompleksy" stało się modne w latach 90. Wstydliwość, nieśmiałość, elementarna młodzieńcza niewinność zostały nazwane tym właśnie słowem. Nalegano aby być odważnym, śmiałym, eksperymentować, przy czym zachęcano do tego także kobiety. A jak to było w "zacofanych" czasach ZSRR czy za czasów caratu? - uważano, że narzucanie się nie jest dobre, dlatego wstyd było pierwszej proponować seks. Teraz w czasopismach kobiecych twierdziło się, że tak jest cudownie i tak należy. Hollywood pomógł swoimi filmami i pokazał jak to się czyni. Chociaż każda rozważna kobieta oczywiście rozumiała: a dlaczego, jeśli mężczyzna nie wyciągnie do ciebie rąk ty masz go łapać za udo? Większość mężczyzn zna metody okazywania kobiecie swojego pożądania ... Ale to dotyczy kobiety rozważnej. Błyszczące czasopisma były czytane głównie przez dziewczęta i młode kobiety. To one również oglądały hollywoodzkie filmy.
Kraj otworzył sklepy erotyczne. Estradę zalały wszelakie (tu pada znane nazwisko -przyp. michalxl600) i inne babki o personaliach "Jestem Chętna".
I do czego doszliśmy w rezultacie? Dzisiaj w życiu seksualnym nic nie jest wstydliwe. I możesz o tym mówić publicznie, a nawet w obecności dzieci ... mało tego, dzieciom trzeba wszystko wyjaśnić i pokazać na zdjęciach. No bo jak inaczej radzić sobie z tak strasznie trudnym pytaniem, które zadaje czterolatek: "Skąd się wziąłem?" Nasza babcia machnęła na to ręką: znaleźli cię w kapuście, kupili ciebie w szpitalu. I dziecko odchodziło marząc tylko, by zaoszczędzić więcej pieniędzy na młodszego brata. Ale my tak nie możemy, musimy mu wszystko powiedzieć ...
Kiedy ostatnio widziałeś człowieka zarumienionego ze wstydu? "Zaczerwieniła się", "spuściła wzrok", "żachnął się" - to wszystko określenia z XIX wieku. Ty sam, kiedy "spuściłeś wzrok"?
I wiesz, to nie jest nieszkodliwe. To jest ta edukacja seksualna, która wlała się do Rosji i narodu rosyjskiego. To doprowadziło nas wszystkich do DZIAŁAŃ. Niektórzy "szli na lewo", ponieważ "dobry lewicowiec wzmacnia małżeństwo" (oryg: haroszyj lewak ukrepliajet brak" -wtedy narodziło się to wyrażenie). Inni bez małżeństwa zmieniali partnerów jak rękawiczki. Jak dotąd nikt nie badał potwornego wpływu propagandy seksualnej na kraj. A jeśli zrobić o tym film to będzie to horror.
Wrzuciłabym do niego kadry z ciałami porozrzucanych po ziemi nastolatków, którzy zginęli w pobliżu Nowosybirska. Oni uprawiali seks podczas jazdy autem, tak jak to pokazano w amerykańskich filmach, i rozbili się. Prawie dzieci, 16-17 lat. Tak pokazali im DOROŚLI, że to jest "cool". Dzieci na zdjęciu, które widziałam nie mają spodni. Zakryłabym twarze w tym filmie, ale zostawiłabym te nastoletnie ciała ...
Dodałabym zdjęcia z internatów dla dzieci niepełnosprawnych. Dodałabym komentarze od wenerologów i ginekologów, którzy powiedzieliby, że życie bez "kompleksów" prowadzi do nabycia przez dziewczynę masy różnych drobnoustrojów, bakterii i wirusów, które następnie wpływają na zdrowie potomstwa. Urodziło się chore i zostało porzucone. I niechby te nieszczęsne dzieci jęczały do nas z ekranu, aby wszyscy wyraźnie zrozumieli dlaczego dziewictwo było cenione w dawnych czasach.
Opowiadałabym o statystykach rozwodów w Rosji, pokazałabym brak ojców który zaistniał, ponieważ tato zaczął postępować według zachęcającej go do tego propagandy, że prawdziwy mężczyzna jest jak byk, który "obskakuje" całe stado i ostatecznie porzuca rodzinę lub też został wyrzucony jako źródło wiecznej zarazy. A połowa Rosji rośnie bez ojców co nie czyni rzecz jasna tych osób gorszymi, ale czyni je bardziej nieszczęśliwymi w ich osobistym życiu w przyszłości.
Wiele można by pokazać. Z pewnością pokazałabym Cerkiew że wiedząc o tym wszystkim przez te wszystkie lata powtarza w kółko: żyjcie w czystości. Zważaj na siebie. To nie jest ważne dla Cerkwi ale dla ciebie samego. Życie seksualne nie jest grzechem ale we wszystkim potrzebny jest umiar - tak jak z jedzeniem, z piciem tak samo i w łóżku.
Jedynie Cerkiew mówi o rzadkiej, absolutnie "heretyckiej" rzeczy we współczesnym społeczeństwie: nawet mężczyzna może i powinien żyć w czystości. To jest dla niego na korzyść. Wierność, powściągliwość - to przekłada się na zwycięstwa ducha, które znajdują odzwierciedlenie w odkryciach naukowych i genialnych dziełach. Tybetańscy mnisi mówią to samo: że nagromadzona energia seksualna przekłada się na lepszą komunikację z Niebem lub mówiąc w naszym języku, lepszą wydajność pracy ... Ale odbiegłam od tematu.
Czy wiesz, dlaczego to wszystko piszę? Piszę to z Zachodu - z Kanady, w której małżeństwa homoseksualne są zalegalizowane, z prowincji Ontario, w której premier jest lesbijką. W 2010 r. chcieli tu wprowadzić nowy program edukacji seksualnej zgodnie z którym dzieci w wieku 8 lat będą rozmawiać o homoseksualizmie i rodzinach tej samej płci (oczywiście w pozytywnym świetle), dzieci w wieku 11 lat - o masturbacji, w wieku 12 lat - o seksie oralnym i analnym. Wtedy podniosły szum chrześcijańskie organizacje, rodzice się oburzyli i nie pozwolili wprowadzić tego programu. W 2013 r. wiceminister edukacji prowincji został aresztowany za pornografię dziecięcą. Urzędnicy powiedzieli, że nie byli zaangażowani w tworzenie programu edukacji seksualnej, ale to on był wiceministrem edukacji w latach kiedy ten został stworzony, a reporterzy agencji prasowej ujawnili jego list w którym informował, że ten program był jego "priorytetem".
Zachód jest szybszy od Rosji w promowaniu seksu wszelakiego rodzaju. Musimy zawsze patrzeć na to, co się tam dzieje aby zrozumieć, dokąd zmierzamy my. Rosja z pewnością będzie w to wciągana.
Tak więc w 2010 roku program został wycofany ale teraz został on ponownie wyciągnięty na światło dzienne i już ogłoszono, że od września 2015 roku zostanie wprowadzony w szkołach prowincji Ontario. A w szkołach w Vancouver jak czytam, dzieciom tłumaczy się, że nie ma dwóch płci, ale pięć czy sześć i możesz wybrać dla siebie co zechcesz. Szkoła nie ma obowiązku powiadamiania rodziców, że dziecko tam przebiera się w odzież wybranej płci i chodzi do specjalnej toalety dla tych, którzy nie są kobietami lub mężczyznami ...
... A co potem? Co z nami wszystkimi żyjącymi tu i tam? z nami "balującymi", niezakompleksionymi, gotowymi na każdą podłość ze względu na "miłość", niszczącymi dziecięcą niewinność opowieściami o seksie, bezmyślnie powtarzającymi w ślad za tak naprawdę chorymi seksuologami, że:"dzieci muszą o tym wiedzieć, jedynym pytaniem jest w jakim wieku ale mówić o tym trzeba"? Co z nami po obu stronach oceanu, uparcie zadeptującymi pojęcie wstydu ... (Nawiasem mówiąc, Amerykańskie Stowarzyszenie Psychiatryczne już forsuje ideę, że pedofilia jest tylko orientacją seksualną, i że szkodliwe skutki seksu z dorosłymi dla dzieci są przesadzone).
"Trwa wojna pomiędzy Ziemią a Niebem", śpiewał Coi.* Tak faktycznie jest. A jeśli cię tam nie ma, to znaczy, że jesteś po drugiej stronie. Nie ma tu neutralności. Odważę się tak jak wielki naukowiec Sikorski, i jak wielki pisarz Dostojewski, twierdzić, że jesteśmy tu tymczasowo. Odbywamy test. Istnieje wielka rywalizacja - trwa konkurs o życie wieczne. Punkt dla systemu.
"Według wiary waszej niech wam się stanie!." Nie chodzi o chodzenie do kościoła a ściślej nie tylko o to. Chodzi o to, że wiara zawsze przekłada się na czyny. Dokonujemy czynów każdego dnia, dużych i małych a te bezpośrednio wskazują na to kim jesteś.
Dla moich kanadyjskich czytelników powiem, że mamy teraz godzinę "W". Organizacja "Rosyjski Kongres" napisała list przeciwko programowi edukacji seksualnej i zamierza wysyłać go do polityków, budzić opinię publiczną, rosyjska grupa kanadyjska na Facebooku dyskutuje o możliwości protestu. Osobiście podobał mi się jeden plakat na wiecu w Kanadzie: "Jeśli nie ty, to kto? Jeśli nie teraz, KIEDY? "Musimy chronić dzieci. Internet zbiera podpisy pod petycją przeciwko programowi. Katolicy też są przeciwko niemu.
Proszę Rosjan aby otworzyli uszy. Mały przeciek zatapia duży statek. Nie ustępujcie w sprawach małych abyście nie musieli ustępować w dużych.
Autor: Ewelina Azajewa
*tekst piosenki:
Pokaż mi ludzi pewnych jutrzejszego dnia
Narysuj mi portrety zmarłych na tej drodze.
Pokaż mi tego, który przeżył jeden z pośród pułku
Ale ktoś musi stać się drzwiami, a ktoś zamkiem,
a ktoś inny kluczem do zamka.
ref:
Ziemia Niebo
Między Ziemią a Niebem - Wojna!
I gdziekolwiek jesteś, czego byś nie zrobił - między Ziemią a Niebem - Wojną!
Gdzieś są ludzie, dla których istnieje dzień i noc.
Gdzieś są ludzie, którzy mają syna i mają córkę.
Gdzieś są ludzie, dla których twierdzenie jest prawdziwe.
Ale ktoś stanie się murem, a ktoś ramieniem
pod którym zadrży ściana.
Blog ma ambicje upowszechnienia szeroko pojętej sfery obyczajowości Słowiańskiej a więc zdrowych podstaw życia rodzinnego a co za tym idzie zdrowia całego naszego społeczeństwa w nadchodzącej już nowej kosmicznej erze Wilka (Welesa).
wtorek, 4 grudnia 2018
poniedziałek, 3 grudnia 2018
JESTEM ZŁĄ MATKĄ. MÓJ SYN JEST SZCZĘŚLIWY.
źródło tłumaczenia: https://vk.com/life.move?w=wall-31239753_151177
Mam dwóch synów. Najstarszy dożył już 18 lat, jak teraz rozumiem, przez przypadek. Odwiedził wszystkie koła i sekcje, które można znaleźć w mieście, uczył się angielskiego na wszystkie możliwe sposoby, w tym odwiedzając zagraniczne szkoły. Podróżował pół świata, ucząc się historii i geografii podczas podróży. Odwiedzał teatry, muzea i wystawy co najmniej dwa razy w tygodniu. Przyjaźnił się z przyzwoitymi dziećmi nie mniej przyzwoitych rodziców. Wszystko to ponieważ byłam bardzo dobrą mamą i marzyłam aby był najlepszy ze wszystkich, z pewnością ukończył najfajniejszy instytut i zrobił oszałamiającą karierę. Po ukończeniu dziewiątej klasy spakował się, machnął mi długopisem i pojechał tysiąc kilometrów na prowincję. Zapisał się do technikum drogowego i zamieszkał w internacie.
Czy muszę wyjaśniać, czego doświadczyłam? Uratował mnie rok cotygodniowej psychoterapii. Łkając, zastanawiałam się raz za razem: dlaczego on jest taki wobec mnie? Ja taka dla niego a on mi... ... Niewdzięczny! ..
Potem nastąpiło głębokie przewartościowanie, długie i skomplikowane. To było tak, jakby wiele lat temu czyjaś pewna dłoń przekręciła zwrotnicę kolejową, a pociąg z szyn mojego życia przeskoczył na tory mojego syna. Teraz było ważne, aby pozbyć się tej sytuacji -odpuścić ją, przestać szukać winnych i wrócić na swoje tory. Pozbywałam się kontroli, niepokoju i nadopiekuńczości, nauczyłam się akceptować dzieci takimi, jakimi są, i nie próbowałam ich uszczęśliwiać siłą.
Rok później chwaliłam się psychologowi, że mój syn jest dobrym uczniem w szkole technicznej i stał się bardzo niezależny. Że ma prawdziwych przyjaciół i że teraz uśmiecha się znacznie częściej niż w Moskwie, że po technikum ma zamiar pójść do wojska, a potem na studia. I że jestem z niego dumna! Przestałam się obwiniać za to, że nie wiedziałam, za jakie pieniądze żyje, co jadł dzisiaj na kolację i czy ma ciepłą czapkę i buty. Że nigdy nie widziałam jego książki, dzwonimy do siebie raz w miesiącu i spotykamy się raz na sześć miesięcy. Horror, prawda? Nie, wcale nie.
Mamy ciepłe relacje, a spotkania przynoszą nam prawdziwą radość. Był pierwszym, który mnie wspierał, gdy ogłosiłam, że opuszczam swoją firmę w stolicy i wybieram morze jako miejsce do życia. Powiedział: "Mamo, życie jest jedno. Czyń co chcesz. "
A jak kiedyś rozumiałam moje zadanie jako "matki"? Wydawało mi się, że moje dziecko powinno:
- Aby uczyć się w dobrej szkole średniej, tylko na czwórki i piątki.
- Przestrzegać codzienną rutynę i higienę, dobrze się odżywiać.
- Aby było zajęte przez cały dzień (aby nie spędzało czasu na podwórku w złym towarzystwie i nie grało w gry komputerowe przez cały dzień).
- Wszechstronny rozwój, muzyka i sport, znajomość kilku języków, robotyka.
- Zwiedziło świat.
Kategorycznie? To nie wszystko! Powinien starać się pobierać jak najwięcej lekcji i jak najszybciej zdecydować czym będzie się zajmował do końca życia. A jeśli nie może zdecydować, to ja decyduję bo to moje dziecko i ja wiem najlepiej, czego ono potrzebuje.
Teraz widzę w moich działaniach tylko jedno - manipulację. Wszak decydowanie o tym, co jest dobre dla dziecka i zapewnienie mu tego "dobra" jest manipulacją. Troska to całkiem inna rzecz: dać dziecku to, czego on chce. Dając dziecku to, co najlepsze, nie brałam pod uwagę tego, co najważniejsze: on nie prosił o to "najlepsze".
Co tak z grubsza jest wymagane od rodziców? Nauczyć dzieci żyć bez nas. Oznacza to kochanie ich i zapewnianie bezpieczeństwa, a także w tej bezpiecznej przestrzeni pozwalając podejmować decyzje i brać za nie odpowiedzialność.
A co zwykle czynimy? Żyjemy życiem za własne dziecko zmuszając je do spełnienia naszych oczekiwań i spełnienia naszych marzeń.
Teraz młodszy syn dorósł od wieku szkolnego. Obserwuję go i uczę się od niego żyć z przyjemnością. Nasze życie układa się wygodnie, powoli, bez zamieszania. Widzę zdumienie w oczach matek jego kolegów z klasy - przecież należy zdecydowanie czymś się zajmować (sport, języki, taniec), dziecko musi się rozwijać!
Dlaczego należy? Wobec kogo powinien? A kiedy ma żyć? Chce spróbować boksu, idziemy na treningi. Chce obejrzeć film - kupujemy bilety do kina. Uczy się angielskiego na własną rękę na stronie w internecie, dowiedziałam się o tym przez przypadek kilka dni temu.
W piątek pominęliśmy szkołę, w sobotę jeździliśmy cały dzień wzdłuż wybrzeża, jedząc hot dogi i pączki. Nie planowaliśmy niczego, każdego ranka, budząc się, decydujemy, jak spędzimy ten dzień.
- Sasza, piszę artykuł. Odpowiedz mi na pytanie: czy jesteś szczęśliwy dzisiaj?
- Jestem szczęśliwy na 101 procent.
- Dlaczego?
- Ponieważ czuję się dobrze i czuję się szczęśliwy. Podoba mi się jak minął dzień.
Proszę, kochajcie swoje dzieci i żyjcie swoim a nie ich życiem.
Galina Narożnaja
p.s. dodaję obrazek motywacyjny. Napis głosi:
KIEDY JEST CEL TO ZAWSZE ZNAJDZIE SIĘ I SPOSÓB.
Mam dwóch synów. Najstarszy dożył już 18 lat, jak teraz rozumiem, przez przypadek. Odwiedził wszystkie koła i sekcje, które można znaleźć w mieście, uczył się angielskiego na wszystkie możliwe sposoby, w tym odwiedzając zagraniczne szkoły. Podróżował pół świata, ucząc się historii i geografii podczas podróży. Odwiedzał teatry, muzea i wystawy co najmniej dwa razy w tygodniu. Przyjaźnił się z przyzwoitymi dziećmi nie mniej przyzwoitych rodziców. Wszystko to ponieważ byłam bardzo dobrą mamą i marzyłam aby był najlepszy ze wszystkich, z pewnością ukończył najfajniejszy instytut i zrobił oszałamiającą karierę. Po ukończeniu dziewiątej klasy spakował się, machnął mi długopisem i pojechał tysiąc kilometrów na prowincję. Zapisał się do technikum drogowego i zamieszkał w internacie.
Czy muszę wyjaśniać, czego doświadczyłam? Uratował mnie rok cotygodniowej psychoterapii. Łkając, zastanawiałam się raz za razem: dlaczego on jest taki wobec mnie? Ja taka dla niego a on mi... ... Niewdzięczny! ..
Potem nastąpiło głębokie przewartościowanie, długie i skomplikowane. To było tak, jakby wiele lat temu czyjaś pewna dłoń przekręciła zwrotnicę kolejową, a pociąg z szyn mojego życia przeskoczył na tory mojego syna. Teraz było ważne, aby pozbyć się tej sytuacji -odpuścić ją, przestać szukać winnych i wrócić na swoje tory. Pozbywałam się kontroli, niepokoju i nadopiekuńczości, nauczyłam się akceptować dzieci takimi, jakimi są, i nie próbowałam ich uszczęśliwiać siłą.
Rok później chwaliłam się psychologowi, że mój syn jest dobrym uczniem w szkole technicznej i stał się bardzo niezależny. Że ma prawdziwych przyjaciół i że teraz uśmiecha się znacznie częściej niż w Moskwie, że po technikum ma zamiar pójść do wojska, a potem na studia. I że jestem z niego dumna! Przestałam się obwiniać za to, że nie wiedziałam, za jakie pieniądze żyje, co jadł dzisiaj na kolację i czy ma ciepłą czapkę i buty. Że nigdy nie widziałam jego książki, dzwonimy do siebie raz w miesiącu i spotykamy się raz na sześć miesięcy. Horror, prawda? Nie, wcale nie.
Mamy ciepłe relacje, a spotkania przynoszą nam prawdziwą radość. Był pierwszym, który mnie wspierał, gdy ogłosiłam, że opuszczam swoją firmę w stolicy i wybieram morze jako miejsce do życia. Powiedział: "Mamo, życie jest jedno. Czyń co chcesz. "
A jak kiedyś rozumiałam moje zadanie jako "matki"? Wydawało mi się, że moje dziecko powinno:
- Aby uczyć się w dobrej szkole średniej, tylko na czwórki i piątki.
- Przestrzegać codzienną rutynę i higienę, dobrze się odżywiać.
- Aby było zajęte przez cały dzień (aby nie spędzało czasu na podwórku w złym towarzystwie i nie grało w gry komputerowe przez cały dzień).
- Wszechstronny rozwój, muzyka i sport, znajomość kilku języków, robotyka.
- Zwiedziło świat.
Kategorycznie? To nie wszystko! Powinien starać się pobierać jak najwięcej lekcji i jak najszybciej zdecydować czym będzie się zajmował do końca życia. A jeśli nie może zdecydować, to ja decyduję bo to moje dziecko i ja wiem najlepiej, czego ono potrzebuje.
Teraz widzę w moich działaniach tylko jedno - manipulację. Wszak decydowanie o tym, co jest dobre dla dziecka i zapewnienie mu tego "dobra" jest manipulacją. Troska to całkiem inna rzecz: dać dziecku to, czego on chce. Dając dziecku to, co najlepsze, nie brałam pod uwagę tego, co najważniejsze: on nie prosił o to "najlepsze".
Co tak z grubsza jest wymagane od rodziców? Nauczyć dzieci żyć bez nas. Oznacza to kochanie ich i zapewnianie bezpieczeństwa, a także w tej bezpiecznej przestrzeni pozwalając podejmować decyzje i brać za nie odpowiedzialność.
A co zwykle czynimy? Żyjemy życiem za własne dziecko zmuszając je do spełnienia naszych oczekiwań i spełnienia naszych marzeń.
Teraz młodszy syn dorósł od wieku szkolnego. Obserwuję go i uczę się od niego żyć z przyjemnością. Nasze życie układa się wygodnie, powoli, bez zamieszania. Widzę zdumienie w oczach matek jego kolegów z klasy - przecież należy zdecydowanie czymś się zajmować (sport, języki, taniec), dziecko musi się rozwijać!
Dlaczego należy? Wobec kogo powinien? A kiedy ma żyć? Chce spróbować boksu, idziemy na treningi. Chce obejrzeć film - kupujemy bilety do kina. Uczy się angielskiego na własną rękę na stronie w internecie, dowiedziałam się o tym przez przypadek kilka dni temu.
W piątek pominęliśmy szkołę, w sobotę jeździliśmy cały dzień wzdłuż wybrzeża, jedząc hot dogi i pączki. Nie planowaliśmy niczego, każdego ranka, budząc się, decydujemy, jak spędzimy ten dzień.
- Sasza, piszę artykuł. Odpowiedz mi na pytanie: czy jesteś szczęśliwy dzisiaj?
- Jestem szczęśliwy na 101 procent.
- Dlaczego?
- Ponieważ czuję się dobrze i czuję się szczęśliwy. Podoba mi się jak minął dzień.
Proszę, kochajcie swoje dzieci i żyjcie swoim a nie ich życiem.
Galina Narożnaja
p.s. dodaję obrazek motywacyjny. Napis głosi:
KIEDY JEST CEL TO ZAWSZE ZNAJDZIE SIĘ I SPOSÓB.
niedziela, 2 grudnia 2018
Ciekawostki z "zacofanego" świata.
Coraz częściej nachodzą mnie refleksje dotyczące ustroju społecznego (systemu) w jakim żyliśmy, w jakim żyjemy i w ogóle jak to powinno być - do czego dążyć.
Ja pamiętam jeszcze schyłek karykatury państwa opiekuńczego. Bardzo niedoskonałe to było, wprowadzone odgórnie i stąd nieefektywne. Tak jak dziś istniała kasta uprzywilejowanych "przy korycie", która bez umiaru grabiła to co wypracował naród. Długa rozmowa. Społeczeństwo "na dole" było stopniowo rozkładane alkoholem i tytoniem, coraz bardziej pozwalaliśmy na psucie obyczajów - stawało się to coraz powszechniejsze. Tłumaczyłem kiedyś film "Technologia rozpijania" - widzę, że zyskał wielką popularność co cieszy. Jakieś uzdrowienie tych spraw postępuje - powoli wnika świadomość w schorowany społeczny organizm.
W każdym razie tereny zwane Polską i my zamieszkujący tutaj mieliśmy możność nieco "posmakować" wynaturzonej mocno wersji "opieki odgórnej" -tyranii w zasadzie. Dziś z pod kurateli wschodu przeszliśmy pod zamordyzm zachodni. ma on inną formę - półki w sklepach uginają się od wszelakiego dobra czego dawniej nie było. Ludzie zaczęli tyć (czego też dawniej nie było), świadomość obniżyła się do poziomu bruku. W moim rodzinnym mieście w kinie w centrum miasta (było- nie było przybytku kultury) jest dziś "Biedronka". Smakujemy dobrobyt zachodni z jego ideologią materializmu - już zapychamy się a nie smakujemy, widać tak też miało być. Doświadczamy. Smycz zmieniła się na pachnącą i pozłacaną ale to nadal smycz. Dawniej stacjonowały tu wojska ZSRR (w wielu rejonach po czasie kwitła współpraca - pojawiało się sporo małżeństw z Rosjanami) dziś natomiast mamy tu garnizony USA i "nasz" prezydent Duda podpisał dokumenty o utrzymywaniu tej armii przez naród. Ilościowo jest ich już ponoć więcej niż wojsk ZSRR w przeszłości.
Przemknąłem się zaledwie po obrazkach - naszkicowałem je lekko gdyż znalazłem w sieci rosyjskojęzycznej ciekawą informację z Syrii.
Rosja żyje ostatnio ustawą o podwyższeniu wieku emerytalnego - naród jest temu przeciwny - i słusznie. Ustawę wprowadzili zdrajcy narodu tkwiący w sferze rządowej (oligarchowie powiązani ściśle z zachodem). Putin tego nie wprowadzał - został zaszantażowany przez Dumę Państwową i nie miał większego wyboru jak to podpisać jednocześnie dając myślącym ludziom do zrozumienia (było takie przemówienie), że to nie jego dzieło i nie popiera tego.
Długo tłumaczyć te zawiłości rosyjskich realiów - tam trwają skomplikowane rozgrywki polityczne, USA stara się wszelkimi siłami zorganizować w FR "Majdan" czyli rewolucję i wojnę światową - tak jak im się to udało z Ukrainą. Jak dotąd naród Rosji wykazuje się mądrością i do wyjścia na ulicę nie dochodzi.
No ale co z tą Syrią?
Ponieważ Rosja żyje tą "reformą" emerytalną (taki ruch w dalekosiężnym efekcie przyniesie całkowitą zapaść gospodarki i śmierć bezpowrotną wielu cennych zawodów bo starsi zabierają młodym stanowiska pracy. Potem ci starsi bardzo szybko odejdą z przyczyn naturalnych a łańcuch kształcenia nowych kadr zostanie przerwany i utracony -nie będzie młodych ślusarzy, tokarzy itp. ) ....Rosja tym żyje to po sieci krążą wieści jak to jest rozwiązywane w innych krajach. W Syrii mężczyzna uzyskuje prawa emerytalne wieku 60 lat. W wypadku śmierci emeryta jego emeryturę otrzymuje wdowa i dzieci.Synowie otrzymują ją do wieku 18 lat a córki do czasu wyjścia za mąż. Jeśli córka nie wyjdzie za mąż to otrzymuje emeryturę po ojcu do samej śmierci. Wszystko to cały czas ma miejsce w Syrii, w której od 7 lat trwa wojna.
No cóż, bliski wschód i tamte rejony kojarzą nam się z zacofaniem. Przyznam, że mam o czym myśleć. Przypomina mi się jeszcze Libia za czasów Kaddafiego gdzie młode małżeństwo praktycznie dostawało mieszkanie od państwa, zdaje się, że nawet samochód. Taki film kiedyś przetłumaczyłem (dźwięk sobie wyłączcie - straszne to jest ale nie miałem na to wpływu):
Ja pamiętam jeszcze schyłek karykatury państwa opiekuńczego. Bardzo niedoskonałe to było, wprowadzone odgórnie i stąd nieefektywne. Tak jak dziś istniała kasta uprzywilejowanych "przy korycie", która bez umiaru grabiła to co wypracował naród. Długa rozmowa. Społeczeństwo "na dole" było stopniowo rozkładane alkoholem i tytoniem, coraz bardziej pozwalaliśmy na psucie obyczajów - stawało się to coraz powszechniejsze. Tłumaczyłem kiedyś film "Technologia rozpijania" - widzę, że zyskał wielką popularność co cieszy. Jakieś uzdrowienie tych spraw postępuje - powoli wnika świadomość w schorowany społeczny organizm.
W każdym razie tereny zwane Polską i my zamieszkujący tutaj mieliśmy możność nieco "posmakować" wynaturzonej mocno wersji "opieki odgórnej" -tyranii w zasadzie. Dziś z pod kurateli wschodu przeszliśmy pod zamordyzm zachodni. ma on inną formę - półki w sklepach uginają się od wszelakiego dobra czego dawniej nie było. Ludzie zaczęli tyć (czego też dawniej nie było), świadomość obniżyła się do poziomu bruku. W moim rodzinnym mieście w kinie w centrum miasta (było- nie było przybytku kultury) jest dziś "Biedronka". Smakujemy dobrobyt zachodni z jego ideologią materializmu - już zapychamy się a nie smakujemy, widać tak też miało być. Doświadczamy. Smycz zmieniła się na pachnącą i pozłacaną ale to nadal smycz. Dawniej stacjonowały tu wojska ZSRR (w wielu rejonach po czasie kwitła współpraca - pojawiało się sporo małżeństw z Rosjanami) dziś natomiast mamy tu garnizony USA i "nasz" prezydent Duda podpisał dokumenty o utrzymywaniu tej armii przez naród. Ilościowo jest ich już ponoć więcej niż wojsk ZSRR w przeszłości.
Przemknąłem się zaledwie po obrazkach - naszkicowałem je lekko gdyż znalazłem w sieci rosyjskojęzycznej ciekawą informację z Syrii.
Rosja żyje ostatnio ustawą o podwyższeniu wieku emerytalnego - naród jest temu przeciwny - i słusznie. Ustawę wprowadzili zdrajcy narodu tkwiący w sferze rządowej (oligarchowie powiązani ściśle z zachodem). Putin tego nie wprowadzał - został zaszantażowany przez Dumę Państwową i nie miał większego wyboru jak to podpisać jednocześnie dając myślącym ludziom do zrozumienia (było takie przemówienie), że to nie jego dzieło i nie popiera tego.
Długo tłumaczyć te zawiłości rosyjskich realiów - tam trwają skomplikowane rozgrywki polityczne, USA stara się wszelkimi siłami zorganizować w FR "Majdan" czyli rewolucję i wojnę światową - tak jak im się to udało z Ukrainą. Jak dotąd naród Rosji wykazuje się mądrością i do wyjścia na ulicę nie dochodzi.
No ale co z tą Syrią?
Ponieważ Rosja żyje tą "reformą" emerytalną (taki ruch w dalekosiężnym efekcie przyniesie całkowitą zapaść gospodarki i śmierć bezpowrotną wielu cennych zawodów bo starsi zabierają młodym stanowiska pracy. Potem ci starsi bardzo szybko odejdą z przyczyn naturalnych a łańcuch kształcenia nowych kadr zostanie przerwany i utracony -nie będzie młodych ślusarzy, tokarzy itp. ) ....Rosja tym żyje to po sieci krążą wieści jak to jest rozwiązywane w innych krajach. W Syrii mężczyzna uzyskuje prawa emerytalne wieku 60 lat. W wypadku śmierci emeryta jego emeryturę otrzymuje wdowa i dzieci.Synowie otrzymują ją do wieku 18 lat a córki do czasu wyjścia za mąż. Jeśli córka nie wyjdzie za mąż to otrzymuje emeryturę po ojcu do samej śmierci. Wszystko to cały czas ma miejsce w Syrii, w której od 7 lat trwa wojna.
No cóż, bliski wschód i tamte rejony kojarzą nam się z zacofaniem. Przyznam, że mam o czym myśleć. Przypomina mi się jeszcze Libia za czasów Kaddafiego gdzie młode małżeństwo praktycznie dostawało mieszkanie od państwa, zdaje się, że nawet samochód. Taki film kiedyś przetłumaczyłem (dźwięk sobie wyłączcie - straszne to jest ale nie miałem na to wpływu):
piątek, 30 listopada 2018
Wybór partnera to wybór życia.
źródło tłumaczenia: https://vk.com/nw_earth?w=wall-39824723_234985
Miłość i akceptacja
Tak więc okazuje się, że nie jesteśmy pewni i nie znamy samych siebie bo budujemy swoją samoocenę na podstawie cudzych opinii. Jeśli komuś się to nie podoba to poczucie własnej wartości spada. Jeśli coś się nie układa w pracy - nie szanuje nas pracodawca lub mamy niezadowolonych klientów to nasza samoocena się ponownie waha. Ręce mogą opaść i możesz mieć złe samopoczucie, że nie jesteś wart niczego dobrego. A jeśli ta negatywna ocena pochodzi od znaczących dla nas i bliskich ludzi to może przejść poza skalę wahań ekstremalnych - od histerycznej radości po depresyjną chandrę. Gdzie jest prawda?
Dopóki mamy przekonanie, że szczęście jest konsekwencją powszechnej miłości i aprobaty to życie nie może być szczęśliwe. Jest to nawet logicznie zrozumiałe, ponieważ niemożliwe jest zadowolenie i dogodzenie wszystkim. Takie życie to jedno wielkie rozdarcie - dwoistość nienawiści do siebie wypełnionej pełnym drżenia neurotyczno - służalczym zachowaniem.
Niemożliwe jest i nie konieczne zadowolenie wszystkich. Tak jak aktorzy mają własne wąskie grono fanów i wielbicieli tak samo dana jednostka ludzka może być kochana przez własną wąskie grono publiczności. A próba zadowolenia tych, którzy nie lubią naszej osoby jest często bezproduktywna.
Zwykła, niepozorna osoba ze zwykłymi -pospolitymi zainteresowaniami znajdzie wiele wspólnego w środowisku takiej samej niepozornej większości. Natomiast im bardziej oryginalne są zainteresowania i poglądy na życie, tym mniejsze jest wzajemne zrozumienie z innymi, ale tym cenniejsze. Związek między podobnie myślącymi ludźmi o wyjątkowych zainteresowaniach może być głębszy i silniejszy. Ta zasada działa zarówno w przyjaźni, jak i w związkach.
Ale inna osoba poszukując związku jest gotowa postawić na sobie krzyżyk po pierwszej nieudanej randce. Zdarza się tak, jakby ta osoba w ogóle sama siebie nie znała i określała swoje miejsce w życiu wyłącznie na podstawie opinii kogoś o tymże miejscu. Przy takim scenariuszu pierwsze miłosne odrzucenie i brak szacunku "znaczących innych" jest postrzegane jako kompletny krach w życiu - niepowodzenie w próbie losu, po którym na czole pojawia się wypalony znak osoby wybrakowanej.
A jeśli jesteś na etapie znajomości i nie zdołałeś jeszcze przedstawić jakichkolwiek wymagań to tutaj większość wszelakiego emocjonowania się dotyczącego twoich własnych cech albo też poprawnych lub błędnych działań jest marnowaniem energii.
Nielubienie i odrzucenie.
W sytuacji idealnej, we wszystkich potencjalnie długotrwałych, nieformalnych relacjach sensowne jest od pierwszego spotkania nawiązanie kontaktu bez żadnych przymusowych wysiłków pokazania się w najlepszym świetle. Właściwe, naturalne zachowanie jest idealnym filtrem dla prawdziwych bliskich związków. Wędkarz z daleka rozpozna wędkarza.
A jeśli partner początkowo nie akceptuje cię takim jakim jesteś i chce, żebyś ze względu na niego coś tam udoskonalił w sobie to jest to taki "mistyczny" znak, że dana osoba po prostu nie jest twoja i bez względu na to jak bardzo tego pragniesz to nawiązanie relacji będzie trudne.
Podobnie w twoim przypadku - zmuszanie mózgu partnera, oczekując od niego jakichś "bajkowych" lub "prawdziwych" transformacji jest kapryśną, egoistyczną iluzją, która nie prowadzi do niczego sensownego.
Takie żądania partnerów do siebie nawzajem to na ogół patologiczna norma naszego społeczeństwa. Oznacza to, że prawie wszyscy mają nadzieję, że partner jakoś będzie nad sobą pracował i się poprawi aby zadowolić nasze kaprysy. Właściwie dlatego jest tyle rozwodów. Im silniejsze są oczekiwania i nadzieje, że partner będzie lepszy, tym szybciej związek upadnie.
Bardzo lubimy mieć nadzieję, że jakoś wszystko samo się ułoży i "dotrze". Neurotycznie przywiązujemy się do partnera, który w jakimkolwiek stopniu odpowiada ideałom naszych fantazji i w okresie zakochania przymykamy oko na nieporozumienia - tak, ogólnie rzecz biorąc, nawet nie próbujemy odkryć i zrozumieć człowieka będącego obok nas - jego prawdziwego spojrzenia na życie i możliwej wspólnej przyszłości. A potem, nagle, okazuje się, że dana osoba jest zupełnie obca, ale już jest wspólny dobytek oraz dzieci ...
Relacje zaspokajają najbardziej znaczące potrzeby neurotyczne, dlatego tak mocno się ich trzymamy. A jeśli partner przestaje zaspokajać te potrzeby to sypiemy na niego zniewagi - nagle staje się on winnym wszystkich nieszczęść tylko dlatego, że jego zachowanie wykracza poza nasze wymagania.
I wydaje się, że wszystko byłoby dobrze i byłoby wspaniale, gdyby tylko osoba zrozumiała, że musi zachowywać się inaczej, odrobinę inaczej. I może to nawet stać się zaskakujące: "jakże to partner sam nie widzi lub nie rozumie tak prostych rzeczy?" To tak, jakbyśmy my znali prawdę, a wszystko co pozostaje, to jakoś tę prawdę wbić w głowę partnera. Ale w rzeczywistości taka "prawda" jest niczym więcej niż bezpodstawnymi, infantylnymi pretensjami do losu.
Partner ma swoją własną "prawdę" w głowie i tak samo może nie rozumieć, dlaczego tak uporczywie nalegamy na jakieś tam swoje "idiotyczne" żądania. Równie trudno jest mu sprzeciwić się swojej "prawdzie" na korzyść naszych (z jego punktu widzenia) głupich pretensji. W progressman.ru temat ten został już poruszony w artykule na temat poważnych związków.
Kiedy relacje są wypełnione żądaniami i roszczeniami, wtedy ten "szum" biegnący od nich przeplata się z przeciwną stroną - ze zniewagą, irytacją, zazdrością, niepokojem. Zaspokojenie oczekiwań jest radością a wszelkie odstępstwa od nich to ból.
I cały ten dramat "koła samsary" zaczął się w tym momencie gdy zaczęliśmy się bać o swoje miejsce w tym życiu, kiedy pojawiły się wątpliwości: "czy nasza osoba w tej rzeczywistości zasługuje na coś dobrego"... Większa część wszelkich naszych pretensji do losu to ukryte próby potwierdzenia własnej wartości w hierarchii istnienia.
Dopóki osobiste szczęście opiera się na aprobacie innych, miłosne odrzucenie i następująca po nim samotność powodują straszne doświadczenie własnej niższości. I ten strach powoduje paniczne czepianie się mało obiecujących relacji, aby nie utracić przynajmniej tego co jest dostępne.
Ten neurotyczny uchwyt to dosłownie "klapki na oczach", zakrywa on widok życiowych możliwości. Pozbawia lekkości i swobody i zmienia potencjalnie harmonijny związek w kolejną pantomimę, gdzie radość z posiadania przeplata się z grymasem ucisku i lęku przed samotnością.
Wracając do sedna naszego tematu powtarzam: w życiu istnieje pełen wachlarz możliwości. Gdzieś tam będą próbować nagiąć nas i wykorzystać do spełnienia kaprysów innych ludzi - nie warto przyjmować takiej relacji za dobrą monetę. Gdzieś indziej znów jesteśmy po prostu znudzeni ale wybór nigdy nie jest zawężony. Wszystkie ograniczenia są spowodowane obawą przed popełnieniem błędu i odczuwaniem braku woli w obliczu nieprzewidywalnej rzeczywistości. Ale tylko ten ktoś kto nie boi się otworzyć drzwi nieznanego znajduje coś swojego - coś wartościowego.
Igor Satorin
Jeśli ścigasz się nieustannie w uzyskaniu czyjejś aprobaty to życie staje się kompletnym Prokrustowym łożem, gdzie człowiek boi się nie usprawiedliwiać swojego wizerunku, napina się pochylony w odpowiednio przyjętą pozę i wciąż wybiera każdy dostępny życiowy scenariusz, w którym jest jakkolwiek akceptowany w tej wygiętej pozie.
Takie istnienie jest powszechnie akceptowane jako coś właściwego i prawidłowego. Takie życie jest zarówno bolesne jak i strach takie życie utracić...
A ludzie o pokręconej psychice kroczą setny raz po swoich ścieżkach i myślą, że otaczająca nas nieskończoność jest takim beznadziejnym bagnem. A tymczasem, jeśli nie obawiać się krytyki i odmowy to staje się jasne, że życie jest pełne drzwi z różnymi scenariuszami.
Gdzieś tam będą próbować nagiąć nas jeszcze mocniej na rzecz lokalnych standardów i kaprysów, gdzieś indziej to nam nie będzie się podobać, a jeszcze gdzieś tam nasza osoba, ze swoimi wyjątkowymi cechami, będzie w stanie doskonale się dopasować. Ale aby przejść przez te drzwi, będziesz potrzebować odwagi aby być sobą.
Takie istnienie jest powszechnie akceptowane jako coś właściwego i prawidłowego. Takie życie jest zarówno bolesne jak i strach takie życie utracić...
A ludzie o pokręconej psychice kroczą setny raz po swoich ścieżkach i myślą, że otaczająca nas nieskończoność jest takim beznadziejnym bagnem. A tymczasem, jeśli nie obawiać się krytyki i odmowy to staje się jasne, że życie jest pełne drzwi z różnymi scenariuszami.
Gdzieś tam będą próbować nagiąć nas jeszcze mocniej na rzecz lokalnych standardów i kaprysów, gdzieś indziej to nam nie będzie się podobać, a jeszcze gdzieś tam nasza osoba, ze swoimi wyjątkowymi cechami, będzie w stanie doskonale się dopasować. Ale aby przejść przez te drzwi, będziesz potrzebować odwagi aby być sobą.
Artykuł niniejszy wyszedł nieco chaotycznym. Tutaj kładę nacisk na relacje, ale ogólnie rzecz biorąc, opisany mechanizm można śledzić w dowolnej działalności.
Miłość i akceptacja
Tak więc okazuje się, że nie jesteśmy pewni i nie znamy samych siebie bo budujemy swoją samoocenę na podstawie cudzych opinii. Jeśli komuś się to nie podoba to poczucie własnej wartości spada. Jeśli coś się nie układa w pracy - nie szanuje nas pracodawca lub mamy niezadowolonych klientów to nasza samoocena się ponownie waha. Ręce mogą opaść i możesz mieć złe samopoczucie, że nie jesteś wart niczego dobrego. A jeśli ta negatywna ocena pochodzi od znaczących dla nas i bliskich ludzi to może przejść poza skalę wahań ekstremalnych - od histerycznej radości po depresyjną chandrę. Gdzie jest prawda?
Dopóki mamy przekonanie, że szczęście jest konsekwencją powszechnej miłości i aprobaty to życie nie może być szczęśliwe. Jest to nawet logicznie zrozumiałe, ponieważ niemożliwe jest zadowolenie i dogodzenie wszystkim. Takie życie to jedno wielkie rozdarcie - dwoistość nienawiści do siebie wypełnionej pełnym drżenia neurotyczno - służalczym zachowaniem.
Niemożliwe jest i nie konieczne zadowolenie wszystkich. Tak jak aktorzy mają własne wąskie grono fanów i wielbicieli tak samo dana jednostka ludzka może być kochana przez własną wąskie grono publiczności. A próba zadowolenia tych, którzy nie lubią naszej osoby jest często bezproduktywna.
Zwykła, niepozorna osoba ze zwykłymi -pospolitymi zainteresowaniami znajdzie wiele wspólnego w środowisku takiej samej niepozornej większości. Natomiast im bardziej oryginalne są zainteresowania i poglądy na życie, tym mniejsze jest wzajemne zrozumienie z innymi, ale tym cenniejsze. Związek między podobnie myślącymi ludźmi o wyjątkowych zainteresowaniach może być głębszy i silniejszy. Ta zasada działa zarówno w przyjaźni, jak i w związkach.
Ale inna osoba poszukując związku jest gotowa postawić na sobie krzyżyk po pierwszej nieudanej randce. Zdarza się tak, jakby ta osoba w ogóle sama siebie nie znała i określała swoje miejsce w życiu wyłącznie na podstawie opinii kogoś o tymże miejscu. Przy takim scenariuszu pierwsze miłosne odrzucenie i brak szacunku "znaczących innych" jest postrzegane jako kompletny krach w życiu - niepowodzenie w próbie losu, po którym na czole pojawia się wypalony znak osoby wybrakowanej.
Mechanizm ten działa zarówno w relacjach nieformalnych jak i w środowisku profesjonalnym. Wszędzie i wszędzie boimy się bać, każdy krok chcemy wykonać idealnie, jakbyśmy gdzieś za naszymi plecami mieli obserwującą nas niebiańską komisję, która rozdziela istoty według swojej niebiańskiej hierarchii - od przegranych po ludzi sukcesu.
Nie trzeba stawiać na sobie żadnych krzyżyków. Jeśli ktoś nie lubi naszej osoby to nie ma wielkiego problemu. Otoczenie ma prawo myśleć co chce. Czasem trzeba przejść przez kilkanaście nieudanych znajomości i popełnić setkę błędów aby znaleźć coś naprawdę wartościowego.
Tak, a każde "nieudane znalezisko" - czy to znajomość, czy praca - nie jest jakimś błędem, a już na pewno nie symbolem własnej niedoskonałości. To tylko taka mała przygoda i cenne doświadczenie. I takie wydarzenia nie mogą stawiać żadnych prawdziwych "stempli" osobistego nieszczęścia.
Tu powinno pojawić się jedno zastrzeżenie. Jeśli związek się zdecydowanie "nie klei" to z pewnością warto przeanalizować przyczyny. Bardzo często osobiste grubiaństwo, infantylizm, nieuzasadnione pytania i oczekiwania mogą rzeczywiście być przyczyną niepowodzeń. W tym duchu warto rozmawiać z psychologiem, lub w jakiś sposób samemu dojść do zrozumienia własnych złudzeń i iluzji.
Nie trzeba stawiać na sobie żadnych krzyżyków. Jeśli ktoś nie lubi naszej osoby to nie ma wielkiego problemu. Otoczenie ma prawo myśleć co chce. Czasem trzeba przejść przez kilkanaście nieudanych znajomości i popełnić setkę błędów aby znaleźć coś naprawdę wartościowego.
Tak, a każde "nieudane znalezisko" - czy to znajomość, czy praca - nie jest jakimś błędem, a już na pewno nie symbolem własnej niedoskonałości. To tylko taka mała przygoda i cenne doświadczenie. I takie wydarzenia nie mogą stawiać żadnych prawdziwych "stempli" osobistego nieszczęścia.
Tu powinno pojawić się jedno zastrzeżenie. Jeśli związek się zdecydowanie "nie klei" to z pewnością warto przeanalizować przyczyny. Bardzo często osobiste grubiaństwo, infantylizm, nieuzasadnione pytania i oczekiwania mogą rzeczywiście być przyczyną niepowodzeń. W tym duchu warto rozmawiać z psychologiem, lub w jakiś sposób samemu dojść do zrozumienia własnych złudzeń i iluzji.
A jeśli jesteś na etapie znajomości i nie zdołałeś jeszcze przedstawić jakichkolwiek wymagań to tutaj większość wszelakiego emocjonowania się dotyczącego twoich własnych cech albo też poprawnych lub błędnych działań jest marnowaniem energii.
Nielubienie i odrzucenie.
W sytuacji idealnej, we wszystkich potencjalnie długotrwałych, nieformalnych relacjach sensowne jest od pierwszego spotkania nawiązanie kontaktu bez żadnych przymusowych wysiłków pokazania się w najlepszym świetle. Właściwe, naturalne zachowanie jest idealnym filtrem dla prawdziwych bliskich związków. Wędkarz z daleka rozpozna wędkarza.
A jeśli partner początkowo nie akceptuje cię takim jakim jesteś i chce, żebyś ze względu na niego coś tam udoskonalił w sobie to jest to taki "mistyczny" znak, że dana osoba po prostu nie jest twoja i bez względu na to jak bardzo tego pragniesz to nawiązanie relacji będzie trudne.
Podobnie w twoim przypadku - zmuszanie mózgu partnera, oczekując od niego jakichś "bajkowych" lub "prawdziwych" transformacji jest kapryśną, egoistyczną iluzją, która nie prowadzi do niczego sensownego.
Takie żądania partnerów do siebie nawzajem to na ogół patologiczna norma naszego społeczeństwa. Oznacza to, że prawie wszyscy mają nadzieję, że partner jakoś będzie nad sobą pracował i się poprawi aby zadowolić nasze kaprysy. Właściwie dlatego jest tyle rozwodów. Im silniejsze są oczekiwania i nadzieje, że partner będzie lepszy, tym szybciej związek upadnie.
Bardzo lubimy mieć nadzieję, że jakoś wszystko samo się ułoży i "dotrze". Neurotycznie przywiązujemy się do partnera, który w jakimkolwiek stopniu odpowiada ideałom naszych fantazji i w okresie zakochania przymykamy oko na nieporozumienia - tak, ogólnie rzecz biorąc, nawet nie próbujemy odkryć i zrozumieć człowieka będącego obok nas - jego prawdziwego spojrzenia na życie i możliwej wspólnej przyszłości. A potem, nagle, okazuje się, że dana osoba jest zupełnie obca, ale już jest wspólny dobytek oraz dzieci ...
Relacje zaspokajają najbardziej znaczące potrzeby neurotyczne, dlatego tak mocno się ich trzymamy. A jeśli partner przestaje zaspokajać te potrzeby to sypiemy na niego zniewagi - nagle staje się on winnym wszystkich nieszczęść tylko dlatego, że jego zachowanie wykracza poza nasze wymagania.
I wydaje się, że wszystko byłoby dobrze i byłoby wspaniale, gdyby tylko osoba zrozumiała, że musi zachowywać się inaczej, odrobinę inaczej. I może to nawet stać się zaskakujące: "jakże to partner sam nie widzi lub nie rozumie tak prostych rzeczy?" To tak, jakbyśmy my znali prawdę, a wszystko co pozostaje, to jakoś tę prawdę wbić w głowę partnera. Ale w rzeczywistości taka "prawda" jest niczym więcej niż bezpodstawnymi, infantylnymi pretensjami do losu.
Partner ma swoją własną "prawdę" w głowie i tak samo może nie rozumieć, dlaczego tak uporczywie nalegamy na jakieś tam swoje "idiotyczne" żądania. Równie trudno jest mu sprzeciwić się swojej "prawdzie" na korzyść naszych (z jego punktu widzenia) głupich pretensji. W progressman.ru temat ten został już poruszony w artykule na temat poważnych związków.
Kiedy relacje są wypełnione żądaniami i roszczeniami, wtedy ten "szum" biegnący od nich przeplata się z przeciwną stroną - ze zniewagą, irytacją, zazdrością, niepokojem. Zaspokojenie oczekiwań jest radością a wszelkie odstępstwa od nich to ból.
I cały ten dramat "koła samsary" zaczął się w tym momencie gdy zaczęliśmy się bać o swoje miejsce w tym życiu, kiedy pojawiły się wątpliwości: "czy nasza osoba w tej rzeczywistości zasługuje na coś dobrego"... Większa część wszelkich naszych pretensji do losu to ukryte próby potwierdzenia własnej wartości w hierarchii istnienia.
Dopóki osobiste szczęście opiera się na aprobacie innych, miłosne odrzucenie i następująca po nim samotność powodują straszne doświadczenie własnej niższości. I ten strach powoduje paniczne czepianie się mało obiecujących relacji, aby nie utracić przynajmniej tego co jest dostępne.
Ten neurotyczny uchwyt to dosłownie "klapki na oczach", zakrywa on widok życiowych możliwości. Pozbawia lekkości i swobody i zmienia potencjalnie harmonijny związek w kolejną pantomimę, gdzie radość z posiadania przeplata się z grymasem ucisku i lęku przed samotnością.
Wracając do sedna naszego tematu powtarzam: w życiu istnieje pełen wachlarz możliwości. Gdzieś tam będą próbować nagiąć nas i wykorzystać do spełnienia kaprysów innych ludzi - nie warto przyjmować takiej relacji za dobrą monetę. Gdzieś indziej znów jesteśmy po prostu znudzeni ale wybór nigdy nie jest zawężony. Wszystkie ograniczenia są spowodowane obawą przed popełnieniem błędu i odczuwaniem braku woli w obliczu nieprzewidywalnej rzeczywistości. Ale tylko ten ktoś kto nie boi się otworzyć drzwi nieznanego znajduje coś swojego - coś wartościowego.
Igor Satorin
poniedziałek, 26 listopada 2018
Oleg Gadecki - Anka Słowianka
Ania 6 dni temu dodała kolejny materiał. Zapowiada się uczta bo 40 minut. W ciemno reklamuję! Oleg to chodzący diament:
ROLA MĘŻCZYZNY I KOBIETY W RODZINIE
Może tyle na ten temat (drugiej edycji). W zasadzie to większość słów padło już w poprzedniej. Choć przyznam, że jest możliwe (fakty to potwierdzają - zdarzało się, podam zaraz link, który już czasem tu był udostępniany), że silny mężczyzna może dać szczęście rodzinne więcej niż jednej Kobiecie. Ponoć w prawiekach bywały takie rodziny ale to już u czystych duchowo elit - u ludzi na poziomie Bogów gdzie nie ma egoizmu, niskiej pożądliwości itp. Taki Mąż Czynu (wojownik) na pewno nie zapomni o pierwszej Żonie tak jak bohater poniższej -wzruszającej opowieści.
Opowieść od 1 godz 15 min 30 sek. : https://www.youtube.com/watch?v=pY4U4OBPM3w
Tu ten sam film ale z napisami wpalonymi w film: https://www.youtube.com/watch?v=vJnIo-bAkU8&t=4580s
ROLA MĘŻCZYZNY I KOBIETY W RODZINIE
EDYCJA: Uffff..... przesłuchałem jednym tchem. W zasadzie pełna zgoda. Około 38 minuty Oleg powiada mniej więcej takie zdania (cytat z pamięci): "...nie uczyć się z jakichś tam czasopism czy żurnali. Są dziś artykuły, które uczą na przykład "jak zostać........ i tu tłumaczka rosyjskie słowo" stierwa" przetłumaczyła jako "jędza". Wpisuje teraz w słownik google, który mi od razu daje znaczenie: "suka". Wikipedia jak widzę podaje dwa znaczenia - jedno nam znane polakom "ścierwo" czyli "kawałek gnijącego zwierzęcego mięsa" a drugie: "kłótliwa, skandalizująca kobieta". Moim zdaniem (z mojego skromnego doświadczenia wynika) polskie "jędza" jest tu nieco za łagodne i węższe od rosyjskiego pojmowania "stierwa". Z tego co ja się dotychczas spotykałem to raczej to z tłumacza google byłoby właściwsze i bliższe znaczeniu potocznemu. Jędzą może być kłócąca się i wiecznie obrażona żona a suka to już manipulantka, zdrajczyni, typ kobiety bezwzględnej, rozwiązłej seksualnie - no chyba wiadomo jak to jest u nas pojmowane.
EDYCJA 2 - 27 listopada 2018: wczoraj napisałem powyżej słowa "w zasadzie pełna zgoda" ale rozmyślam nad tą wypowiedzią Gadeckiego i jest rzecz, która "tkwi jak zadra".
Oleg powiada tam, że w zasadzie lepiej aby budżetem domowym zajmowała się kobieta - ja się z tym zgadzam O ILE ... kobieta jest Kobietą (Żeńczynią, De[ie]wczyną). Wtedy spokojnie można jej powierzyć swoją "życiową krwawicę" i zająć się dalszym zdobywaniem środków wszelakich dla dobra rodziny. Taka nie zmarnotrawi, poradzi się męża w sprawach na których się nie zna, wyda roztropnie i z korzyścią dla wszystkich. Intuicja u niej działa jak należy, nie da się oszukać i zwieść reklamom.
Oleg jak widzę przyjął taką taktykę i zwraca się do kobiet - wspomina zresztą, że one stanowią większość jego .....no cóż użyję tego słowa "klientek" bo on żyje z tego, że prowadzi te swoje seminaria i szkołę życia. Myślę, że jest tu w takim formowaniu poglądów odrobina dyplomacji. On zna naturę współczesnych kobiet i nie chce drażnić egoizmu niektórych pań aby nie zniechęcać do korzystania ze swoich nauk i warsztatów. Ogólnie o mężczyznach (myślę, że słusznie - powinienem w zasadzie pisać "mężczyznach" w cudzysłowie) Oleg dobrego zdania nie ma - sam jestem załamany szukając "braci w walce" i momentami czuję się BARDZO osamotniony. Obecne pokolenie wchodzące w życie to już w ogóle dramat. Dla sprawiedliwości wspomnę, że Oleg mówi coś takiego jak i ja, że bardzo niewielu tych normalnych jest - pada tam jakieś takie sformułowanie "istnienie materiału męskiego". Unikaty bywają.
Wracam do sedna mojej dzisiejszej uwagi (edycji): moje doświadczenie życiowe jest takie, że współczesne kobiety marnotrawią ten budżet rodzinny. Znam wiele przykładów wokół (rodzina, znajomi) gdzie taka "pani domu" beztrosko potrafi orzec: "bo ja jak wyjdę do miasta to wydam ile mam". Inwestycje takiej żony kierowane są egoizmem i samolubstwem - to są typowe przedstawicielki tego zachodniego spojrzenia na świat, kobieta- pijawka, "jeśli nie chcesz mojej zguby - krokodyla daj mi luby" - przecież to stare słowa a jakże aktualne. W przepięknej powieści "Nad Niemnem" on ciężko pracował a ona wciąż tylko miała globusa.
Podsumowując (bo można na ten temat epistołę długą): na dzień dzisiejszy jak najbardziej podstawowym budżetem domowym niech się zajmuje ona ale w większych sprawach (dużych zakupach typu samochód, meble, remonty, urządzenia techniczne) ZDECYDOWANIE sprawy powinny być omawiane wspólnie. Oleg zresztą o tym wspomina, że ona powinna "odrodzić w nim mężczyznę", rozbudzić odpowiedzialność i oddać mu prowadzenie. (kiedyś Olga Waliajewa opowiadała o przypadku gdzie żona oddała firmę mężowi- początkowo on spełniał tam rolę wyłącznie kierowcy i dostawcy towaru). Tak więc w zasadzie -po przemyśleniu nie ma sprzeczności w wypowiedzi Olka Gadeckiego ale chciałem na ten niuans zwrócić uwagę bo trochę moją męska odpowiedzialność i dumę dotyka to traktowanie wszystkich mężczyzn jak niedojrzałych chłopców. Czuję się jak kosmita jakiś - dla mnie opiekuńczość i odpowiedzialność były od zawsze sprawą naturalną, myślałem, że wszyscy wokół tak mają (taki miałem wzór ojca w domu). Życie pokazało, że jednak nie jest to powszeche, że żyję w jakimś wielkim przedszkolu. Zorientowałem się gdy przyszło mi być szefem i prowadzić swój własny zakład - miałem tylko jedną osobę, której mogłem jako tako ufać, była to moja sekretarka (ale i z nią miałem na początku "poważną rozmowę" zakończoną jej łzami). Baśka była moją szwagierką i podczas rozwodu też wzięła stronę mojej żony ale rozumiem ją - presja rodziny i parę innych zależności. Och! ciężko tu na tym "Ziemskim łez padole".
EDYCJA 2 - 28 listopada 2018: jeszcze coś. Oleg opowiada o tej "niestałości mężczyzn" - że "zakochują się bez rozumu i zapominają o żonie i o dzieciach". Tu też mam wielki zgrzyt. No ale widać w większości populacji takie zachowania są normą - do takiej "publiki" zwraca się Oleg. Tak jak napisałem powyżej - mój ojciec dbał o nas i był wierny mamie (znalazłem nawet po jego śmierci teczkę zatytułowaną "moje listy niewysłane" - był tam list do mojej mamy, był tam i list do mnie. Wiele te słowa mówiły o jego życiu i smutku w jakim żył - w osamotnieniu).Może tyle na ten temat (drugiej edycji). W zasadzie to większość słów padło już w poprzedniej. Choć przyznam, że jest możliwe (fakty to potwierdzają - zdarzało się, podam zaraz link, który już czasem tu był udostępniany), że silny mężczyzna może dać szczęście rodzinne więcej niż jednej Kobiecie. Ponoć w prawiekach bywały takie rodziny ale to już u czystych duchowo elit - u ludzi na poziomie Bogów gdzie nie ma egoizmu, niskiej pożądliwości itp. Taki Mąż Czynu (wojownik) na pewno nie zapomni o pierwszej Żonie tak jak bohater poniższej -wzruszającej opowieści.
Opowieść od 1 godz 15 min 30 sek. : https://www.youtube.com/watch?v=pY4U4OBPM3w
Tu ten sam film ale z napisami wpalonymi w film: https://www.youtube.com/watch?v=vJnIo-bAkU8&t=4580s
Subskrybuj:
Posty (Atom)




